Markiem Skulimowskim, prezesem i dyrektorem wykonawczym Fundacji Kościuszkowskiej rozmawia Czesław Karkowski.

 

– Jest Pan jednym z młodszych prezesów Fundacji Kościuszkowskiej w dziejach tej organizacji, a zarazem pierwszym prezesem, który pochodzi z Polski.

– Drugim. Pierwszym był Stefan Mierzwa, założyciel Fundacji. Nawet pochodzimy z tych samych okolic. Z Podkarpacia, Mierzwa urodził się w Rakszawie, a kilka lat później zamieszkał w Baszni Dolnej – kilka kilometrów od Lubaczowa, skąd ja pochodzę.

 

– Nawiązuje więc Pan do świetnej, początkowej tradycji tej polskiej instytucji w USA. Jak Pan się odnalazł tutaj w nowej roli – po latach spędzonych w biznesie, a wcześniej – w służbie dyplomatycznej?

– Są to nieco pokrewne zajęcia: biznes i prowadzenie Fundacji, to przede wszystkim, choć nie tylko, troska o pieniądze, o zapłacenie rachunków, o zapewnienie podstaw egzystencji. Natomiast wspólnym mianownikiem dyplomacji, biznesu i Fundacji jest zajmowanie się ludźmi, z ich najrozmaitszymi problemami, życzeniami i oczekiwaniami.
Fundacja Kościuszkowska jest organizacją non profit, a koszt działalności instytucji jest ogromny, Mamy piękny budynek, znakomicie wyposażony, zatrudniamy sporo osób, realizujących misję Fundacji. To wszystko wymaga pieniędzy i na pewno moje doświadczenie biznesowe jakoś pomaga w zarządzaniu i kierowaniu tą placówką.

 

– Czyli kłopoty…

– Sama praca przynosi dużo satysfakcji, bo przecież pracuję, jak chyba każdy, aby stworzyć, zdziałać coś dobrego, pożytecznego dla polskich naukowców oraz Polaków w USA. Poza wszystkimi codziennymi kłopotami, jak w każdej pracy, ten element, że ostatecznie instytucja przyczynia się do budowania wspólnego dobra, daje mi bardzo dużo zadowolenia.

Jednym z głównych obowiązków i zadań prezesa jest staranie o fundusze na cele Fundacji; fundusze, które następnie rozdziela się między odbiorcami naukowej i kulturalnej pomocy pieniężnej naszej instytucji. Niedawna wiadomość o przekazaniu przez związek chicagowskich lekarzy stu tysięcy dolarów na kształcenie adeptów medycyny, weterynarzy i dentystów z Chicago i okolic, stanowi dowód nie tylko renomy Fundacji jako organizacji najlepiej od dziesiątków lat zarządzających finansami i rozdzielającej stypendia naukowe, ale i przykład tej właśnie podstawowej działalności – mojej, jako prezesa, i zatrudnionego personelu polegającej właśnie na zachęcaniu do darowizn na rzecz Polonii.

Proszę pamiętać, że Fundacja Kościuszkowska przeznacza rocznie blisko 1.3 mln dolarów na programy stypendialne i kulturalne w USA oraz w Polsce.
Tu trzeba podkreślić, iż jest to tylko jeden z pięciu funduszy stypendialnych, które zostały założone u nas w ostatnim półroczu, za co ogromnie jestem wdzięczny donatorom. Są one przeznaczone na określone cele, innymi słowy: przekazane pieniądze mogą być wydane tylko według życzeń fundatora. Nie można ich wydać w żaden inny sposób. Najczęstsze z tego typu ograniczeń dotyczą określonej dziedziny nauki, albo regionu, tak jak w przypadku tu omawianego – stypendia z tego funduszu mogą otrzymać tylko osoby z rejonu Chicago studiujące nauki medyczne.

 

– Jak w ramach w tej działalności Fundacji układa się współpraca z Polską?

– Zakładamy, że Polska jest partnerem, a nie tylko odbiorcą naszej pomocy. I tak się dzieje, choć w szczegółach taka współpraca wymaga dopracowania. Niejako uwieńczeniem obopólnych starań w tym kierunku była wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w naszej siedzibie 20 września ubiegłego roku, kiedy przeprowadziliśmy otwartą dyskusję na temat wzajemnych relacji naukowych. Wprawdzie prezydent nie ma mocy wykonawczej, ale może inspirować wiele zamierzeń i tutaj pokładamy ogromne nadzieje.

Niedługo lecę do Polski, aby prowadzić rozmowy dotyczące pomocy dla programów polskich w Stanach Zjednoczonych. Chcemy silniej wesprzeć istniejące na wielu uczelniach USA programy nauki języka polskiego; chcielibyśmy też uruchomić podobne kursy na uczelniach, gdzie takich programów jeszcze nie ma.

Na pewno będziemy działać też na rzecz rozwoju nauk ścisłych. To będzie jednym z ważniejszych celów na dziś i na przyszłość. Mamy dużo środków na nauki humanistyczne; Fundacja od dziesiątków lat przeznaczała pieniądze głównie na naukę języka, historii, literatury, na propagowanie kultury polskiej w USA. Teraz żyjemy w czasach zaawansowanej technologicznie cywilizacji, dominują nauki ścisłe wyznaczające kierunek postępu w świecie. Uważam, że polscy naukowcy są świetnie wykształceni i wybitnie utalentowani, potrzebują jednak dostępu do najnowocześniejszych laboratoriów, bezpośredniego kontaktu z amerykańskimi instytucjami, organizacjami, uczonymi, co stworzy im szansę na dorównaniu najlepszym. I dlatego większość funduszy stypendialnych, które w ostatnich latach powstały, dotyczy nauk ścisłych, technicznych czy medycznych. Chcemy podjąć współpracę w Polsce z instytucjami, organizacjami rządowymi, abyśmy w tym dziele nie byli osamotnieni, a jednocześnie prowadzili skoordynowane działania.

 

– Będą to jednak wciąż tylko fundusze rządowe, a nie prywatne.

– Powoli to się będzie zmieniało. Jest w Polsce wiele dobrze prosperujących biznesów, które mogą zasilać organizacje non profit, takie jak nasza. To jeszcze kwestia czasu, ale jestem optymistą w tym względzie.

Choć wspieramy rocznie sporą grupę polskich naukowców (ponad 40), których sprowadzamy do USA, jednak Fundacja Kościuszkowska i jej blisko 100-letnia działalność jest wciąż mało znana w Polsce. Jedną z inicjatyw obliczonych na rozpropagowanie nas, była zorganizowana w Muzeum w Łazienkach, w Pałacu na Wyspie, wystawa trzech naszych najpiękniejszych obrazów, czyli „Kościuszko w West Point” Bolesława Jana Czedekowskiego. „Gamrat i Stańczyk” Jana Matejki oraz „Lisowczycy…” Józefa Brandta. Na otwarciu wystawy miałem okazję opowiedzieć o Fundacji Kościuszkowskiej, o tym, co robimy.

 

– Fundacja to nie tylko stypendia, ale i zaangażowanie w większe przedsięwzięcia kulturalne. Miniony rok był m. in. ogłoszonym przez UNESCO rokiem Tadeusza Kościuszki w dwustuletnią rocznicę jego śmierci.

– Oprócz wielu imprez rocznicowych, organizowanych przez nas, albo przez inne instytucje, akurat w zeszłym roku nadarzyła się w Nowym Jorku sposobność, by więcej mówić o naszym patronie w związku z oddaniem do użytku nowego mostu Tadeusza Kościuszki. Była to także sposobność, aby mówić o właściwej wymowie jego nazwiska, niemiłosiernie przekręcanego przez Amerykanów.

Miałem okazję odwiedzić w Saratodze National Historical Site i rozczarowałem się: niewiele wspomniano o wkładzie Kościuszki w zwycięstwo Amerykanów w tej jednej najważniejszych bitew wojny o niepodległość, nie mówiąc o tym, że nie znalazłem bodaj wzmianki o jego roli na oficjalnej stronie internetowej parku.

Rok Kościuszkowski spowodował, iż wielu ludzi dowiedziało się więcej o tej postaci, o Polsce, a dla nas stworzył możliwość, aby się przyłączyć do innych, choć, oczywiście, nie potrzebujemy specjalnego roku, bo wiadomo, że w Fundacji mówi się o Kościuszce zawsze. Postaci wybitnej, absolutnie nieskazitelnej, co ważne zwłaszcza w czasach „rewizjonizmu” pomników amerykańskich. Z Kościuszką nie mamy tego problemu.

Staraliśmy się, aby także w związku z tym rokiem zorganizowano jakieś okolicznościowe imprezy w naszych oddziałach w Waszyngtonie, w Buffalo, czy Filadelfii.

 

– Od dawna angażuje się Pan w sprawę odzyskiwania polskich dzieł sztuki, skradzionych, czy zaginionych w czasie wojny. Jak rozumiem, jest to Pana osobista pasja, nie związana z funkcją prezesa i dyrektora Fundacji Kościuszkowskiej.

– Rzeczywiście, to rodzaj osobistego hobby, ale naturalnie jako dyplomacie który reprezentuje Rzeczpospolitą Polską, czyli prawowitego właściciela odzyskiwanych dzieł sztuki, było mi łatwiej poczynać na tym polu.

Najważniejsze, że zdołałem wdrożyć metodę działania w podobnych sprawach. Sformalizowałem ją jeszcze w czasach pracy w konsulacie RP w Nowym Jorku. Dziś wykorzystuje ją ministerstwo kultury. Chodziło o wypracowanie właściwej formy współpracy ze służbami federalnymi USA. Duża w tym zasługa mecenasa Przemysława Blocha, który tę drogę zasugerował.

Najkrócej mówiąc, polega ona na tym, aby unikać kosztownego oddawania sprawy do sądu, ale aby przez zmianę kwalifikacji, podciągnąć wszystkie te przypadki pod jedną kategorię – rzeczy skradzionych, a jako takie z definicji nielegalne wwiezionych do Stanów Zjednoczonych i automatycznie podlegających zwrotowi.

Przykład dzieł Juliana Fałata – akwareli i obrazu – zaginionych w czasie wojny i wystawionych na aukcji w 2006 – pokazuje jak nieskuteczna była restytucja drogą sądową. Cztery lata trwał impas w kwestii nakłonienia do zwrotu obrazów prawowitemu właścicielowi, czyli Rzeczypospolitej Polskiej. Dopiero gdy do działania wkroczył Homeland Security Investigations, specjalna komórka przy Immigration and Customs Enforcement, obrazy zostały zajęte, jako nielegalnie wwiezione do USA i decyzją sądu federalnego przekazane stronie polskiej. Obrazy obecnie znajdują się w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ta droga jest prostsza, ponieważ zwalnia stronę polską z obowiązku procesowego. Domagamy się zwrotu własności, a obecny właściciel, jeśli ma pretensje, niech idzie do sądu i dowodzi swej racji. Ale wtedy nie skarży rządu Rzeczypospolitej Polskiej, ale władze Stanów Zjednoczonych. Coraz łatwiej jest dziś odzyskiwać zaginione polskie zabytki. Istnieje w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP specjalna komórka zajmująca się tymi sprawami i korzystająca z przetartej już drogi. Jest na świecie wielu pasjonatów tej sprawy, przetrząsających strony internetowe, penetrujących zbiory muzealne, oglądających spisy katalogów aukcyjnych. Przykładem takiej dobrej współpracy może być sprawa odzyskanego parę lat temu niewielkiego obrazu „Wniebowstąpienie Chrystusa” anonimowego holenderskiego artysty. Został skradziony z kościoła w Sicinach w latach dziewięćdziesiątych, a w 2012 roku pojawił się na Ebayu, czy obrazu J. C. Seekatza „Święty Filip chrzci sługę królowej Kandaki”, który powrócił do Mzueum Narodowego w Warszawie w 2014 roku.

 

– Jak Pan się znalazł w dyplomacji?

– Studiowałem w Polsce amerykanistykę i specjalizowałem się w polityce stanu Nowy Jork. Otrzymałem pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i nadarzyła się możliwość pracy w placówce konsularnej w Nowym Jorku. Warunkiem było przejście wielu rozmów kwalifikacyjnych, egzaminów, testów i kiedy już wszystko było gotowe, doszło do terrorystycznego zamachu i zburzenia wież World Trade Center. Zacząłem się zastanawiać, czy Nowy Jork jest właściwym miejscem dla mnie, a zwłaszcza dla żony i dwójki dzieci. Ostatecznie decyzja zapadała na „tak”.
Pracowałem w konsulacie nowojorskim, następne wyjechałem na placówkę do Izraela i po trzech latach wróciłem tutaj do konsulatu. W 2011 roku odszedłem do pracy w prywatnym biznesie – nie moim, ale mojego dobrego znajomego, Wojtka Inglota, który stworzył sieć dobrze prosperujących sklepów kosmetycznych INGLOT, między innymi w Nowym Jorku. Była to świetna przygoda i znakomite doświadczenie zawodowe, wymagające zupełnie innego podejścia do prowadzenia instytucji – obliczonej na zysk, na wysoką jakość oferowanego produktu, na morderczą walkę konkurencyjną na wymagającym rynku. W 2016 r. zostałem prezesem i zarazem dyrektorem wykonawczym Fundacji Kościuszkowskiej.

 

– Czy praktyka biznesowa pomaga Panu teraz w pracy?

– Bardzo mocno się przydaje, jak każde odmienne, a ważne życiowo doświadczenie.

– Jak wygląda codzienność pracy w Fundacji Kościuszkowskiej?

– Jak w każdej instytucji – rutyna dnia. Ale mówiliśmy na początku o funduszach stypendialnych. To ważne, pozwala nam na rozszerzenie działalności, objęcie pomocą większej liczby naukowców. Ale bardzo istotne jest, aby budować organizację w oparciu o członkostwo. Innymi słowy – chcemy mieć jak najwięcej członków Fundacji Kościuszkowskiej. Z jednej strony składki członkowskie pozwalają na utrzymanie całej instytucji, z drugiej – liczba członków daje nam siłę do reprezentowania Polonii i spraw polskich na zewnątrz. Jeśli Fundacja reprezentuje kilkadziesiąt tysięcy Amerykanów polskiego pochodzenia, to w różnych trudnych przypadkach, prezes tak znanej i szanowanej instytucji, w tym wypadku ja, może śmiało zabierać głos i podejmować działania w imieniu Polonii, dużej i wymiernej grupy Polonii.
Polaków stać na więcej niż zostawiają organizacjom polonijnym. Niejednokrotnie słyszy się pretensje, iż organizacje nic, albo niewiele robią na rzecz rodaków w USA. Ale z drugiej strony wiemy, iż często takie żale zgłaszają osoby, które nie angażują się w działalność polskich organizacji.

Nie wszyscy mają czas i możliwości czynnego udziału w pracach polonijnych instytucji. Ale doprawdy, status finansowy i społeczny Polaków w USA jest dużo lepszy niż średnia krajowa, niż wielu innych grup etnicznych. Stać nas, aby wspierać polską parafię, polską szkołę, stać też na Fundację Kościuszkowską i inne pożyteczne cele społeczne. Najniższa składka członkowska wynosi 50 dol. rocznie, to jeśli znajdzie się w miesiącu stu nowych członków, siła Fundacji rośnie niepomiernie. Nie wolno oglądać się na innych, ale samemu podjąć ów społeczny i patriotyczny obowiązek. Leży to w interesie całej Polonii amerykańskiej.

Wszystkie informacje o nas – po polsku i po angielsku – można znaleźć na stronie internetowej www.thekf.org.

 

Rozmawiał Czesław Karkowski