Trzej mistrzowie flamandzkiego malarstwa z XV wieku wydźwignęli sztukę północnej Europy na wyżyny artyzmu. Gotyckie w formie, religijne w treści obrazy Roberta Campina, Jana van Eycka i Rogiera van der Weydena są niezrównanej piękności.

 

Brzmi banalnie. Ogólne sformułowanie nic nie znaczy. Niestety, w sztuce do dziś (i chyba na zawsze) najlepszym świadectwem wartości jest własne doświadczenie. Trzeba samemu zobaczyć, doznać, przeżyć. Wtedy się wie, co jest piękne, a co nie. Kiedy widzę, wiem, ale nie potrafię zdefiniować, podać jasnych kryteriów. Dywagacje historyków sztuki nad mistrzostwem kompozycji, nad artyzmem detalu, albo wręcz przeciwnie; nad wdziękiem perspektywy, są w ostatecznym rozrachunku bezwartościowe. Kiedy widz staje przed obrazem, to albo mu się podoba, uważa go za piękny, albo nie. W tym drugim przypadku żadne perswazje specjalistów nie zdadzą się na nic. Autorytety nie pomogą. „Jak to nie zachwyca, skoro zachwyca” – gromi z katedry profesor Pimko z gombrowiczowskiego „Ferdydurke”, co oczywiście ucznia Miętusa nie przekonuje w najmniejszym stopniu, że ten czy ów wielkim poetą (malarzem) był.

 

Ale stwierdzenie o braku obiektywnych (cokolwiek to znaczy) kryteriów nie znaczy:
1. że w sztukach i krytyce panuje całkowita dowolność oparta na jednostkowej subiektywności;
2. że nie można nauczyć (się) umiejętności oceny wartości obrazów. Można, tylko nauka trochę trwa. Trzeba oglądać malarstwo, zwiedzać muzea, czytać o sztuce. Z czasem, nie wiedzieć kiedy, wykształca się umiejętność, którą dawniej (w XVIII wieku) nazywano „smakiem”. Jest ona umiejętnością kształconą na podstawie predyspozycji naturalnej i oczywiście kulturowo określoną, tzn. zależy od miejsca i czasu oceniającego.

Ale chcę przez powyższe stwierdzenie o pięknie dzieła powiedzieć, iż wspomniana trójka malarzy udoskonaliła sztukę przedstawiania ludzi i przedmiotów. O ile malarstwo włoskie tamtego okresu uszlachetniało artyzm kompozycji całości, o tyle mistrzowie flamandzcy pracowali nad starannym wypracowaniem najmniejszych szczegółów wizerunku. „Fotograficzny” realizm van Eycka idzie w zawody ze sztuką emocji przedstawianych w wyrazie twarzy i ułożeniach ciała aktorów scen malowanych przez van der Weydena.

Była to sztuka uduchowiona. Nawet nie w tym rzecz, iż artyści malowali głównie obrazy treści religijnej, boć nie brakowało i świeckich malunków, jak powiedzmy słynne „Małżeństwo Arnolfinich” van Eycka. Ich wysiłek, także wielu współczesnych im mistrzów włoskiego malarstwa, polegał na próbie oddania na płótnie/desce nadzmysłowych treści w formie dostępnej zwyczajnym ludzkim oczom. Jak to zrobić? Przedstawienie musiało być bardzo realistyczne, ale zarazem mieć w sobie coś nierzeczywistego, nie z tego świata, stanowić coś w rodzaju platońskiej idei obleczonej w konkretne ciało.

Ale dość tych dywagacji. To, o czym piszę, doskonale ilustruje „Zdjęcie z krzyża” van der Weydena – obraz od chwili powstania tak ceniony, że ubiegały się o niego wielcy tego świata, koronowane głowy. Od XVI wieku znajduje się w posiadaniu Hiszpanów i już nie wypuścili go z rąk. W czasie wojny domowej w 1936 r. podjęli dramatyczną akcję ratowania malowidła, aby nie uległo zniszczeniu w wyniku przypadku, albo jakichś nieodpowiedzialnych działań. Jest ozdobą madryckiego Prado.

Widziałem wiele innych obrazów „mistrza Rogiera”, jak go dawniej nazywano. Wszystkie znakomite. W Waszyngtonie znajduje się wspaniały „Portret damy”, w Filadelfii – przejmujące „Ukrzyżowanie” na czerwonym tle. Widziałem w Antwerpii „Siedem sakramentów”. Wszystkie, choć doskonałe, nie mogą się równać ze „Zdjęciem z krzyża”.
Duży obraz (ponad 2×2 metry) na desce przedstawia dziewięć postaci uczestniczących w akcie zdejmowania martwego Jezusa. U jego stóp Matka Boska, blada jak płótno, mdleje. Układ jej ciała „naśladuje” pozycję ściąganego z krzyża. Żyje, ale jej cierpienie równa się męce Chrystusa. Prosty malarski chwyt, a ile treści. Smutek, rozpacz, żal, rezygnacja, melancholia. Każda twarz na obrazie zindywidualizowana, każda wyraża inny stan ducha.

Van der Weyden, najmłodszy ze wspomnianej trójki, namalował to dzieło na zamówienie cechu kuszników z Louven, w dzisiejszej Belgii. Prawdopodobnie w 1435 roku. Wisiało w kaplicy bractwa przez niecałe sto lat, kiedy zostało wymienione na organy i kopię tego obrazu. Inicjatorem transakcji, jak i autorem duplikatu, był Michael Coxcie (nazwisko rozmaicie pisane). Sprawował funkcję nadwornego malarza Marii Austriackiej, dla której dekorował zamek w Binche, mieście w zachodniej Belgii.

Ów Coxie jest o tyle dla nas ciekawą postacią, że między innymi projektował wizerunki dla manufaktury gobelinów w Brukseli. Wiele tkanin z przedstawieniami w jego opracowaniu kupił Zygmunt August dla ozdobienia zamku na Wawelu.

Właśnie w pałacu Binche zobaczył „Zdjęcie z krzyża” hiszpański dworak Vicente Alvárez, który w 1551 r. pisał o dziele van der Weydena: „Jest to najlepszy obraz w całym zamku, a nawet, jak uważam, na całym świecie, bo przecież widziałem w tych stronach wiele dobrego malarstwa, ale żaden nie równa się prawdą wobec natury czy nabożnością. Wszyscy, którzy go widzieli żywią taki sam pogląd.”

Dzieło godne największych władców. Za jego sprawą hiszpański król, Filip II, zwrócił uwagę na obraz Flamanda podczas objazdu po swych posiadłościach w Holandii. Kupił je od swej ciotki, Marii, przewiózł do kraju i umieścił w królewskiej wiejskiej rezydencji, domu myśliwskim. Ale w 25 lat później „Zdjęcie z krzyża” już figuruje w inwentarzu założonego przez tegoż Filipa, monumentalnego pałacu-klasztoru, Eskurial. Pozostało tu prawie przez cztery wieki, dopiero w 1939 r. umieszczono malowidło w narodowym muzeum hiszpańskim, madryckim Prado.

 

Czesław Karkowski