Ukazuje się w Polsce sporo książek opisujących życie towarzyskie, artystyczne i uczuciowe w czasach PRL-u, a także przed II wojną światową. Kupuję je w wersji elektronicznej, skoro jestem bezdomny. Włóczęgom musi wystarczyć czytnik Kindle!

Nieustannie zdumiewa mnie bogactwo dostępnych książek i zalew pomysłów na oryginalny temat dzieła. Proza i poezja to inna sprawa – ktoś musi urodzić się z talentem, który następnie zostanie zauważony. Prozaik musi też pozostać płodny, odnawiać w sobie siły twórcze. Nie zawsze się to udaje.

Reszta książek na rynku nie opowiada historii, lecz zajmuje się opisem epok, obyczajów, miejsc na świecie; ideami i problemami. Jest to wszystko, co mieści się w ogromnym worku non-fiction. Piszą historycy, politologowie, smakosze, sportowcy, podróżnicy. W przypadku publikacji angielskojęzycznych uderza ciągle wysoki standard tych prac: płynnie, potoczyście napisanych, opartych na źródłach, zachowujących anglosaski dystans do tematu, okazjonalnie błyszczących delikatnym humorem. Nie ma w nich patriotycznego patosu i podskórnej agresji; ogromnie mi to odpowiada.
Szczególnie lubię czytać książki o Nowym Jorku, mieście stosunkowo młodym, jak cały kraj, dla mnie jednak obrośniętym historią, odznaczającym się szybkimi przeobrażeniami w czasie, gęstością wydarzeń. W publikacjach tych opisywane jest życie towarzyskie miasta: bale u Astorów, rozmowy literackie w Algonquin Hotel, sławni lokatorzy budynku Dakota, pijackie podboje Franka Sinatry, twórcze lata beatników, wyuzdana epoka disco. Pewne miejsca jeszcze istnieją, na niektóre rozrywki jeszcze się załapałem, kilka z tych sławnych osób jeszcze żyło, gdy tu przyjechałem.
Zmienia się kultura Nowego Jorku, niestety. Po rozpuście Studio 54 nie pozostał nawet ślad. Piosenkarze oszczędzają głos, więc nie piją whisky. O literaturze rozmawia się zaś nie w hotelowej kawiarni, lecz na internetowych forach – jeśli w ogóle.

Niemniej, mam poczucie ciągłości w tym mieście, trwanie mitu metropolii, która nigdy nie śpi, bawi się, oferuje wszelkie sposoby użycia, wyżycia się, pozbycia się pieniędzy, zaistnienia artystycznego.

Czy mam wrażenie takiej ciągłości w Warszawie? Oczywiście nie. Być może istnieje jeszcze w Krakowie ale i tam, jak podejrzewam, dotyczy to raczej fizycznych miejsc, lokali, nazw instytucji. Życie kulturalne Krakowa opierało się bowiem na – znających się nawzajem, zaprzyjaźnionych, często współpracujących – twórcach kultury o wyjątkowym wyrafinowaniu i talencie, zarazem o wspólnych podstawach kulturowych. Stare pokolenie artystów kabaretowych, aktorów teatralnych, malarzy i kawiarnianych gawędziarzy odchodzi jednak na naszych oczach.

W Warszawie życie kulturalne wyglądało inaczej. Było bardziej dzikie, żywiołowe, otwarte na nowinki. Tu była poza tym władza, urzędy, pieniądze, napływający z całego kraju artyści prawdziwi i udawani. Tu można było się popisać, zaistnieć. Wreszcie, była Warszawa, nawet w czasach utrudnionych podróży i groszowych w zachodniej walucie dochodów ludności, najbardziej otwarta na zagranicę.

Czytam więc opowieści o SPATiF-ie, ZAiKS-sie i „Ścieku”, o Zachęcie i innych galeriach, klubach studenckich oraz nocnych lokalach z „programem artystycznym” (piosenkarz, iluzjonista, striptizerka, duet wokalny). Także o wyprawach na basen Legii, tłoczeniu się na majowym kiermaszu książek, spotykaniu ze znajomymi na teatralnych premierach i na przeróżnych festiwalach filmowych.

Mamy więc na rynku książki o życiu erotycznym za komuny, o skandalach w „Kameralnej”, wspomnienia o Tyrmandzie i Hłasce, o seksbombach PRL-u, skandalach obyczajowych, parach ze świecznika, wybrykach alkoholowych i obyczajowych.

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że były to wysepki w oceanie burości i nudy, że ekscesy erotyczne i kulinarne elity nie były udziałem robotników i urzędników. Wiadomo – z historii wybiera się smakowite kąski, skupia na najsławniejszych i najbardziej malowniczych postaciach. Słowem, jest to historia w kondensacie, z fałszywą perspektywą.

Być może ktoś będzie tak kiedyś wspominał życie kulturalne Warszawy w 2018 roku. Obawy takie są uzasadnione: w złych polskich filmach i serialach współczesnych, ludzie sukcesu praktycznie co wieczór bywają na galach, premierach, promocjach i wernisażach. Co prawda są to imprezy napompowane i poważne. Nie ma tu walącego w mordę Hłaski, ośmieszającego wmieszanych w tłum ubeków Himilsbacha, budzącego uwielbienie kobiet Głowackiego.
Brakuje mi takiego życia zbiorowego. Młode pokolenie nie praktykuje już obyczaju należenia do grupy, bywania w tych samych miejscach, tworzenia środowiska, np. artystycznego. Owszem, czasem skrzykną się na „fejsie” na wspólne wyjście na koncert lub wycieczkę. Nie tworzą jednak salonu, skoro idea elitarnego miejsca dla twórców jest anachroniczna.

Ryzykując, że zabrzmię jak złóg starego systemu, powiem, że brakuje mi tej intensywności artystycznego życia w czasach komuny. I brakuje mi przyznawania znaczenia artystom, a nawet okazywania im uwielbienia, zarówno przez władze jak i zwykłych ludzi.

Być może ówczesne bliskie więzi były spowodowane siłą wyższą: artyści nie mogli raczej wyjeżdżać, byli więc skazani na te same teatry, wytwórnie filmowe, wydawnictwa i ministerstwa; byli też skazani na swoje towarzystwo w niedoli. Może to wspólne poczucie izolacji i beznadziejności skłaniało ich do zatracenia. Bywali na mieście, czasem co noc w tych samych lokalach. Budowały się więzi zawodowe, przyjacielskie, romansowe, biznesowe. W tym sensie bierutowska i gomułkowska Warszawa przypominała trochę Nowy Jork w jego złotych latach, tworzyła bowiem – tak dziś poniewierane w języku propagandy – elity.

Ostatnio umarł Wojciech Pokora, przed nim Wiesław Michnikowski, Danuta Szaflarska, Janusz Głowacki. Wszyscy oni opierali się w budowie kariery na swoim talencie i rzemiośle, ale byli też częścią zbiorowości, salonu. Jeśli nie w SPATIF-ie, to spotykali się galeriach, kawiarni Czytelnika, wreszcie w swoich domach.

Społeczeństwo bez artystów? Bez elity? Bez salonów? Smutna byłaby to perspektywa.

 

Jan Latus