Zbalansowanie budżetu państwa i zmniejszenia albo wręcz likwidacja długu publicznego przez lata prezydentury Baracka Obamy były dogmatem republikanów. Teraz, gdy rządzą, sami powiększają deficyt przekonując w dodatku, że to dla nas dobre.

 

Hipokryzja jest stałą cechą wielu polityków i rządów na całym świecie. Jej poziom w Partii Republikańskiej sięgnął jednak granic śmieszności. Co bowiem innego można powiedzieć o polityku takim jak Paul Ryan? Kiedy dzisiejszy przewodniczący Izby Reprezentantów w parze z Mittem Romey’ em ubiegał się o prezydenturę, prezentował się wszystkim jako fiskalny konserwatysta, zatroskany o los państwa i przyszłych pokoleń Amerykanów, które będą miały do spłacenia ogromne długi, powiększane przez nieodpowiedzialnego prezydenta Baracka Obamę. Ryan na spotkania wyborcze woził nawet ze sobą specjalny elektroniczny zegar, który pokazywał jak szybko rośnie dług publiczny. Dzisiaj nie ma już prezydenta Obamy, a republikanie mają większość w obu izbach Kongresu i Biały Dom. Wraz z przejęciem władzy przez tę partię zniknęła w niej również presja do ograniczania wydatków państwa. Zatroskany wyraz twarzy Paula Ryana zastąpił radosny uśmiech, z którym prezentuje on opinii publicznej ustawy w ogromnym stopniu zwiększające deficyt budżetowy państwa, który jest najważniejszym składnikiem długu publicznego.

Pierwsza sprawa to odtrąbiona przez republikanów jako sukces reforma podatkowa. Według szacunków bezpartyjnego Congressional Budget Office w ciągu dekady przyczyni się ona do wzrostu długu publicznego o około 1,5 biliona dolarów. Obniżce podatków nie towarzyszą bowiem wystarczające cięcia w wydatkach, ani propozycje uzyskania nowych dochodów. Za niższe podatki dla biznesu i najzamożniejszych Amerykanów, którzy są głównym beneficjentem reformy, zapłacimy zatem wszyscy. Dług ten spłacać będą także przyszłe pokolenia Amerykanów, o które tak bardzo troskał się kiedyś Ryan.

 

Druga sprawa to budżet państwa, którego projekt niedawno przesłał do Kongresu prezydent Donald Trump. On także najwyraźniej zapomniał już, że w czasie kampanii wyborczej obiecywał nie tylko ograniczenie deficytu, ale wręcz likwidację całego długu narodowego w ciągu ośmiu lat. Teraz proponuje jednak coś kompletnie przeciwnego. Jeżeli Kongres przyjmie budżet Trumpa bez większych zmian deficyt budżetowy tylko w przyszłym roku zwiększy się o 984 miliardy. W ciągu dziesięciu lat o kolejnych siedem bilionów dolarów. Gdyby taki budżet zaproponował Barack Obama konserwatyści z GOP pożarłby go żywcem. Teraz jednak ochoczo przyklaskują. Jedynym politykiem, który odważył się w tej sprawie cokolwiek powiedzieć był senator Rand Paul.

„Jak można było być przeciwko zwiększeniu deficytu za prezydenta Obamy i za zwiększeniem deficytu teraz? Czyż nie jest to z definicji nieuczciwość i hipokryzja?” – pytał retorycznie Paul. Otóż jest i republikanie doskonale o tym wiedzą. Teraz widzimy to czarno na białym także i my. Ich rejtanowskie wysiłki zmierzające do ograniczenia deficytu nie miały nic wspólnego z troską o przyszłe pokolenia i zadłużanie państwa. Były wyłącznie czymś w rodzaju maczugi używanej do okładania politycznie niewygodnego prezydenta. Inaczej mówiąc, republikanom nigdy nie zależało na zmniejszaniu długów, chodziło im tylko o to, by zaszkodzić Obamie.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt tej sprawy. Kiedy do władzy doszedł Obama USA znajdowały się w środku kryzysu finansowego. Bezrobocie sięgało 10 proc., w zapaści znalazły się banki i całe gałęzie przemysłu. Mieliśmy do czynienia z recesją. Wówczas zwiększenie deficytu można było uzasadnić koniecznością pobudzenia gospodarki. Dziś takiej potrzeby nie ma. Gospodarka się rozwija, firmy notują rekordowe dochody, a bezrobocie spadło poniżej 4 proc. Mimo to republikanie proponują jeszcze większą jej stymulację niż w czasie kryzysu. Naprawdę trudno doszukać się w tym sensu. Taka polityka grozi inflacją, szybkim podniesieniem stóp procentowych kredytów przez Federal Reserve System (bank centralny USA) i w dłuższej perspektywie spowolnieniem, a nie wzrostem gospodarki.

 

Tomasz Bagnowski