„Tratwę Meduzy” Théodore Géricaulta znałem od wczesnej młodości. Bynajmniej nie byłem za młodu estetą, by podziwiać romantyczne dzieło francuskiego malarza. Szkic polskiego grafika podług obrazu owego artysty ilustrował jedną z „opowieści niesamowitych” dla młodych czytelników. Zbudowanej z prawdziwego zdarzenia i zdarzeń zmyślonych.

 

Znalazłem ją w książce zawierającej przejmujące dreszczem opowiadania Edgara Alana Poe o żywcem pogrzebanych, mieszankę fikcji i prawdy o podróżnikach zamarzających w lodach Arktyki, wędrowcach poprzez dzikie kraje i w obliczu śmierci w najdziwaczniejszych męczarniach. Wśród nich znajdowała się opowieść o „tratwie Meduzy”.

Chłopcy uwielbiają tego typu mrożące krew historie. Czytałem z przejęciem, w tym o tragicznym losie rozbitków francuskiego wielkiego statku.

Sam obraz zobaczyłem wiele lat później. Nie w oryginale. Nigdy nie byłem w Luwrze, ani w Paryżu. I nie wybieram się, ani też nie zachwycam się ogromnym płótnem (pięć metrów na siedem). Obraz o infernalnej treści, o trupich barwach ciał, i podobnego koloru wodzie oraz niebie, chorobliwie nieznośnym patosie i teatralnych gestach postaci – jednych w bezbrzeżnej desperacji, drugich – ożywionych nadzieją, rozmiarami przytłaczający, a treścią – odstręczający… Czy potrzebuję takich wątpliwych atrakcji?

Dlaczego więc o nim piszę, skoro ani dzieła nie widziałem, ani mi się nie podoba? W tym cyklu nie będzie tylko o tym, co lubię, ale także – czego nie akceptuję. A na pewno nie znoszę romantycznej frenezji, czyli w dzisiejszych słowach: epatowania widza grozą, ohydą, makabrą, niesamowitością. Romantyzm ze swym przerostem emocji nad intelektem lubował się w tego rodzaju przedstawieniach. Wstrząsnąć, przerazić, zaszokować – to były pierwsze i podstawowe cele romantycznego ruchu z początków XIX wieku. Do dziś niedojrzali artyści, zazwyczaj nie mający wiele do powiedzenia, a chcący zwrócić na siebie uwagę, sięgają po tego rodzaju środki. Hałasu medialnego wokół siebie robią dużo, a skutek zazwyczaj mizerny.

Gericault miał właśnie takie intencje na uwadze. Młody artysta, bez nazwiska, szukał tematu dla siebie, którym mógłby zainteresować publiczność i zafunkcjonować jako malarz. Nadarzyła się sposobność. W czerwcu 1816 roku doszło do makabrycznego wydarzenia, które wstrząsnęło ówczesną francuską opinią publiczną. Fregata „Meduza” z ponad 400 osobami na pokładzie utknęła na mieliźnie jakieś sto kilometrów od brzegów Afryki w drodze do Senegalu. W łodziach ratunkowych pomieściło się jedynie 250 pasażerów; pozostałych ulokowano na pośpiesznie i nieudolnie skleconej tratwie. Miano ją holować do brzegu, ale bardzo prędko odcięto liny, pozostawiając rozbitków na pastwę losu bez wody i bez jedzenia. Po 13 dniach dopiero nadszedł ratunek. W tym czasie na tratwie doszło do przerażających wydarzeń. Los pchnął porzuconych nieszczęśników do sytuacji przekraczającej granice ludzkiej wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Krańcowa rozpacz, desperacja, śmierć, samobójstwa, morderstwa, w końcu kanibalizm. Z ponad 160 dryfujących na tratwie przeżyło zaledwie 15 osób. Drastycznym opisom tego, co się z rozbitkami działo, nie było końca. A co jeden, to koszmarniejszy w detalach.

Trzeba przyznać, że Gericault nie szukał taniego poklasku. Nie spieszył się. Pracował nad swym dziełem dwa lata, starannie, metodycznie, ale między innymi po to, aby uzyskać pożądany, turpistyczny efekt. Długo rozmawiał z tymi, co przeżyli, chodził do kostnicy, oglądał zwłoki, aby uchwycić kolor rozkładających się ciał, wyraz twarzy zmarłych. Posunął się bardzo daleko w studiach przygotowawczych, ale nie zaniedbał żadnego szczegółu.

Oczywiście, że wybuchł skandal, gdy przedstawił swe dzieło na dorocznym paryskim Salonie, gdzie tradycyjnie prezentowano klasycystyczne, akademickie prace. Ale Gericault stał się prekursorem, inicjatorem ruchu romantycznego w malarstwie. Takiego, w którym „czucie i wiara” jak mówił Mickiewicz, są najważniejsze, emocje i wzburzenie napięć duchowych, mają odgrywać podstawową rolę w sztuce – w jej treści i odbiorze. Nic tedy dziwnego, że romantyzm tak forsownie przemawia do młodocianych odbiorców, silnie uczuciowych, zaś słabo jeszcze rozwiniętych intelektualnie.
Większość z nas pamięta własne romantyczne wzloty z czasów szkolnych. Osobiste przeżycia doznawane z najwyższą mocą, zauroczenie literaturą romantyczną. Na szczęście, jest to schorzenie młodego wieku i uleczalne. Przechodzi samo wraz z dojrzewaniem, nabieraniem umiejętności życiowych, mądrości. Niektórzy jednak nie mogą odwyknąć od tej dolegliwości. Całe życie kierują się impulsami, porywami uczuć, namiętnościami. Panuje nad nimi „dusza zmysłowa”, jak by powiedział Arystoteles.

Francuskiego malarza zainteresował przypadek tratwy Meduzy, właśnie jako sposobność do oddania na płótnie krańcowego napięcia emocjonalnego przedstawianych postaci. Namalował scenę, kiedy na horyzoncie pojawił się rozbitkom statek ratunkowy – pojawił się i odpłynął, by po paru godzinach wrócić. Grupa z lewej strony pogrążona w otchłani rozpaczy: nie ma już nadziei. Ci z prawej jeszcze kurczowo trzymają się ostatniej szansy na ocalenie. Wołają, wymachują, dają znaki, jeszcze wierzą, iż pomoc nadejdzie.

Co za frenezja, co za groza! Co za ekscytacja! Co za płytkość umysłu!

Czesław Karkowski