Wtedy przyszedłszy do Niego trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go:, „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić.” A Jezus zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony!” Zaraz trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: „Bacz abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich.” Lecz on po wyjściu wiele zaczął opowiadać, i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych.
                 Mk 1, 40-46
Każdy pogrzeb, mimo chrześcijańskiej nadziei jest mniej lub bardziej smutny, bo coś bezpowrotnie przeminęło, zostało przerwane, jakby niedokończone w ziemskiej rzeczywistości. Kiedyś odprawiałem bardzo smutny pogrzeb kobiety w średnim wieku, która targnęła się na  życie. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyły dwie osoby; jedna z nich była znajomą zmarłej, a druga, to kolega z klasy, który przypadkowo dowiedział się o jej śmierci. Po pogrzebie pokazał mi klasową fotografię, na której widzimy zmarłą jako młodą, piękną i uśmiechniętą dziewczynę. Nikt by nawet nie przypuszczał, że taki będzie finał jej ziemskiego życia. Pusty kościół w czasie pogrzebu podsuwał odpowiedź na rodzące się pytanie: Dlaczego targnęła się na własne życie. Miała w miarę wygodne mieszkanie, materialnie też była zabezpieczona. Głównym powodem tej tragicznej decyzji było społeczne wyizolowanie się oraz osłabienie więzi z Bogiem. Jako młoda dziewczyna zakochała się w przystojnym mężczyźnie, który zapewniał ją o swojej bezgranicznej miłości. Po dwóch latach szalonej znajomości, pewnego dnia powiedział jej, że kocha inną kobietę i planuje z nią wziąć ślub. Wszystko w życiu młodej dziewczyny rozsypało się, legło w gruzach. Ledwo uporała się z myślami samobójczymi. Po roku powoli zaczęła wracać do normalnego życia, ale już nigdy nie potrafiła zaufać spotkanym mężczyznom, nigdy nie wyszła za mąż. Zamknięta w sobie, coraz bardziej traciła więzy ze swoją rodziną. Doszło do tego, że nawet na święta Bożego Narodzenia zostawała sama. Nie potrafiła także nawiązać zdrowych, przyjacielskich relacji z innymi. Ciągle miała pretensje do całego świata. Coraz bardziej izolowała się społecznie, aż w końcu została prawie sama w pustym domu. Swoimi życiowymi niepowodzeniami, gdzieś w głębi serca obwiniała Boga, co było powodem odchodzenia od Niego. To narastające poczucie samotności, opuszczenia, izolacji było głównym motywem podjęcia tej tragicznej decyzji. Była to śmiertelna izolacja.
Pastor i pisarz protestancki Paul Tripp w książce „Bielszy nad śnieg. Medytacje nad grzechem i miłosierdziem” pisze: „Nie zostaliśmy stworzeni, by być samowystarczalni, autonomiczni, niezależni. Powołani zostaliśmy do życia w pokornej, miłującej i błogosławionej zależności od Boga oraz pokornej, miłującej i błogosławionej współzależności od innych. Nasze życie zaplanowane było jako przedsięwzięcie wspólnotowe. Oszustwo grzechu polega na wierze w to, że sam posiadam wszystko, czego potrzebuję, i relacje z innymi mogą pozostawać płytkie i powierzchowne. Bronimy się, gdy ludzie wskazują na nasze błędy i słabości. Kurczowo chowamy nasze zmagania przed innymi, nie dając sobie szansy, jaką niesie otwarcie się na innych”. Różne są powody izolacji i osamotnienia. Najczęściej to my sami jesteśmy tego powodem. Warto w tym miejscu wspomnieć słowa św. Jana Pawła II: „Czujesz się osamotniony. Postaraj się odwiedzić kogoś, kto jest jeszcze bardziej samotny”. To jest najlepszy sposób wyjścia z izolacji. Możemy się zawieść na jednym człowieku, ale to nie znaczy, że mamy się izolować od wszystkich. A nawet, gdyby zawiedli wszyscy, jest ktoś ko nigdy nas nie opuści. W Biblii czytamy: „Pan nigdy nie zawodzi swoich przyjaciół”. „Pan sam pójdzie przed tobą i będzie z tobą. Nie zawiedzie i nie opuści cię; nie bój się więc i nie trwóż się!”. „Choćby ojciec i matka mnie opuścili, Pan jednak mnie przygarnie”. „Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę”. „A choćby się góry poruszyły i pagórki się zachwiały, jednak moja łaska nie opuści cię, a przymierze mojego pokoju się nie zachwieje, mówi Pan, który się nad tobą lituje.”
Powyższe biblijne słowa przybrały bardzo realny kształt w Jezusie Chrystusie. Dzisiejsza Ewangelia ukazuje, jak Chrystus wyrywa człowieka ze skrajnej izolacji. Choroba niesie wiele form cierpienia i w różnych aspektach może nas izolować społecznie. W czasie choroby nasze ciało słabnie, co staje się powodem mniejszej aktywności społecznych działań z innymi. Choroba zamyka nas często w czterech ścianach domu, pozbawiając możliwości kontaktów z innymi.
Niektóre choroby mogą być bardziej izolujące niż inne. Najbardziej izolującą chorobą w czasach Jezusa był trąd. Trędowaci byli wyrzutkami społecznymi odłączonymi od reszty wspólnoty, których zdrowi woleli unikać. W Księdze Kapłańskiej czytamy: „Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: ‘Nieczysty, nieczysty!”. Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem”.
Trędowaci od najdawniejszych czasów wzbudzali w Izraelu najwyższy wstręt. W tamtych czasach ta zaraźliwa choroba była nieuleczalna. Dlatego zabezpieczano się przed jej rozprzestrzenianiem, izolując trędowatych od zdrowych. Trąd był traktowany nie tylko jako dolegliwość fizyczna, ale jako dowód grzeszności i odtrącenia przez Boga. Do dzisiaj używane jest wyrażenie „trąd grzechu”. Trędowaci sami czuli nieraz, że Bóg się od nich odwrócił. Doświadczali oni tragicznej izolacji ze strony społeczności ludzkiej i jak sądzili, także ze strony Boga.
Na spotkanie Jezusa wybiegł trędowaty. Zapewne słyszał o Jezusie, o Jego cudach, o tym jak pomagał ludziom, których dotknęły różnego rodzaju nieszczęścia. Zdesperowany złamał zakaz opuszczania miejsca odosobnienia, padł przed Jezusem na kolana i prosił: „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić.” Jezus nie odwrócił się od niego, jak to by uczynił każdy inny człowiek. Uczynił dla niego więcej niż spodziewał się trędowaty. Nie tylko przemówił do niego, ale go dotknął. Mógł go uzdrowić tylko słowem, jednak wyciągnął do niego rękę, bo to było potrzebne, aby wyrwać trędowatego ze skrajnej izolacji. To było cudowne wydarzenie w życiu trędowatego. Było to także ważne wydarzenie dla wszystkich trędowatych i zdrowych. Jezus powiedział przez to uzdrowienie, że trędowaci nie są odtrąceni przez Boga, i że społeczność ludzka nie może się od nich odwracać. W swoim nieszczęściu potrzebują szczególnej ludzkiej życzliwości.
Chrystus pragnie, aby to co On uczynił dla trędowatego było kontynuowane w naszych czasach, przez Jego współczesnych uczniów.
Jest wśród nas wielu samotnych, wyizolowanych i opuszczonych ludzi. Do nich, tak jak Chrystus do trędowatego winniśmy wyciągnąć życzliwą dłoń. Takie wyciągnięcie dłoni może zapobiec nieraz tragedii, o której wspomniałem w tym rozważaniu.
ks. Ryszard Koper