Nie, to nie będzie o bólu fizycznym. Będzie o innych korzonkach, które powodują cierpienie psychiczne. O korzonkach, które zapuszczamy, by je wyrwać, a następnie zapuścić gdzie indziej.

Znowu mieszkam w tym samym pomieszczeniu, w którym się urodziłem. Nietypowa to sytuacja dla kogoś w zaawansowanym wieku średnim, zwłaszcza kogoś, kto z własnej woli wyemigrował do Ameryki i spędził tam, zadowolony ze swojej egzystencji, ponad ćwierć wieku.

Pisałem już jednak niejednokrotnie o powodach i okolicznościach mojego tutaj przyjazdu. Po śmierci Ojca, którym zajmowałem się przez ostatni rok jego życia, pozostałem w jego mieszkaniu, gdyż tak jest najpraktyczniej. Mieszkanie jest jednak brzydkie, biedne, totalnie zrujnowane. Rodzice, całe życie musząc liczyć pieniądze, nie wymieniali niczego, co jeszcze działało. Tak więc zastałem te same regały kupione ponad 40 lat temu, te same, teraz porwane, tapety na ścianach i wykładziny na podłogach.

Cokolwiek postanowię: sprzedać mieszkanie, wynająć je, trzeba usunąć te wszystkie ohydne graty i zrobić kosztowny remont kapitalny. Rozdałem lub wyrzuciłem dużo książek, pożółkłych, z rozklejonymi grzbietami i często o archaicznej lub mało wartościowej dziś treści, skoro np. publikacje historyczne i podróżnicze podlegały cenzurze. Na swoją kolej czeka kolekcja płyt długogrających, które dawno zastąpiłem ekwiwalentami w formie dysków kompaktowych.
Ciągle jednak pełno jest rupieci, zwłaszcza w kuchni. Pożółkłe kubki porcelanowe i obtłuczone emaliowane, poczerniałe patelnie, tępe noże, przybory kiedyś potrzebne, jak maszynka do mielenia mięsa i o problematycznej przydatności, jak maszynka do mielenia bakalii.

Przy każdym geście wyrzucania do worka na śmieci takiego przedmiotu, lekko drgnie mi jednak serce. Przecież to w tym kubku emaliowanym, seledynowym z białymi łabędziami, na wakacjach w Broku nad Bugiem babcia podawała nam gorące mleko z wanilią, żółtkiem i cukrem. To ta maszynka do mięsa szła w ruch w kuchni przed świętami.
Wszyscy mamy takie przedmioty przypominające nam przeszłość – tyle że ich już potem nie widzimy, skoro ktoś je zużył i wyrzucił. Albo też odwiedzamy po latach dom rodziców czy dziadków by po raz ostatni, przed likwidacją gospodarstwa, wziąć wszystko do ręki, zatrzymać parę przedmiotów o walorach artystycznych i sentymentalnych, a resztę graciarni wyrzucić.

Jeśli jednak przyjdzie nam mieszkać wśród tych świadectw dawno minionego dzieciństwa, jak jest to teraz moim udziałem? Przecież nie da się wrócić do szczęśliwej młodości, nie zapełni się znowu śmiechem i gwarem pustego dziś domu.

Ludzie racjonalnie tłumaczą mi, że po remoncie nie będę miał takich odczuć. Że jeśli zmienić każdą ścianę, sufit, okna, wszystko, będzie to jak zrobić egzorcyzmy, przepędzić palnikiem złe duchy.

Ale czy się da, skoro widok za oknem jest jak zatrzymany w czasie, zwłaszcza w nieprzyjemnej porze zimowej? Jeśli pozostał ten sam adres co w starym dowodzie (patron ulicy, hinduski poeta noblista Rabindranath Tagore nie podlegał dekomunizacji)?

Rzecz w tym, że ja tu kiedyś zapuściłem korzonki, a potem, z premedytacją, je wyrwałem. Pierwsze lata w USA były, u wszystkich chyba, latami tęsknoty za rodzinnym domem. Odwiedzając rodziców, nocując na tej samej co kiedyś wersalce, popijając herbatę z legendarnego kubka z łabędziami, czułem się jak na historycznej inscenizacji, uroczej próbie odtworzenia tego, co kiedyś było i nie wróci.

W Nowym Jorku miałem przecież swój nowy dom. Kupiłem do niego meble, sprzęt stereo, zgromadziłem nową kolekcję książek i płyt, kupiłem komplety ładnych, bo nowych, akcesoriów, szklanek i kubków, nowoczesnych w formie, bez malowanych łabądków.

Życie zmusiło mnie do przenosin do Polski i pozbycia się tych wszystkich rzeczy. Tylko przedmiotów dla osoby postronnej, dla mnie – dowodów, że tam istniałem, żyłem, prosperowałem.

Osoba racjonalna (jakże to zimno brzmi!) znowu wszystko mi wytłumaczy: że meble się zużyły, a inne przedmioty to rzeczy nabyte, które łatwo moża kupić gdzie indziej, czasem nawet identyczne. „Weź na pamiątkę kilka zdjęć, choć i te możesz przecież zeskanować i wrzucić na komputer. Może pare dyplomów, listów, odznaczeń. Najważniejsze, żebyś miał szmal na koncie.”

Czy jednak można przeprowadzić taką totalną dysocjację od materialnych przedmiotów, które towarzyszyły naszemu życiu? Nie wiem, zastanawiam się na tym; może spróbuję tak żyć.

Czy jeśli kupię nowe mieszkanie – albo jednak wyremontuję to poojcowskie – nie zacznę od nowa kupować filiżanek, odkurzaczy, telewizorów i ścierek do wycierania kurzu? Przecież nawet przy minimalistycznym podejściu do życia jakieś sprzęty trzeba mieć, choćby korkociąg i otwieracz do konserw.

Wędrowcy, gdy się im przyjrzeć, także gdzieś mają swój dom. Osoby mające dobry zawód i w związku z tym przenoszące się co kilka lat do innego kraju – dyplomaci, szpiedzy, spece od wydobycia nafty – zabierają ze sobą nie tylko rodziny ale i meble, sprzęty, książki. Te korzenie, które dopiero co zapuścili, wyrywają i przesadzają w nowe miejsce.

Ktoś powie, że przy kolejnych przeprowadzkach to zapuszczanie korzeni nie jest takie głębokie, a ich wyrywanie – tak bolesne. Może i tak. Z drugiej strony – narasta poczucie, że nie przynależy się już nigdzie.

Jedyną radą, by nie mieć takich problemów, jest pozostać całe życie w miejscu urodzenia. Wbrew pozorom, nie jest to taka rzadka opcja. Emigracja jest wymuszana przez dramaty polityczne i przez biedę. Gdy nie ma takiej zewnętrznej konieczności, ludzie chętnie pozostają w swoim małym miasteczku na Sycylii, w Danii, na Filipinach. Wzięcie do ręki starego kubka z łabędziem nie jest więc dla nich traumatycznym, gorzko-słodkim przeżyciem. Nikt kubka nie zauważa bo jest on jak krewny, który nigdy nie wyprowadził się z domu i starzeje się razem z nami. Jednak i ja, i osoby czytające w Nowym Jorku te słowa, wybraliśmy inne życie. No to teraz wylewajmy krokodyle łzy biorąc do ręki stary, szpetny kubek.

 

Jan Latus