„Bitwa pod Orszą” anonimowego artysty należy do moich najulubieńszych obrazów polskich. 
Sporych rozmiarów malowidło znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie. Bardzo rzadko bywam w stolicy, bo nie mam po co. Ale jeśli się już trafi dłuższy pobyt, idę do muzeum i nieodmiennie przy tej okazji podziwiam to arcydzieło polskiego malarstwa.
Nie jedyne zresztą. Zarówno w tej placówce, jak i powiedzmy w bogato wyposażonych muzeach krakowskich, czy łódzkich, ściany wypełnione są doskonałymi pracami rodzimych artystów.
Zwiedziłem już w życiu wiele europejskich muzeów i mogę śmiało powiedzieć: polska sztuka minionych lat jest bardzo dobra, nie ustępująca poziomem dokonaniom zachodnich artystów. Dlaczego więc jest mało znana w świecie?
Zasadniczo z trzech powodów. Po pierwsze, gdy na Zachodzie powstawały w średniowieczu i renesansie wspaniałe obrazy, na ziemiach polskich królowało malarstwo cechowe, niewyrafinowane, proste. Cechy dbały o swoich członków, ale zarazem krępowały ich indywidualny rozwój. Malarze z tamtych czasów, których nazwiska znamy, są głównie obcego pochodzenia. Polscy władcy, magnateria, bogatsza szlachta, nie gustowali w malarstwie, mieszczaństwo było liczebnie niewielkie, a jako warstwa społeczna – pozbawiona siły i znaczenia. Łącznie, ci potencjalni nabywcy nie stworzyli rynku, który uruchomiłby konkurencje wśród twórców.
Renesans miał w Polsce „naskórkowy” charakter, późniejsze zamówienia kościelne były pospolite, a mecenat prywatny, świecki – osobliwy. Polski barok przefiltrowany przez ideologię sarmacką dawał znakomite efekty na wizerunkach. Była to jednak sztuka bardzo specyficzna, daleko odbiegająca od typowej praktyki malarskiej gdzie indziej. Dziś wymaga osobnych studiów, uprzystępnienia i energicznego rozreklamowania.
To drugi powód. Polska w sposób nadzwyczaj nieudolny promuje siebie. W tym konkretnym przypadku, potrzeba dziesiątków dobrze napisanych, popularnych, ale też i fachowych podręczników, historii sztuki, przewodników; wystaw organizowanych na świecie; konferencji z udziałem zachodnich specjalistów; stypendiów fundowanych dla osób zainteresowanych oryginalną sztuką polską.
Trzeci, to skutek trudnej historii. Zaborcy siłą rzeczy nie mieli zamiaru studiować i zalecać sztukę narodów zdominowanych, a po 1945 r. obie strony ideologiczno-militarnego konfliktu były zainteresowane, aby stworzyć wrażenie, iż między Zachodem a Moskwą rozciąga się pustynia kulturowa. Uzasadniało to i usprawiedliwiało zniewolenie narodów środkowej Europy jako cywilizacyjnie nietwórczych.
   *
Wracając do „Bitwy pod Orszą”. Wielkich rozmiarów dzieło (oryginalnie było jeszcze większe, przycięto je z jednego boku) na desce, przedstawia bitwę stoczoną na początku września 1514 r. za czasów Zygmunta Starego, między oddziałami polskimi i litewskimi przeciwko znacznie liczniejszej, ale gorzej wyposażonej armii rosyjskiej. Do zwycięskiego dla polskiej strony starcia doszło nad Dnieprem w dzisiejszej wschodniej Białorusi, w pobliżu rosyjskiego Smoleńska.
Obraz jest fascynujący i uroczy w detalach. Bitwa widziana jest z lotu ptaka, Początkowo z tego kłębowiska ludzkiego trudno wysupłać jakąś treść. Widać galimatias konfliktu zbrojnego, niemal jak na 400 lat późniejszej „Bitwie pod Grunwaldem”. Centralnie, zwarte, karne, oddziały polskie, u dołu, bezładne masy wojsk rosyjskich; tam Polacy w bród pokonują rzekę, tu znowu na prowizorycznym moście z beczek przeciągają armaty, powyżej zastawiają pułapkę w wąwozie; zabici, ranni, człowiek z koniem tonie u urwistego brzegu Dniepru; łucznicy na koniach, kopijnicy, armia pancerna, lekka kawaleria; szable, włócznie, tarcze, muszkiety; dowódcy i zwykli wojownicy.
Nad rzeką na pniu siedzi cywil. Przygląda się bitwie. Historycy sztuki twierdzą, że to sam artysta uwiecznił siebie tutaj, aby dać świadectwo tego, iż był na miejscu w tej walce, widział batalię, przedstawił wiernie przebieg wydarzeń. Jak? Na jednym wielkim obrazie namalował trzy ważne momenty starcia owego wrześniowego dnia.
Dzieło ma charakter narracyjny, typowy dla średniowiecznych malowideł, przedstawiających jednocześnie wydarzenia kolejno następujące po sobie, rozwijające się w czasie. Głównodowodzący, hetman Konstanty Ostrogski, zobrazowany jest trzykrotnie, w decydujących momentach bitwy – wyjeżdża z obozu po prawej stronie rzeki, prowadzi do walki główny zbrojny korpus, który już przeprawił się przez Dniepr, organizuje zasadzkę w wąwozie na oddziały rosyjskie.
Niemalże pośrodku tej ludzkiej ciżby prącej na przeciwnika (w lewą stronę), usiadł na ziemi człowiek. Zrzucił zbroję, ściąga buty, siedzi tyłem do wszystkich jakby niepomny tego, co się dzieje wokół. Ma dosyć walki, przemocy, krwi. Może to znowu sam autor dzieła utrwalił swą rolę? Wpierw wziął udział w bitwie pod Orszą jako żołnierz, ale zrezygnował. Nie nadaje się do noszenia broni, zabijania. Sztuka wojenna to nie dla niego. Jest artystą, jego orężem jest pędzel.
Malarz przygląda się bitwie, a zarazem ogarnia jej przebieg z góry: podwójna, a może nawet potrójna perspektywa – uczestnika, obserwatora i kronikarza. Oddał wiernie szczegóły – wygląd srogich twarzy wojowników, ich strojów, uzbrojenia, specyfiki terenu. Bezsprzecznie był na miejscu, widział, doskonale zapamiętał najmniejsze nawet drobiazgi.
*
Pod względem nagromadzenia detali dzieło przypomina wiele obrazów Petera Breughela, bogatych w lokalne szczegóły. „Bitwę pod Orszą” oglądać można godzinami. Oczywiście nigdy nie miałem tyle czasu, ale od czego aparat fotograficzny? Później w domu można wrócić do tego malowidła, powiększać fragmenty, przyjrzeć się epizodom obrazu. Nie tak jeszcze dawno temu, historycy sztuki przez lornetkę przyglądali się dziełom sztuki. Dzięki takiemu zbliżeniu wyłapywali szczegóły, uwagi zapisywali w notesie. Współczesna technologia daje doskonałe narzędzia wszystkim zainteresowanym. W domu przy biurku mogą oglądać elektroniczne obrazy centymetr po centymetrze.
„Bitwa pod Orszą” powstała w latach 1525-30. Taki jest wiek drewna, na którym artysta malował. Tyle wysiłku, starań i sztuki nie wiadomo, po co?
Losy obrazu są całkowicie nieznane. Kto i dla kogo go malował? Gdzie zawisł? Kto go oglądał? Sprzedał, porzucił, oddał? Żadnych zapisów, żadnych śladów. Niewiarygodne, chyba tylko w Polsce możliwe.
Czesław Karkowski