Kiedy się zima wykruszy/ i znikną dzieciaki na sankach/ w jasne miasto wyruszą/ chłopaki na damkach. * Przystrzygą brody. Poprawią rogowe okulary. Spod wąskich spodni wychyną blade kostki. I to będzie bezsprzeczny znak. Nadchodzącej dobrej zmiany. Ale jeszcze nie. Jeszcze gnieździmy się w ciemnych popołudniach najkrótszego miesiąca w roku. Spożywamy produkty wysokokaloryczne. Wyhodowany nadmiar ukrywając pod kocami, swetrami, płaszczami. Jakby nie było jutra. Wiosny. I przykrej konieczności wyjścia z jamki na świat. Pijemy grzane wino. Oglądamy stare filmy. Płaczemy nad bezpowrotnie utraconą młodością. I że na wszystko już za późno.

Nigdy nie będę jak Baby. Młoda dziewczyna z bogatego amerykańskiego domu, która przyjeżdża na wczasy z rodziną. Ojciec lekarz. Matka – żona lekarza. Siostra mało utalentowana, acz dość atrakcyjna, jeśli ktoś lubi anemiczne brunetki. Pensjonat gdzieś w Catskill. O czym nie wiedziałam trzydzieści lat temu. Ale skąd miałam wiedzieć. I po co. Nie zwracałam uwagi na współrzędne geograficzne. Było to gdzieś w Ameryce. To wystarczyło. W zielonej, słonecznej krainie Coca- Coli, gumy do żucia i uśmiechniętych ludzi z pełnym uzębieniem. A ja byłam w peerelowskiej Polsce. W trzeciej klasie szkoły podstawowej numer 5 we Wrześni. I być może, pierwszy raz bez rodziców, w kinie. A może przed telewizorem. Na którym stał magnetowid. A w nim kaseta VHS. O którą – drżącym głosem – poprosiła koleżanka w wypożyczalni filmów, bo w polskim tytule występowało słowo, którego – w przeciwieństwie do współczesnych dwunastolatek – wstydziłyśmy się powiedzieć na głos. Więc szturchałyśmy się nawzajem. Ty mów. Nie, ty! Kopia była marna. Obraz trochę śnieżył. Trochę się rozmywał. Ale to nieważne. Brałyśmy udział w misterium.

Dirty Dancing. Wirujący seks. Banalna historia pierwszej miłości. Bogatej panienki i chłopca z ludu. Drewniane aktorstwo. Kulawe dialogi. Niskobudżetowa produkcja. I wszystko nieważne. I niewarte wspomnień. Gdyby nie Patrick Swayze. Boski. Koci. O zamglonym spojrzeniu. Wyrzeźbionym ciele baletmistrza. Który z gracją potrafi wykopać z ziemi metalowy słupek, by wybić nim dziurę w szybie samochodu. Bo zatrzasnął kluczyki. Bo jest szalony i nieokiełznany. Pochodzi ze świata, w którym przekracza się prędkość. Uprawia seks przedmałżeński. A w tańcu rusza biodrami tak, że od samego patrzenia można zajść w ciążę. Posągowy Swayze. Który jeszcze nie wie, że w wieku zaledwie 57 lat zejdzie na raka trzustki. I nie pomoże mu sława. Pieniądze. Ani medycyna alternatywna. Będzie umierał na okładkach kolorowych magazynów. Na oczach tłumów żądnych taniej sensacji. Komentujących łysą czaszkę i znękane spojrzenie idola.
Na razie jest rok 87. Dziadek Mróz mieszka w Domu Seniora i na tyłach placu zabaw pokazuje przyrodzenie. Chętnym daje potrzymać. Za darmo. Mówi koleżanka, której sąsiadka z rodziny patologicznej, obnaża się na klatce schodowej. Za liście babki. Które potem przykłada. W bolące miejsca. Podobno odwiedza Dziadka Mroza. Siada mu na kolanach. Bawi się w dom – mówi. Inna kradnie lody. Niewielkie kostki w sreberku chowa po kieszeniach. Ma ulubiony sklep spożywczy. Daleko od domu. Jemy w pośpiechu. Roztopione mleko spływa po palcach.

To, co zostało po wiatraku, śmierdzi moczem. W piasku walają się papierki. Puszki. Butelki. Na drewnianej belce ktoś wypalił wyznanie miłości. Kikuty huśtawek. Rozmontowane zjeżdżalnie. Za rok rozmontują system. Ale jeszcze nic o tym nie wiemy. Rozcinamy kawałkiem szkła opuszki palców i łączymy w sekretnym akcie siostrzeństwa krwi. To czas niewinności. Krótkich spódniczek z koła, w których ćwiczymy kroki Lambady. Plakatu z Thomasem Andersem, po który trzeba zwlec się z łóżka bladym świtem, w wolną sobotę, a potem wystać w kolejce. Dodatek do Dziennika Ludowego. Twardy, szorstki papier. Koleżanka wolała blondyna. Ja kochałam się w ciemnolicym wokaliście Modern Talking. Kto by przypuszczał, że za trzydzieści lat, w skórzanej kurtce, o twarzy nabrzmiałej od alkoholu, koksu a może zwyczajnie, od życia, będzie śpiewał na lokalnym festynie z okazji Dnia Miasta. Że kolorowe żelki Haribo, które przywoził wujek z RFN-u będą do kupienia w każdym sklepie, a Fraglesy i Muppety obejrzymy na wystawie w nowojorskim Museum of the Moving Image, robiąc selfies z Wujem Mattem uśmiechając do sfatygowanych lalek. Odczarujemy, odmitologizujemy dzieciństwo. I będzie nam z tego powodu bardzo smutno.

Ostatnia scena, która przeszła do historii kina. Ostatni taniec, który próbowałyśmy odtworzyć na szkolnych dyskotekach. Ręka zarzucona na szyję partnera. A raczej partnerki. Bo chłopcy nie chcieli tańczyć. Podpierali ściany. Tak się wtedy mówiło. Dziewczyny były zdane na siebie. Niewiele się zmieniło. Większość chłopców z tamtych lat nigdy nie dorosła. Posiwiała. Przytyła. Ale mentalnie została w podstawówce. Tak mówią ich żony. Pewnie mają rację. Patrzą jak Johnny skacze ze sceny. Giętki. Sprężysty. I nucą pod nosem Now I’ve had the time of my life/ No I never felt like this before… Kołysankę dla dziewczynek urodzonych w latach osiemdziesiątych, którym po drodze wydarzyło się życie.

* z książki „Nieprzysiadalność. Autobiografia” Marcin Świetlicki, Rafał Księżyk.

 

Weronika Kwiatkowska