Trump podczas wygłoszonego w Kongresie orędzia o stanie państwa wezwał demokratów do współpracy przy reformie imigracyjnej i odbudowie infrastruktury.

 

Podczas trwającego blisko półtorej godziny przemówienia do połączonych izb Kongresu Donald Trump wymienił „niezwykłe sukcesy” pierwszego roku swojej prezydentury wśród, których znalazło się między innymi wprowadzenie obniżki podatków, rozbicie ISIS, zmniejszenie bezrobocia i poprawa stanu gospodarki. Prezydent trzymał się ściśle przygotowanego wcześniej tekstu wystąpienia przybierając jak najbardziej koncyliacyjny ton i powstrzymując się od charakterystycznych dla niego konfrontacyjnych stwierdzeń, czy personalnych ataków.

„Dziś wzywam wszystkich do odłożenia na bok dzielących nas różnic i poszukiwania tego co nas łączy dla dobra wszystkich Amerykanów” – mówił prezydent. „Teraz otwiera się w Ameryce nowy moment. Nie było lepszego czasu by spełnić swój amerykański sen” – ciągnął Trump, wywołując burzliwe oklaski republikanów i cierpkie spojrzenia demokratów.

W przemówieniu prezydenta nie było zbyt wielu nowych wątków, Trump – zgodnie z oczekiwaniami – wyliczył kilka celów swojej administracji zapowiadanych już wielokrotnie wcześniej. Wezwał między innymi ustawodawców do wspólnej pracy nad planem modernizacji amerykańskiej infrastruktury, na który przeznaczonych ma być 1,5 bln dolarów oraz do przeprowadzenia reformy imigracyjnej. O tej ostatniej sprawie mówił dość ogólnikowo ograniczając się do stwierdzeń, że żadna z negocjujących stron nie powinna spodziewać się, iż wszystkie jej postulaty zostaną przyjęte. „Powinniśmy skupić się na tym czego potrzebuje kraj” – mówił prezydent dodając: „przez ponad 30 lat politycy w Waszyngtonie próbowali rozwiązać ten problem. Ten Kongres wreszcie może to zrobić”.

Donald Trump unikał w swoim wystąpieniu tematów mocno kontrowersyjnych.

 

Nie powtórzył na przykład gróźb wypowiadanych pod adresem miast prowadzących przyjazną politykę wobec nielegalnych imigrantów, nie powiedział ani słowa o śledztwie dotyczącym rosyjskich prób wpływania na wynik wyborów w USA, całkowicie pominął temat molestowania seksualnego kobiet i związanego z tym ruchu „Me Too”, nie zapowiedział też podarcia na strzępy porozumienia nuklearnego z Iranem i umów handlowych podpisanych przez Stany Zjednoczone za poprzednich administracji.

Największe kontrowersje wywołała wygłoszona przez niego propozycja ograniczenia możliwości ściągania do USA rodzin przez posiadaczy zielonych kart i naturalizowanych Amerykanów. Zapowiedź wprowadzenia tych ograniczeń demokraci przyjęli z wyraźną dezaprobatą, na sali dało się słyszeć nawet krótkie buczenie.

Orędzie o stanie państwa Donalda Trumpa, podobnie jak orędzia wygłaszane przez jego poprzedników było starannie wyreżyserowane. Do Kongresu zaproszono tzw. zwykłych Amerykanów, czyli osoby mające być egzemplifikacją konieczności wprowadzenia postulowanych reform. Od wojennych weteranów, po rodziny rozbite przez przemoc ze strony gangów. Warto też wspomnieć, że przemówienie Trumpa było wyjątkowo długie, najdłuższe od czasu prezydentury Billa Clintona.

Po jego zakończeniu prezydent opuścił salę obrad ściskając dłonie ustawodawców i przyjmując gratulacje od politycznych sprzymierzeńców. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że pojednawczy ton prezydenta cokolwiek w amerykańskiej polityce zmieni i przyczyni się do zasypania podziałów. Kongres jest dziś podzielony bardziej niż kiedykolwiek. Zaledwie kilkanaście dni temu w związku z brakiem porozumienia wśród polityków doszło do zablokowania pracy części administracji rządowej. Finanse dla niej zapewniono jedynie tymczasowo i problem wkrótce może się powtórzyć. Reforma podatkowa, którą wśród swoich sukcesów wymienił Donald Trump przeszła bez jednego nawet głosu wsparcia demokratów. Kością niezgody pozostaje reforma imigracyjna. Zmianę w tym swoistym politycznym klinczu przynieść mogą jedynie wybory w połowie kadencji, które odbędą się w listopadzie tego roku. Jeśli sukces w nich odniosą republikanie pozwoli to im realizować własną politykę sprawniej. Jeśli zwycięsko z wyborów wyjdą demokraci, GOP będzie bardziej skłonna do poszukiwania kompromisu.

 

Tomasz Bagnowski