Już dawno nie oglądałem meczu tenisowego z takim zażenowaniem. Od dawna nie widziałem gry tak nieporadnej i najeżonej błędami, zawodniczek i zawodników tak nieprzygotowanych fizycznie i nieodpornych psychicznie. A oglądałem przecież półfinały i finały turnieju Australian Open, a więc podobno najlepszych na świecie graczy, w tym tak genialnych jak Roger Federer. Oglądałem ich jednak w polskiej telewizji i słyszałem komentarze naszych fachowców. Po tej dawce krytycznych opinii postrzegam tenis inaczej.

Najprościej problem przedstawić można tak. Tenis jest grą błędów. Gdyby żaden zawodnik nie popełnił błędu, gra trwałaby wiecznie, nikt nie zdobyłby nawet punktu. Można zachwycić się wygraną piłką jednego z graczy – lub dostrzec tylko, że pozwolił mu na to, robiąc błąd, przeciwnik. Szklanka do połowy pełna lub pusta.

W polskich studiach telewizyjnych za mikrofonami siedzą dziś często – obok dziennikarza sportowego – byli sportowcy. Ten trend, zapoczątkowany w USA i Europie, doszedł i do nas – i bardzo dobrze. Nawet jeśli sportowcy nie mają takiej elokwencji jak słynni sprawozdawcy Jan Ciszewski czy Bohdan Tomaszewski, po prostu znają się na rzeczy. Sami przecież grali, biegali, kopali, rzucali, skakali.

Na Zachodzie jednak zaproszeni do studia fachowcy zachowują, jak sądzę, większy dystans i luz. Przecież współprowadzą show, a sport to show business. Na Australian Open przed- i pomeczowe komentarze wygłaszał sławny kiedyś Szwed Mats Wilander. W Stanach zwykle był to jego rywal na kortach, John McEnroe. Jako były tenisista oczywiście dostrzegał on błędy, słabości, psychiczne załamki i nerwy zawodników. Przede wszystkim jednak widział większą całość: mecz na najwyższym światowym poziomie, wyśmienitych zawodników. Cieszył się meczem, zachwycał grą. Czasem skomentował czyjeś efektowne zagranie. Poza tym jednak milczał, gdy grali. Nie odczuwał konieczności komentowania każdego odbicia, każdej wymiany piłek.

A polscy komentatorzy – owszem. Oni są jak nauczyciel wiecznie niezadowolony z ucznia, matka zawsze gderająca na nieudanego syna, wredny kapral wyciskający poty z poborowego. Tenis jest grą błędów. To nie Kowalski znakomicie zagrał – to Malinowski był źle ustawiony, był za daleko, zareagował za późno. Ci fachowcy w studio widzą każdy błąd techniczny i niedoskonałość. Aż żal patrzeć na tych zawodników, skoro w każdej wymianie piłek robią kardynalne błędy.

Podobnie jest przy oglądaniu innych dyscyplin. Najlepsi na świecie alpejczycy z niewyobrażalną dla przeciętnego narciarza gibkością i siłą śmigają między kijkami slalomu. Komentator ocenia każde minięcie, każdy skręt nart: za późno wszedł, odeszła mu zewnętrzna narta, popełnił błąd, który drogo będzie go kosztować. I potem się dziwi, że jednak był to najlepszy czas zawodów. No i co z tego – błędy były!

Znowu oglądam z zażenowaniem tę sekwencję błędów, spóźnionych reakcji, wpadek. Do diaska, przecież to są najlepsi na świecie narciarze. I krocie zarabiają. Dlaczego robią tyle błędów? Przecież gdy ja zrobiłem tylko trzy błędy ortograficzne w całym wypracowaniu, dostawałem dwóję!

Czuję się, jakbym siedział z trenerami przed wielkim monitorem, na którym wyświetlana jest trajektoria lotu piłki, ruchy zawodnika, prędkości, przeciążenia. Na innych monitorach wyświetlają się dane zawodnika: puls, ciśnienie krwi, masa mięśniowa, skład krwi.

Tak przecież wygląda współczesny sport, prawda? Przestał być zabawą amatorów, stał się przemysłem, zaawansowaną technologią, show businessem równie konkurencyjnym jak Hollywood. Pewnie konkurencja duża jest i wśród komentatorów sportowych, bo to zajęcie prestiżowe i przyjemne. Ogląda się zawody i gada, często za granicą. Żeby komentarz uwiarygodnić, by stał się tak profesjonalny że widz oniemieje z podziwu, sadza się w studio byłych sportowców.

Już się boję transmisji z zimowych igrzysk olimpijskich, minuta po minucie analizy błędów i słabości zawodników, patałachów z całego świata.

Czy zdobędę się, słuchając tego, na czysty zachwyt nad niebywałą sprawnością i dzielnością tych sportowców? Czy dostrzegę piękno sportu?

Na pewno jednak wzrosną we mnie uczucia patriotyczne. Pompuje się tu bowiem bezwstydnie narodową dumę posługując się jako narzędziem indywidualnymi osiągnięciami osób, które akurat urodziły się w naszym kraju.
Nie powiem, amerykańskie transmisje z olimpiad także były żenujące. Pomijano lub traktowano jako tło rywali, ignorowano dyscypliny, w których Amerykanie się nie liczyli. Karmiono nas za to – przygotowanymi wcześniej – cukierkowatymi materiałami o ciężkim dzieciństwie i harcie ducha amerykańskich herosów.

Szowinizm ma miejsce, jak podejrzewam, wśród kibiców wielu krajów. Ale co mnie obchodzą inne kraje. Polska mnie obchodzi i to unarodowione odbieranie show businessu, jakim jest sport, dość mnie denerwuje. Tłumy ludzi stoją godzinami na mrozie by zobaczyć, czy polski zawodnik skoczy na nartach o metr dalej lub krócej od Niemca i Norwega. A stoją pod chorągwiami, niczym zagony szlacheckie przed bitwą. A na tych transparentach, które dzierżą z dumą ponad głowami, są nazwy miast przeznamienitych, z faktu urodzenia się i rezydencji w których można być dumnym. Braniewo za Kamilem! Sękocin. Sierpce. Nie są reprezentowane miasta większe od Radomia co napawa nas nadzieją, że jesteśmy dumni ze swoich małych miasteczek (wstydź się, Hłasko!).

W relacji telewizyjnej podkreśla się, że polscy skoczkowie po raz pierwszy wygrali konkurs drużynowy „na naszej, polskiej ziemi”. Gdy mecze są na zagranicznej ziemi, np. w koszykówkę w USA, kibicuje się drużynie, w której gra Polak Zieliński. Jest się za tą drużyną piłkarską Bundesligi, w której dwóch naszych gra w obronie.

Dylemat, za kim być, mieli polscy sprawozdawcy półfinału Australian Open, Angelique Kerber kontra Caroline Woźniacki. Wychowały się bowiem w obcych państwach i je reprezentują, ale obie mówią po polsku.

Nie wiedząc, kogo wspierać z patriotycznych pobudek w tym siostrobójczym pojedynku, postanowili robić to, w czym są najlepsi: skupili się na błędach zawodniczek.

Jan Latus