30 stycznia minęła 50 rocznica ostatniego przedstawienia pamiętnych „Dziadów” wystawionych przez Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Władze komunistyczne zabroniły dalszego grania arcydzieła Adama Mickiewicza, gdyż ich zdaniem inscenizacja ta godziła w podstawy przyjaźni polsko-radzieckiej. Wprawdzie jej ostrze było skierowane – zgodnie z zamierzeniem reżysera – przeciwko carskiemu despotyzmowi, to jednak publiczność widziała w niej przejrzyste aluzje do ówczesnej zależności Polski od sowieckiej Rosji. Po słowach i sytuacjach, które o tym mówiły wybuchały gromkie oklaski. Z niebywałym przejęciem były przyjmowane również fragmenty dramatu mówiące o męczeństwie Polaków prześladowanych przez Rosjan, zaś „Wielka Improwizacja” i „Widzenie Księdza Piotra” wprowadzały widzów w niedające się opisać uniesienie. Brawa po nich były tak wielkie, że stawały się manifestacją. Dochodziło do wręcz nieprawdopodobnego zespolenia sceny z widownią – jedności, o której marzy każdy ambitny teatr. Wielka była w tym zasługa Gustawa Holoubka, który z Gustawa-Konrada uczynił intelektualistę oskarżającego Boga o obojętność wobec Polski i porywającego publiczność w historiozoficzne rejony. Siła intelektualna Mickiewiczowskiego wiersza niosła go jak na skrzydłach. Nie mniejszą kreację stworzył Józef Duryasz w roli Księdza Piotra. Ujmował pokorą sługi bożego błagającego Najwyższego o uratowanie ojczyzny. Czynił to z takim żarem, że widownia zamierała w bezruchu. To, co zachodziło między tymi aktorami a widzami było fenomenem wręcz niepojętym. Wybitne kreacje stworzyli także Zdzisław Mrożewski jako Senator i Barbara Rachwalska w roli Pani Rollison. Spektakl jako całość poruszał w widzach najczulsze struny i mówił to, co chcieli powiedzieć i usłyszeć. Stał się wypowiedzią w imieniu olbrzymiej części narodu, czy może nawet szerzej – społeczeństwa. Rzecz jasna w 1968 r. władze nie mogły tego zaakceptować. Ostatnie przedstawienie stało się manifestacją solidarności widzów ze sceną narodową, reżyserem i samym Mickiewiczem. Ożyło na nowo określenie – „wieszcz”. I po ostatecznym opadnięciu kurtyny publiczność długo skandowała „Mickiewicz, Mickiewicz”, Mickiewicz!”, dokrzykując także „Dejmek, Dejmek, Dejmek!” i „Holoubek!”. Skandowano również hasła: „Niepodległość bez cenzury!”, „Wolna sztuka!”, „Wolny teatr!”. Część widzów przeszła z teatru pod pomnik Mickiewicza, gdzie wnoszono te same hasła i żądano powrotu „Dziadów” na scenę. Milicja pobiła pałami wielu manifestantów i aresztowała 35 najaktywniejszych studentów.

Dla mnie spektakl ten były wielokrotnym szokiem. Uświadomił mi jak potężne możliwości ma teatr jako sztuka i jaką potęgą może być w nim i poza nim słowo poetyckie. Uświadomił mi również, jaką teatr może mieć siłę polityczną i społeczną. Zdjęcie „Dziadów” ze sceny a później Wydarzenia Marcowe pozbawiły mnie złudzeń, co do panującego ustroju i władzy. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć naocznie mechanizm manipulacji politycznej i przyjrzeć się funkcjonowaniu kłamstwa. Piszę „po raz pierwszy”, albowiem miałem wówczas osiemnaście lat i dopiero za sprawą „Dziadów” wciągnąłem się w politykę. Rozpisałem się o nich ponownie, bo były one przyczyną rozruchów na uczelniach, o której nie zawsze wyraźnie się mówi. Nie zawsze się też dostatecznie dużo mówi się o studentach, którzy przyszli 8 marca na wiec i podjęli walkę nie tylko o uwolnienie kolegów z więzienia, ale i o przywrócenie „Dziadów” na scenę.
Uroczystości rocznicowe zdominowane są zazwyczaj tematem przymuszenia Żydów do opuszczenia Polski i ich cierpieniom stąd wynikającym. To była najdramatyczniejsza konsekwencja tychże Wydarzeń, jednakże nie jedyna. O studentach pobitych, prześladowanych i usuniętych z uczelni wciąż wiemy stosunkowo niewiele, podobnie jak i losie intelektualistów pozbawionych pracy i możliwości publikacji. Los Dejmka skazanego na banicję, znika gdzieś z pola widzenia. Nie mówi się też o tym, że Żydzi padli ofiarą systemu, który wielu z nich budowało wraz z sowieckimi Polakami. Obawiam się, że będzie tak i tym razem, podczas obchodów 50 rocznicy owych Wydarzeń.

 

$

 

W Warszawie odwiedziłem główną siedzibę Związku Artystów Scen Polskich (ZASP-u), znajdującą się w jej własnej kamienicy przy Alejach Ujazdowskich 45. Niestety nie spotkałem w niej nikogo z dawnych pracowników i wolontariuszy, których zapamiętałem jako bardzo przyjaznych sympatycznych i dowcipnych ludzi. Niegdyś byłem członkiem Sekcji Reżyserów, dziś jestem współpracownikiem biuletynu wydawanego przez ten związek zawodowy. Tak, tak – związek zawodowy, bo ZASP jest jednym z najstarszych polskich związków zawodowych, jeśli nie najstarszym. Powstał już w grudniu 1918 roku. Jego statut podpisali m.in. Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa i Aleksander Zelwerowicz. W okresie międzywojennym Związek ten skutecznie bronił praw aktorów i kontrolował warunki, na jakich są zatrudniani. Już po dwóch latach swego istnienia wybudował w podwarszawskim Skolimowie imponujący Dom Artystów Weteranów, który – rozbudowany – działa do dziś. Za sprawą ZASPu powstała w 1932 roku pierwsza polska nowoczesna szkoła teatralna, którą był Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej. W czasie okupacji Związek ten stał się konspiracyjną organizacją pomagającą swym członkom, znajdujących się w dramatycznej sytuacji życiowej. W roku 1940 wydał zakaz udziału w imprezach artystycznych organizowach przez Niemców, którego przestrzegała większość środowiska. Po wojnie ze względów politycznych został przekształcony w SPATiF, czyli Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu, a w czasie Pierwszej Solidarności, w 1981 roku, ponownie stał się związkiem zawodowym o pierwotnej nazwie. Dostałem się doń mając rekomendację Elżbiety Barszczewskiej, Gustawa Holoubka i Zbigniewa Zapasiewicza. W stanie wojennym ZASP był zawieszony, ale działał w podziemiu. Ówczesny prezes Andrzej Szczepkowski rekompensował mi potajemnie niektóre wydatki związane z podróżami i drukowaniem reportaży z miejsc, w których Solidarność przeprowadzała fabryczne strajki i uliczne akcje. ZASPowi – jak się domyśłam – zawdzięczam medal „Za Zasługi dla Kultury Polskiej” przyznany mi za czasów poprzednich rządów PiSu. Dziś prezesem tego związku jest Olgierd Łukaszewicz, wybitny aktor, którego działalność budzi mój szacunek. Szacunek mam również dla całej działalności Związku, dlatego też przyjmuję zamówienia na kolejne artykuły do wspomnianego biuletynu. Kto też wie, czy do Skolimowa nie trafię kiedyś na zawsze…

 

W tejże siedzibie w Alejach Ujazdowskich już nie ma Klubu Aktora ani dawnej słynnej reastauracji SPATiFu, jakże często opisywanej i filmowanej. W jej miejscu jest inny lokal, prowadzony przez prywatnych ajentów. W dawnej sali widowiskowej jest bar. Nie są to teraz pomieszczenia tak ładne jak kiedyś. A i aktorów już nie widać. Szkoda. Lubiłem tu przychodzić na gorące kolacje i piwo. Przemiłe panie kelnerki przynosiły mi „Tuborg” spod lady…

 

Andrzej Józef Dąbrowski