„Już jako dziecko miałem swoje zdanie i to zdanie wyrażałem. Na pewnym etapie życia uznałem, że jestem, jaki jestem. Że nigdy nie będzie tak, żeby wszyscy mnie lubili” – mówi Artur Żmijewski. Urodzony w 1966 roku aktor zagrał m.in. w „Lawie”, „Psach II: Ostatniej krwi” czy „Ławeczce”, jednak widzowie kojarzą go przede wszystkim z ról serialowych: „Ojciec Mateusz” i „Na dobre i na złe”. Od 2007 roku Żmijewski jest ambasadorem dobrej woli organizacji UNICEF i honorowym obywatelem miasta Legionowo. Aktor twierdzi, że woda sodowa nigdy nie uderzyła mu do głowy. „Od ćwierć wieku mam tę samą żonę, z którą mamy trójkę dzieci. Codziennie wracam do domu, śpię we własnym łóżku, robię zakupy, wynoszę śmieci. Zawsze było tak samo. Normalne życie i obowiązki domowe wyrobiły we mnie odpowiednią postawę i nawyki” – przekonuje. Kariera Żmijewskiego rozpoczęła się od wspaniałych kreacji u wielkich osobowości kina: Konwickiego i Zanussiego. Jednak – jak powtarza za Januszem Gajosem i Mają Komorowską – „Przed każdą nową rolą aktor jest dokładnie w tym samym miejscu, co na początku swojej drogi, każdą nową rolę gra się jak pierwszą. Zbytnia pewność siebie i duże poczucie własnej wartości niekoniecznie są dobre”. Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie „Atak paniki” Pawła Maślony, ze Żmijewskim w jednej z głównych ról. „Nigdy nie grałem takiej postaci. Reżyser filmu jest niesamowicie zdolny. Ma coś, co w pracy bardzo cenię: umie słuchać, jest wyczulony na to, co mówią jego aktorzy, przyjmuje uwagi, sugestie, pomysły. Tak robił Wajda. Chapeau bas! Uważam, że nasze kino jest w wyjątkowym momencie. Polacy chcą wreszcie oglądać polskie filmy, nasza kinematografia staje się różnorodna. Kręci się kino gatunkowe. I rozrywkowe na wysokim poziomie. „Atak paniki” to mądra rozrywka, podana w mistrzowskiej formie. Zresztą podobnie jak „Najlepszy” Łukasza Palkowskiego, w którym miałem przyjemność zagrać” – podsumowuje aktor. „To był dobry rok. Bardzo męczący, ale też bardzo ciekawy. Teraz chwila odpoczynku, a potem czekam na premierę „Pana Jowialskiego” w Teatrze Telewizji, którego reżyseruję” – chwali się Żmijewski. W obsadzie: Adam Ferency, Anna Dymna, Danuta Stenka, Tomasz Kot. Wygląda na to, że „Ojcu Mateuszowi” udało się wyjść poza, nieco ciasne, ramy telewizyjnego ekranu.

*

Jeśli o serialach mowa, to warto zwrócić uwagę na „SMILF”, produkcję, która w samych Stanach Zjednoczonych przyciągnęła ponad pięć milionów widzów i zdobyła nominacje do trzech Złotych Globów. Bohaterka ma na imię Bridge, mieszka w miniaturowej kawalerce w nędznej dzielnicy Bostonu, który do złudzenia przypomina Nowy Jork, nieustannie szuka pracy, nie ma forsy na czynsz, ani na ubezpieczenie zdrowotne. Ma za to dwuletniego synka, z którym praktycznie się nie rozstaje i masę przygód. Twórczynią serialu, jednocześnie występującą w roli głównej, jest Frankie Shaw, która – jak mówi – opisała własne doświadczenia. „Nie miałam zamiaru robić z mojej bohaterki ofiary ani traktować jej z góry. To opowieść o kawałku prawdziwego życia” – mówi Shaw. „Jej bohaterka nosi sportowe klapki do skarpet zamiast szpilek Louboutina, ma jednak więcej uroku i klasy niż wszystkie bohaterki „Seksu w wielkim mieście” razem wzięte” – piszą krytycy. I wróżą artystce świetlaną karierę.

 

*

„Skończyłam 46 lat i wiem, czego nie chcę. Nie jestem już tak radykalna, jak kiedyś. Życie przestało być czarno – białe” – mówi Edyta Olszówka, aktorka filmowa i teatralna. I dodaje: „Kiedyś kobiety siedziały razem przy ognisku, gotowały, rozmawiały, dzieliły się doświadczeniami – to były wielopokoleniowe historie, które budowały więzi. Dziś nie interesują nas relacje, zatraciliśmy wspólnotowość, poczucie przynależności do miejsc i ludzi. Każdy myśli tylko o sobie: ja!, ja!, ja! To są opowieści wyłącznie w pierwszej osobie” – tłumaczy. „Śmieszą mnie hasła takie jak: „Brawo ja!”. Co to w ogóle znaczy? Sami sobie musimy bić brawo, bo nie ma wokół nikogo, kto mógłby nas docenić? Nie ma też nikogo, kto zrobiłby nam zdjęcie, dlatego zaraz po tym, jak nagrodzimy się owacją, strzelamy sobie selfie. To żałosne! – śmieje się. „Nie chcę żyć w świecie, w którym ludzie ze sobą nie rozmawiają, tylko siedzą w swoich telefonach”. Aktorka, która ma za sobą kilka związków uważa, że całe życie płaci za to, że wyrosła na micie romantycznej miłości. „Płaci się za wiarę w „Anię z Zielonego Wzgórza” czy za inne tego typu idealistyczne historie o miłości z dzieciństwa. Dziś już wiem, że nie chodzi o to, by znalazły się dwie połówki pomarańczy i stworzyły jedność, całość. To jakaś bzdura, dziewczyny, nie dajcie się nabrać na taką matematykę” – żartuje. „Jeden plus jeden równa się zawsze dwa – nie jeden – przecież wiemy to z podstawówki. Czyli dwa niezależne, autonomiczne, ale wspierające się i kochające się byty. Oczywiście, wciąż wierzę w miłość idealną, choć wiem, że obecnie ma ona coraz mniejsze szanse. Dziś nie szuka się ideału, tylko wrażeń. Utożsamia się miłość z adrenaliną, z przeżyciem czegoś, wręcz z nażyciem się ekstra. Mnie już do tego daleko”. Na pytanie jak osiągnąć spełnienie, Olszówka odpowiada: „Trzeba żyć po swojemu, w zgodzie ze sobą. Przyjąć, że pewne rzeczy nie będą nam dane, albo będą, tyle że nie tak, jak je sobie wymarzyliśmy”.

 

*

Czy znacie Babę Wangę? To bułgarska jasnowidzka, która przewidziała między innymi śmierć Stalina, upadek Związku Radzieckiego, katastrofę w Czarnobylu, zwycięstwo Borysa Jelcyna w wyborach czy zamach na World Trade Center. Wcześniej bezbłędnie określiła datę dojścia do władzy Hitlera i początek II Wojny Światowej. Jej wizje zawierały opis śmierć Stalina, a także – co może zdumiewać – zatonięcie Kurska. Podobno na długo przed tą katastrofą wymieniła nazwę feralnego okrętu podwodnego. Mimo że nie żyje od dwudziestu paru lat, pozostawiła po sobie przepowiednie również na daleką przyszłość. Pierwsze proroctwo na 2018 rok dotyczy Chin, które „mają stać się najsilniejszym państwem na świecie”. Z dzisiejszego punktu widzenia mało odkrywcza myśl, jednak dziesiątki lat temu nie było to takie oczywiste. Według Baby Wangi również w 2018 ma zostać odkryta nowa forma energii na planecie Wenus. „Mimo że NASA nie planuje badań, to ma wystrzelić sondę kosmiczną Parkera. Po dwóch miesiącach ma minąć Wenus. Może właśnie wtedy to się stanie?” – czytamy. Jasnowidzka twierdziła, że już za dekadę skończy się głód na świecie, a w 2043 roku Europa stanie się w większości muzułmańska. Koniec świata nastąpi w 3797, przed którym to rokiem „ludzie przyszłości opuszczą w statkach kosmicznych Ziemię”. Jak podają rosyjscy naukowcy – zdumiewa fakt, że taki sam rok podaje Nostradamus jako „dzień końca”. Czy mieli rację? Ludzkość przekona się za – bagatela – niecałe dwa tysiące lat.

 

Weronika Kwiatkowska