Poniedziałek

Polityczna maszynka do mielenia mięsa miele codziennie i bezwzględnie. Intensywność politycznego Waszyngtonu pod prezydentem Trumpem zdumiewa. Ale taka rola tego, który rozwala zastane konwenanse. Jeśli ktoś myślał, że Trump przestanie być Trumpem ze swoimi wybuchami nadaktywności, ten się mylił. Po roku z miliarderem w Białym Domu, Ameryka ma przynajmniej jedno: drastyczną obniżkę podatków, co już zdaje się przekładać na optymizm większego i mniejszego biznesu, który zaczyna rozdawać pracownikom bonusy i podwyżki…

Jest oczywiście cała nawałnica medialnej krytyki oraz totalnej opozycji opozycyjnych polityków Partii Demokratycznej. Jednak wszystko to niewiele wzrusza pierwszego, prawdziwie „tabloidowego prezydenta” jakim jest Trump. Ale być może rację ma Steven Bannon, który w swojej ulubionej analizie przytaczanej przez Michaela Wolffa w głośnej książce „Fire and Fury. Inside Trump White House” (przeczytałem właśnie do końca) pisze: „W czasie kampanii wyborczej, Donald Trump stanowił zagrożenie dla praktycznie każdej instytucji amerykańskiego życia politycznego. Był klaunowato-książęcą wersją Jimmy Stewarta, głównego bohatera filmu Mr. Smith Goes To Washington. Trump wierzył, że jednostka może być większa niż system, odwołując się do głębokiego gniewu i resentymentu Amerykanów. Ta analiza zakładała, że instytucje życia politycznego tak samo odpowiadają na wyzwania, jak w świecie biznesu, z którego przyszedł Trump, gdzie starają się odpowiedzieć na potrzeby rynku i ducha czasu. Ale co, jeśli te instytucje – media, władza sądownicza, służby specjalne, szeroko pojęta administracja państwowa i tzw. waszyngtońskie bagno ze swoimi firmami prawniczymi, konsultantami, lobbystami i tymi od przecieków do mediów – w żaden sposób nie chcą się zaadoptować? Jeśli w związku ze swoją naturą były zdeterminowane, aby nie tylko przetrwać tego przypadkowego prezydenta, ale stawiać mu opór”. Dużo w tym racji, gdyż tradycyjny Waszyngtonek jak może opiera się działaniom Trumpa.

A książka Wolffa? Powiem że bardzo ciekawa, choć dużo tam przecieków, zasłyszanych opinii, plotek. Ale generalnie chyba dobrze rysuje obraz chaotycznych pierwszych miesięcy 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Uderza całe to rozplotkowanie i frakcyjne walki w najbliższym otoczeniu Trumpa, co nie jest nowością czy szokiem, ale jednak skalą dość poraża. Widać, że głównym narratorem autora jest Steve Bannon, odstawiony obecnie od cycka władzy, a uważający się za intelektualnego ojca „nacjonalistyczno-populistycznej” rewolty w Ameryce. Ale to już zupełnie inna historia…

 

Środa

Modlitwa św. Augustyna
Oddychaj we mnie, Duchu Święty,
abym święcie myślał.
Przymuszaj mnie,
abym święcie postępował.
Pobudzaj mnie, abym miłował
tylko to, co święte.
Umacniaj mnie, abym strzegł tego,
co dobre.
Strzeż mnie, Duchu Święty,
abym Cię nigdy nie utracił.
Amen.

Ale czy to wszystko jeszcze możliwe w epoce ajfonów, fejsbuków czy Instagramów? Kiedy mózg współczesnego człowieka jest rozedrgany nieustanną stymulacją elektroniczną? Gdy „pobudzaj” jest naczelną zasadą, jak natychmiastowe zaspokojenie potrzeby czy zachcianki? Na pewno gdzieś w pustelniach, klasztorach, da się wyciszyć, ale żeby tak na co dzień? A może to świat, gdzie Boży spokój został bezpowrotnie utracony, na rzecz mózgowej pobudzanki bez trzymanki? Mimo wszystko wierzę, że nie.

 

Czwartek

Polska polityka zwyczajnie nudzi jałowością sporów i zdziecinniem totalniaków z opozycji. Ale czasami da się coś ciekawego znaleźć nawet tam. „Moje wykluczenie jest więc odejściem od wartości, jakie legły u jej podstaw. (…) Odbieram je nie tylko jako decyzję personalną, ale także jako akt ideowej kapitulacji” mówi w rozmowie z „Gościem Niedzielnym” Marek Biernacki, do niedawna członek klubu Platformy Obywatelskiej, dziś poseł niezrzeszony. Wyleciał z PO, bo zagłosował przeciw dalszym pracom nad bardzo proaborcyjnym projektem ustawy. Wraz z nim wyrzucono na zbity pysk dwójkę innych posłów, tym samym likwidując bajeczki o tzw. konserwatywnej kotwicy rzekomo trzymającej największą partię opozycji przed zbytnim dryfem na lewo.

„Spodziewałem się, że będzie jakaś reakcja. (…) Nie miałem złudzeń, spodziewałem się pewnych sankcji, ale przyznam, że wykluczenie mnie z Platformy Obywatelskiej, którą kiedyś zakładałem, mocno mnie zaskoczyło – dalej przekonuje Biernacki, lecz jak zaznaczył, nie zmieniło to jego „oceny tamtego głosowania” i gdyby wiedział o konsekwencjach, zagłosowałby tak samo.

Marek Biernacki ocenił, że błędem było narzucanie w tamtym głosowaniu dyscypliny partyjnej, bo oznacza to „łamanie ludzkich sumień”, a ochrona życia nie powinna być traktowana jako sprawa polityczna.

– Chcę być aktywny w polityce według zasad, które wyznaję, choć przyznaję, że z roku na rok jest to coraz trudniejsze. Dla Platformy od 2002 r. wygrywałem w swym okręgu wszystkie wybory. Ludzie wiedzieli, kim jestem, i nie chcieli abym zmieniał swe poglądy w zależności od tego, jaki jest klimat w danym momencie, co się opłaca, a co może spowodować spadek w sondażach – mówił poseł.

„Moje wykluczenie jest więc odejściem od wartości, jakie legły u jej podstaw. (…) Odbieram (je) nie tylko jako decyzję personalną, ale także jak akt ideowej kapitulacji – dodaje były minister spraw wewnętrznych i jedna z lepszych twarzy PO. Niestety, już byłych. Szkoda także dlatego, że polska polityka coraz bardziej wypłukuje ludzi z właściwościami – zostają tylko usłużni teczkowi i ideologiczni krzykacze, bez zdolności realnego zmieniania rzeczywistości.

 

Jeremi Zaborowski