Where are you from? Skąd jesteś? Gdzie mieszkasz?

 

To trudne pytania. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć, więc odpowiadam za każdym razem trochę inaczej.
Wszystko sprowadza się do przyznania publicznego – i wobec samego siebie – że do Polski wróciłem, że tu mieszkam na stałe. Że w Ameryce mieszkałem, ale w przeszłości, że może tam będę bywać ale już zlikwidowałem tam dom.
Klamka zapadła: sprzedałem nowojorskie mieszkanie, rozdałem rzeczy. Jedyne co jeszcze tam mam, to kolekcję płyt kompaktowych. Na razie spoczywają w piwnicy u dobrych przyjaciół. Niemniej, będę musiał je wysłać. Ale do jakiego kraju? Pod jaki adres? Ten warszawskiego mieszkania Ojca?

Mój problem jest następujący: w Ameryce dobrze się czułem i nie planowałem wcale powrotu do Polski. Nie rozumiałem za dobrze Polaków w Ameryce, którzy pięlęgnowali swoją polskość od rana do nocy, dystansowali się od Ameryki i krytykowali ją, za to kierowali tęskne spojrzenie w stronę swojej ojczyzny. To ci ludzie byli zawsze zachwyceni wakacjami w Polsce, to im wszystko tam lepiej smakowało, bardziej się podobało.

Przyznaję, że mogę nie być obiektywny, gdyż większość zawodowego życia w Nowym Jorku spędziłem w polonijnych oraz polskich firmach i instytucjach. Miałem więc tej polskości – języka, kontaktów, kultury, kuchni – w bród, aż za dużo. Może dlatego do Polski nie tęskniłem jak ktoś ze środka Stanów, kto autentycznie marzył o schabowym, którego ja mogłem mieć codziennie na Greenpoincie, a dziś w Warszawie.

Tak więc mój powrót do Polski nie był spełnionym marzeniem, ani nawet zrealizowanym planem biznesowym. Gdyby nie zły stan Ojca, zapewne nie zdecydowałbym się na wyjazd. Spędziłbym kolejne miesiące i lata w Nowym Jorku kurczowo trzymając się klifu nad przepaścią, próbując znaleźć pracę, utrzymać mieszkanie i siebie na poziomie nie urągającym ludzkiej godności.

Może niedołężność Ojca dała mi wymówkę, ułatwiła decyzję o powrocie, który przestał być poddaniem się, a stał się poświęceniem, pięknym moralnie gestem.

Tak czy inaczej, Taty już nie ma, mieszkania w Nowym Jorku też nie. Wegetuję w mieszkaniu po Nim które – czy chcę je sprzedać czy wynająć – trzeba będzie gruntownie wyremontować. To zajmie mi miesiące i będzie kosztowało mały majątek.

Mieszkam w Polsce już 15 miesięcy i raczej nie wrócę do Stanów na stałe (chyba, że ktoś zaoferuje mi tam dobrą pracę, np. barmana – przyjadę wtedy od razu!). Tak więc na pytanie gdzieś w Istambule czy Neapolu: – Where are you from? odpowiadam, że – From Poland. Ale nie ma w tej odpowiedzi dumy, choćby dlatego że nie jestem specjalnie dumny z tego, co w Polsce ostatnio się dzieje. Nie podpisuję się pod tym. Dodaję więc na tym samym oddechu, że owszem, mieszkam teraz w Polsce ale przedtem mieszkałem 27 lat w Nowym Jorku. Rok temu odpowiadałem, że jestem z Nowego Jorku, podświadomie odsuwając w tył głowy prawdę, że tak naprawdę to już mieszkam w Polsce.

Powiedzenie jakimś młodym osobom, że jest się z Polski, nie robi takiego wrażenia, jak przedstawienie się jako nowojorczyk. Już znika ten polor światowca, oddech wielkiej kosmopolitycznej metropolii, wrażenie u rozmówcy, że jestem osobą interesującą, a może nawet wpływową i bogatą.

Kiedy wreszcie przyznam się przed sobą, że do Polski ze Stanów wróciłem? Nie jest powiedziane, że będę w Warszawie aż do śmierci, niemniej na razie jest to powrót do kraju, ze wszystkimi tego implikacjami. Choćby takimi: powrót do kraju to porażka. Nie dla każdego – wyjątkiem są osoby które w Ameryce źle się czuły ale dorobiły się tam majątku. W Polsce będą czuć się dobrze i będą mieć kasę. A gdy jeszcze zgadzają się z obecną linią polityczną władz Polski (a taka aprobata jest, jak słyszę, wśród Polonii częsta), to czego jeszcze więcej mogą chcieć? Dom z cegły, dolary z Ameryki, pączki w maśle na podwieczorek i bogoojczyźniane pohukiwania w telewizji. Raj na ziemi!

Nie każdy jednak przywozi z Ameryki dużą sumę (śmiem twierdzić, że większość przywiezie niewiele.) Nie każdy odnajdzie się w tej politycznej walce na noże. Wreszcie, natury wrażliwe będą zwyczajnie tęsknić do niepowtrzalnych amerykańskich krajobrazów, smaków i klimatów, do pogodnych i energicznych ludzi.

Powrót do Polski jest raczej porażką, jakkolwiek by tego nie racjonalizować. Z tego co wiem, to wrócili lub planują powrót niekoniecznie ludzie w Polsce zakochani ani w Ameryce ustawieni – ale ci, którym coraz ciężej się tam żyje. Mając już swoje lata nie mogą znaleźć zatrudnienia, trudno im się przekwalifikować i zaczynać od nowa. Po prostu, starszych ludzi w nowej pracy nikt nie chce. Albo mają problem ze zdrowiem, słabną, zbliżają się do emerytury, odchowali dzieci.

W takich przypadkach powrót do kraju nie jest czymś utęsknionym, co przyniesie niewyobrażalne szczęście u schyłku życia. Raczej jest to pragmatyczna decyzja: nie stać mnie na życie w Ameryce, brakuje mi już sił na nieustanną walkę. Więc gdzie pojadę? Do Rumunii? Afryki? Rozsądek nakazuje wrócić do kraju, którego język i obyczaje biegle się zna, i gdzie też można liczyć na materialne wsparcie (odziedziczone mieszkanie, pomoc rodziny). Niemniej, nie będzie to powrót triumfalny. Często jego skutkiem jest depresja i ponowny wyjazd do USA. A jeśli nie, wy którzy wróciliście, ja który wróciłem, mamy – co z tego że negowane – poczucie życiowej porażki. Wróciliśmy z Ameryki z podwiniętymi ogonami. Nie imponuje to młodym dziewczynom w warszawskich barach, wierzcie mi na słowo.

 

Jan Latus