Donald Trump w kampanii wyborczej reklamował się jako osoba jak nikt potrafiąca negocjować różnego rodzaju porozumienia. Póki co jakoś tego nie widać.

 

Negocjowanie to jest to czym się zajmuję całe życie, powtarzał na wiecach wyborczych Trump, który wspólnie z Tonym Schwartzem wydał nawet książkę pod tytułem: „Trump: The Art of the Deal”. Zaletą wybrania kogoś takiego na prezydenta miała być wyraźna zmiana nie tylko w Waszyngtonie, ale także na arenie międzynarodowej. Trump obiecywał, że dzięki niemu amerykańska polityka wewnętrzna będzie wyglądała inaczej, przekonywał, że jako człowiek spoza polityki będzie w stanie doprowadzić do porozumienia demokratów i republikanów, obiecywał szybkie reformy w kraju i wzmocnienie pozycji USA za granicą. Rok sprawowania urzędu prezydenta to dobry moment by spojrzeć na to jak realizacja tych zapowiedzi wygląda w praktyce. Zacznijmy od spraw krajowych.

Negocjowanie reformy zdrowia delikatnie mówiąc nie wyszło Trumpowi najlepiej. Ustawa, która miała być jednym z ważniejszych punktów przemian nie przeszła. Prezydent nie zdołał doprowadzić do żadnego porozumienia, ale nie to jest w tej sprawie najważniejsze. W trakcie tygodni negocjacji można było odnieść wrażenie, że Trump jest nieobecny. Rozmowy prowadzili skłóceni ze sobą od lat politycy. Prezydent robił wrażenie znudzonego szczegółami reformy i ograniczał się do wypuszczania co jakiś czas sarkastycznych komentarzy na Twitterze. Być może tak właśnie postępują wielcy negocjatorzy. W Waszyngtonie nie dało to jednak dobrych rezultatów.

Drugą możliwością wykazania się swoimi talentami była dla Trumpa ustawa podatkowa. Tym razem projekt forsowany przez republikanów przeszedł. Udało się to jednak załatwić bez żadnego porozumienia. Za ustawą GOP nie zagłosował żaden polityk demokratyczny.

Obecnie na tapecie jest sprawa ochrony przed deportacjami setek tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy wjechali do Stanów Zjednoczonych jako dzieci.

Prezydent tym razem również włączył się w negocjacje tylko na chwilę. W Białym Domu, przy swoim ulubionym hamburgerze, rozmawiał z liderem Partii Demokratycznej w Senacie – Chuckiem Schumerem. Bez skutku. W związku z tą sprawą doszło nawet do chwilowego paraliżu administracji rządowej, bo Kongres nie zapewnił finansowania. Dziś (chwilowo) rząd federalny ma pieniądze, ale na horyzoncie nie widać żadnej umowy. Za kilkanaście dni cała sprawa znów może się powtórzyć. Co w tych dniach robi prezydent?. Spędza czas na na negocjacjach z ustawodawcami? Jeździ do Kongresu, rozmawia, przekonuje, oferuje? Nie. Prezydent siedzi w Waszyngtonie lub swojej willi na Florydzie i czeka.

Na ocenę polityki zagranicznej Donalda Trumpa po roku urzędowania jest jeszcze za wcześnie. Pierwsze jego występy poza Ameryką nie napawają jednak optymizmem. Trump dał się na razie poznać jako człowiek dość nieobliczalny, który bez dłuższego namysłu zrywa międzynarodowe porozumienia zawarte przez Amerykę za poprzedniej administracji (porozumienie klimatyczne) i grozi wypowiedzeniem innych umów (porozumienie nuklearne z Iranem). Z Chinami też na razie za bardzo mu nie wychodzi. Żadnego dealu z Państwem Środka zawrzeć się nie udało. Prezydent zdecydował się w końcu nałożyć cła na import pralek i paneli słonecznych z tego kraju, które przy okazji dotkną też ważnego sojusznika Ameryki – Koreę Południową. Wkrótce prawdopodobnie taryfy zaporowe wprowadzone zostaną także na aluminium i stal. Niewykluczone, że pomoże to rodzimym producentom, ale czy także konsumentom? Cła na tani import pozwolą amerykańskim firmom na podniesienie cen. Będzie więc drożej.

I wreszcie sprawa ostatnia, mur na granicy z Meksykiem. Mur, jak wiemy, pozostaje na razie marzeniem niespełnionym. Demokraci na jego finansowanie się nie godzą, część republikanów także podważa sensowność tego projektu. A Meksyk, który miał za to wszystko zapłacić? Prezydent Enrique Pena Nieto wkrótce po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa odwołał wizytę w USA i od tego czasu praktycznie nic się nie zmieniło. Stosunki z naszym południowym sąsiadem są raczej kiepskie. Meksyk czeka po prostu na koniec kadencji wielkiego negocjatora. Podobne oczekiwania ma też krajowa opozycja.

 

Tomasz Bagnowski