Blue Monday. Najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Trzeci poniedziałek stycznia. Powinien padać śnieg z deszczem. Powinien nastąpić koniec świata. Jeden z tych niezauważalnych. Prywatnych. Że wiatr w oczy. Rozpadlina bez dna. I no future. Ale w Nowym Jorku bezlitosne słońce. Niebo w kolorze farbki plakatowej. I gargantuiczny neon PEPSI COLA nad rzeką. Po drugiej stronie szklane domy. Obłoczek dymu. Most. Park na Long Island City jest pusty o tej porze. Rzędy drewnianych foteli. Ławek. Przystanek promu. Opustoszałe molo. Za plecami nowy budynek o futurystycznym kształcie. Przypomina porzuconą zabawkę. Zmyślny plastykowy klocek. Tylko z betonu. To przyszły oddział biblioteki publicznej. Czytamy w ulotce reklamowej. Jeśli przyjrzeć się uważniej przypomina ogromny segregator. Nie podoba się mieszkańcom, ale oficjele nazywają go „dumą Queensu” i twierdzą, że awangardowy projekt powstaje z myślą o przyszłych pokoleniach. Naiwni. Wierzą, że za pięćdziesiąt lat ktoś jeszcze będzie wypożyczać papierowe książki.

Wcześniej odwiedzamy MoMA PS1. Muzeum mieści się w budynku z początku XIX wieku, w którym do lat 70. była pierwsza w dzielnicy szkoła podstawowa. Potem przemianowano go na centrum sztuki nowoczesnej, w końcu filię Museum of Modern Art. Lubię to miejsce. Skrzypiące drewniane podłogi. Białe korytarze. Drzwi, zza których – mam wrażenie – zaraz wyjdzie pielęgniarka w czepcu, albo srogi nauczyciel w dwurzędowej marynarce i z wąsem. Trochę przypomina moje liceum. Trochę sierociniec z powieści Irvinga „The Cider House Rules”. Jest w nim coś znanego. Bardzo nie- nowoczesnego. Dlatego ekspozycje, w wymalowanych na biało salach, zwykle wydają się aberracją. Wybrykiem.

Tym razem prace Cathy Wilkes, 51-letniej artystki urodzonej w Belfaście. Obrazy, rysunki, przedmioty, instalacje „łączące banał codziennego życia z wielkimi archetypami, takimi jak narodziny, małżeństwo, macierzyństwo, śmierć”. W jednym z pomieszczeń dwa damskie, niemal nagie manekiny. Jeden z kaskiem motocyklowym na głowie, drugi z obrazem w miejscu twarzy i farbą spływającą na odsłonięte ciało. Stary telewizor. Wózek dziecięcy. Puste akwarium, na dnie którego leżą jakieś szmaty, odpadki, przypominające pokryte rdzą części ciała. Obok butelki, fiolki, miseczki. Na dnie jednej z nich coś, co wygląda na ulepione z plasteliny serce. W kolejnej sali upozowana rodzina. Matka wyciera buzię dziecku, ojciec pochylony nad zlewem. Wiadro. Szmaty. Cymbałki. Postaci wyglądają jak kukły. Wychudzone. Pokraczne. Bez twarzy. Za zasłonką w kwiaty życie rodzinne. Pijany (?) ojciec, przestraszone, wychudzone dzieci. Płyn do wywabiania plam. Odpryski życia. Odpadki. „Wszystkie przedmioty mogą stać się transcendentalne”- mówi artystka. „I nie ma potrzeby, aby w pełni to rozumieć”.

Na kolejnym piętrze instalacje autorstwa Michael’a E. Smith’a. W rogu pustego pomieszczenia maszyna produkująca mgłę i czarny sweter, który ta mgła spowija. Na ścianie w pokoju obok, papuga (wypchana Ara? zabawka?) wisi głową do dołu. Co kilka sekund oko ptaka przeszywa wiązka laserowego światła (w kolorze neonowej zieleni). „Te dwie nowe prace ukazują efemeryczne aspekty twórczości Smitha”- czytamy. „Fog machine wypuszcza chmurę w zmiętą czarną bluzę, chwilowo ożywiając ją, zanim mgła rozproszy się w pokoju. Urządzenia, które zasilają światło i dym w rzeźbach Smitha, są zdefiniowane poprzez ich połączenie z pustymi naczyniami, które kiedyś mieściły lub mają potencjał do pomieszczenia, żywej istoty”. Acha.

Idziemy dalej. James Turrell: Meeting. W niewielkim pomieszczeniu wyłożonym drewnem (ściany, ławy) dziura w suficie. W kształcie prostokąta. Niebo. Do wynajęcia. „Autor jest czołowym przedstawicielem ruchu „Światło i przestrzeń”. Tworzy dzieła sztuki, które eksplorują fundamentalne pytania dotyczące natury ludzkiej percepcji poprzez ukazywanie namacalnego aktu widzenia”. Można usiąść i pogapić się. W nic. Zwiedzających zachęca się do monitorowania pogody. W czasie deszczu niebo zamykają na kłódkę.

*

Blue Monday. Najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Trzeci poniedziałek stycznia. Jem pecan maple pie i jest mi dobrze. Cukier uderza do głowy. Okoliczności muzealnej kawiarenki i słonecznego popołudnia nie sprzyjają rozważaniom o tym, że życie takie krótkie tak tragicznie bezcelowe. Ale właśnie dzisiaj w hotelowej łazience znajdują zwłoki Dolores O’Riordan, której głos składał się na ścieżkę dźwiękową mojej wczesnej młodości. Kiedy chodziłam w butach z blachą i kolczykiem w nosie. Pisałam złe wiersze i kochałam straceńców. Byłam – jak bohater „Call me by your name” (filmu, z którego nie mogę wrócić, który zapadł we mnie na wiele dni) – jeszcze niezepsuta przez życie, bez skorupy cynizmu, bez tych wszystkich zbroi i masek, które wrosły głęboko, stając się drugą skórą. Słuchałam wtedy Cranberries, miałam walkmana i kasety. Miałam stopnie w dzienniku. Niesprecyzowane plany. Intensywne życie uczuciowe i towarzyskie. Oraz wiarę w tzw. nieograniczone możliwości. Chodziłam po sinych ulicach zimowej Polski powiatowej, a Dolores zawodziła w słuchawkach. All my plans fell through my hands/ They fell through my hands on me/ All my dreams it suddenly seems/ It suddenly seems/ Empty …

 

Weronika Kwiatkowska