Znowu jestem w Wilnie. Polubiłem to miasto, nastrojowe, pełne zabytków, ciche i powściągliwe, łączące w sobie cechy słowiańskie i skandynawskie. Ostatnio byłem tu w listopadzie, dlaczego więc przyjechałem znowu? Ponieważ nabyłem w promocji bilet autobusowy za 19 zł (ponad pięć dolarów) w obie strony. Wytłumaczyłem sobie, że najwyżej nie pojadę, taki tani bilet może się przecież zmarnować. Jednak po raz kolejny okazało się, że jestem słabym i rozrzutnym człowiekiem – przybywszy do Wilna praktycznie za darmo, wydaję tu na hotel, restauracje i wycieczki.
Kiedyś autobusy były w Polsce najpopularniejszym i najtańszym sposobem podróżowania. Wiele było ofert wycieczek autokarowych do Pragi, Włoch, nawet Ziemi Świętej. Ludzie narzekali na uciążliwość takich długich przejazdów ale co było robić.
Potem jednak rozpowszechniły się tanie loty. Skoro można w promocji kupić bilet np. za sto złotych do Mediolanu, rzeczonego Wilna czy Londynu, po co się tłuc autobusem.
Pociągi są droższe od autobusów, jednak przejazd nimi do Krakowa, Poznania czy Berlina jest dużo wygodniejszy i ciekawszy (nowe znajomości w przedziale! Jajecznica w Warsie!).
Dziś jeżdżą autobusami ludzie ubożsi i np. Ukraińcy odwiedzający swoje strony (negatyw: autobus bywa przetrzepywany przez wiele godzin przez celników na granicy).
Autobusy często zaczynają bieg w Warszawie na dworcu Warszawa Zachodnia, który – czekając na rozbudowę – wygląda tak, jak wyglądał cały kraj po 1989 roku. Małe kioski sprzedające odzież, hotdogi i coca-colę, kilka kantorów oraz sex shop (?).
Same autobusy wyglądają jednak świetnie. Konkurencja zmusiła przewoźników do podwyższenia komfortu podróży.
Wsiadam do wielkiej francuskiej Setry, z siedzeniami na dwóch poziomach, i z podwójnymi kołami z tyłu, niczym w amerykańskich Greyhoundach. Stewardesa Łotyszka sprawdza bilety, rozmawia z pasażerami po rosyjsku i angielsku. Do tyłu autobusu, niczym garb, doczepiony jest wielki kontener na bagaże. W kabinie czekają na pasażerów rozkładane fotele z numeracją miejsc, ekrany, stoliczki, podnóżki. Do wyboru jest kilkadziesiąt filmów z dialogami po angielsku, rosyjsku, polsku i litewsku; także muzyka i audiobooki. Za euro można kupić słuchawki, jeśli ktoś nie ma.
Na dolnym pokładzie jest toaleta i bufet. Można z menu zamówić kanapki, napoje, a nawet ciepłe dania, jak strogonow. Ceny – w euro, walucie obowiązującej w Niemczech, skąd rozpoczął bieg autobus i w republikach bałtyckich (ale nie w Polsce, gdyż przejrzeliśmy podstęp niecnej Brukseli).
Stewardesa świetnie się spisuje: zabiera śmieci, porządkuje kabinę. Pamięta, kto gdzie wysiada.
Suniemy autostradami w stronę Białegostoku, potem Augustowa, Suwałk, Marianpola, Kowna i Wilna. W sumie dziesięć godzin jazdy.
Podróż lądowa daje wiele korzyści poznawczych. W kapsule samolotu niepostrzeżenie zmieniamy miasta, kontynenty, strefy klimatyczne. Jadąc autobusem (lub samochodem czy pociągiem) możemy nie tylko podziwiać przyrodę ale i obserwować zaawansowanie cywilizacyjne kraju i regionu. Tak więc zauważam, że w pogrążonej do niedawna w ruinie Polsce obrzeża Warszawy to las nowych domów, osiedli, dźwigów na budowach. Zauważam, że jakoś, niepostrzeżenie, dorobiliśmy się sieci autostrad i dróg szybkiego ruchu. Doszły już do Białegostoku, potem dopiero autostrada zmienia się w swojską szosę dwupasmówkę.
Na Litwie autostrada pojawia się dopiero przez Wilnem. Spora jest też różnica w zamożności krajów a zwłaszcza w ich rozmachu i skali. W Polsce – mówimy o jednym z uboższych regionów – gospodarstwa są schludne, domy wyglądają bogato, wiele jest przy drodze firm i usług: restauracji, domów weselnych, hurtowni, firm budowlanych.
Wjeżdżamy na Litwę. Należy ona do grupy Schengen, posterunek graniczny jest więc opustoszały, a autobus nawet nie zwalnia. Zupełnie jak między Francją a Belgią. Stewardesa spojrzała tylko na mój dowód osobisty, gdy w Warszawie sprawdzała bilet.
Cieszmy się, Polacy, swobodą podróżowania po Europie, póki ją jeszcze mamy.
Na Litwie przeważają drewniane, zapadające się w ziemię domki, które w Polsce są już ewenementem. Albo posowieckie bloki, których nigdy nie odnowiono. W naszym kraju nie ma już chyba domu, którego w ciągu ostatnich dekad nie otynkowano (inna rzecz, że często w niefortunnych kolorach).
Także w samym Wilnie zobaczę setki drewnianych, zapadających się, pomalowanych na niebiesko czy zielono – jak w Rosji – chatynek.
Zabudowa Wilna zdradza, że nie dotarł tu wielki kapitał, a samych Litwinów nie stać, żeby odnowić każdy dom w mieście. (Stać było na to Hiszpanów w Barcelonie ale już Włochów w Neapolu nie.)
Mimo potencjału turystycznego Wilna, Litwini nie byli w stanie odnowić więcej niż kilkaset zabytkowych budynków (w Barcelonie wyremontowano 24 tysiące). Zrujnowane są niektóre barokowe kościoły, niezliczone kamieniczki na Starym Mieście. Oczywiście, niektóre domy na starówce są pięknie odnowione i iluminowane nocą. Ale to początek drogi.
Litwa, kraik mały, nie ma wielu źródeł dochodów. Turystyka jest jednym z nich ale, po pierwsze, nie sprzyja jej klimat (teraz jest śnieg i –14C). Po drugie, Wilno musi konkurować z bajecznymi miastami, jak Wenecja czy Porto. A w Wilnie niekoniecznie jest taniej. Powiedziałbym, że ceny są 10-20 proc. wyższe niż w Polsce. Bywa tu też smog, i to jeszcze gorszy niż w Krakowie czy Warszawie. Miałem przyjemność się przekonać.
Oczywiście i tu są nowe budynki mieszkalne, najbardziej imponujące nad brzegami rzeki, ale i plomby blisko Starówki. To nowe budownictwo nawiązuje stylem i wysokością do zabytkowych sąsiadów, uwodzi też skandynowską lekkością projektu. W tej rozgrywce Wilno –  Warszawa, zwycięża stolica Litwy.
Znajdziemy tu też hipsterskie lokale z drogą kawą, sieciowe hotele o najwyższym standardzie, restauracje z kuchniami świata, butiki i centra handlowe. Nie jest tego jednak dużo – nie jest to chyba naród, który lubi blichtr i popis.
Doradzam podczas pobytu w Polsce wycieczkę autobusem. Nie zmęczymy się zanadto i nie wykosztujemy, a zobaczymy wiele.
Jan Latus