W Warszawie odwiedzam dwie moje dawne uczelnie – uniwerek i PWST im. Aleksandra Zelwerowicza. Od czasu do czasu zachodzę na nie, by spotkać się z koleżankami i kolegami, którzy na nich wykładają oraz zobaczyć, jakie zmiany zachodzą na znanych mi wydziałach. Patrzę na siatkę przedmiotów i listy obowiązkowych lektur. Zaglądam do sal wykładowych, czytelni, bibliotek i gabinetów profesorów. Sprawdzam, kto jakie prowadzi zajęcia. Lubię też przysiąść na korytarzach wśród studentów i popytać ich o to i tamto.

 

Na Uniwerku – pięknie odnowionym z okazji 200. lecia – zaglądam na Historię, Historię Sztuki i Muzykologię. Na tych wydziałach wśród kadry naukowej miałem bliskie osoby, z którymi świetnie mi się rozmawiało. Bywało, że przebalowaliśmy niejedną noc… Rzecz jasna najwięcej czasu spędzam na macierzystej Polonistyce, która „za moich czasów” nazywała się Wydziałem Filologii Polskiej a okresowo także i Słowiańskiej. Tu po dawnemu studenci narzekają, iż muszą przeczytać więcej książek niż jest dni w roku i na nadmiar zajęć z gramatyki. Ci, z którymi rozmawiałem, nie byli rozczarowani, co do wybranych studiów. Byli dumni, że przed nimi na Polonistyce studiowało aż tak wiele sławnych później osób, spośród których wymieniali Mirona Białoszewskiego, Tadeusza Konwickiego, Ernesta Brylla, Janusza Głowackiego, Wojciecha Młynarskiego, Macieja Zembatego i Jacka Kaczmarskiego. Było tych sław oczywiście o wiele, wiele więcej. W każdym pokoleniu po kilkanaście nazwisk. W czasie wojny profesorowie i studenci tajnej Polonistyki stali się często bohaterami Podziemia i Powstania Warszawskiego.

 

Kiedy zapytałem młodych ludzi o ich literackich idoli, stwierdzili zgodnie, że nie sposób jest teraz mówić o twórcach, którzy mają jakiś szczególny wpływ na nich samych i na kręgi społeczne. Pisarze modni dziś, przestają się liczyć jutro; nikt z nich nie jest autorytetem, nikt też nie kształtuje dusz. Zapytałem także, kto obecnie może zastąpić Herberta, odpowiedzieli mi zgodnie, że nikt. Myśliwskiego cenią, owszem, ale jest już dla nich za klasyczny. Zgodziliśmy się, że wiedza, mądrość i jakość przesłania nie często idą w parze z popularnością. Mówiliśmy także o zanikaniu dramatu jako rodzaju literackiego, słabym poziomie rodzimych scenariuszy filmowych i o braku fachowej i zarazem obiektywnej krytyki literackiej. Zatem w was nadzieja, powiedziałem w konkluzji. Niektórzy przyznali, że mają już na koncie pierwsze próby literackie i recenzenckie. Czasu jednak nie stało na pytanie o szczegóły. Ogólne wrażenie wyniesione z rozmów z kilkunastoma studentami z różnych lat było przyjemne. Z przyjemnością też patrzyłem na ich subtelne inteligenckie buzie i na świetnie dobrane ubiory. W obu czytelniach: historyczno-literackiej i językoznawczej – widziałem bardzo ładne dziewczyny pochylone nad książkami i romantycznie rozmarzonych chłopaków. Sam też taki byłem w tychże czytelniach.

 

Ładnych dziewczyn i chłopców nie brakuje również w owej PWST, przekształconej teraz w Akademię Teatralną. Tu też są subtelne buzie i inteligenckie wejrzenia na trzech wydziałach – Aktorskim, Wiedzy o Teatrze i Reżyserskim. Celowo piszę „inteligenckie”, bo inteligencja jako grupa społeczna jest zjawiskiem już zanikającym i roztapiającym się w dookolnej pospolitości i nijakości, jakże skądinąd modnej. Wiem, że to określenie nie jest demokratyczne ani poprawne politycznie, ale nie ukrywam, że bardzo boleję nad tym, że taż inteligencja staje się reliktem tyleż socjologicznym, co kulturowym. Notabene na tę uczelnię rzadko zdawali kandydaci pochodzenia chłopskiego i proletariackiego.

 

Po dawnemu wita mnie w jej progach uważne pomnikowe spojrzenie zalożyciela i patrona – legendarnego Zelwera. Za nim, przy korytarzu wiodącym do rektoratu jest teraz pomnik Gustawa Holoubka, przedstawiający go w pozycji siedzącej. Owszem, rzeźba jest udana – mistrz tak właśnie wyglądał. Takim go pamiętam ze sceny, ekranu i z gabinetu dyrektorskiego, do którego wzywał mnie jako sekretarza literackiego prowadzonego przez siebie Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy. Był świetnym dyrektorem artystystycznym i jakże wyrozumiałym szefem! Moje redaktorskie błędy jakoś mi wybaczał. A nagminnie nie sprawdzałem dat i wyliczeń podawanych przez autorów, wierząc im a’priori.

 

Przy wyjściu na taras widnieją oprawione w ramki „Dezyderata” – hymn Piwnicy pod Baranami, który stał się – jak domniemuję – także dewizą studentów tejże Akademii. Piwniczanie śpiewają, iż tekst ten został znaleziony w kościele św. Pawła w Baltimore w roku 1692, podczas gdy w rzeczywistości został napisany w 1927 roku przez amerykańskiego poetę Maksa Ehrmanna. Na korytarzach i na ścianach przy schodach wiszą zdjęcia z przedstawień dyplomowych poszczególnych roczników i listy absolwentów, wśród których jest i moje nazwisko. Budzą się wspomnienia. Przypominają się sytuacje, profesorowie i koledzy. Tyle sław tu widziałem i z tyloma rozmawiałem! Z poszczególnych sal dochodzą odgłosy ćwiczeń głosowych, tanecznych, gimnastycznych, śpiewy i dialogi z próbowanych sztuk. Zajęcia po dawnemu trwają od wczesnego rana do późnego wieczora. W bibliotece i czytelni panuje idealna cisza. Oprócz księgozbioru jest tu archiwum z pamiątkami po wielkich aktorach.

 

Budynek Akademii mieści się w odbudowanym dawnym Collegium Nobilium prowadzonym przez Szymona Konarskiego. I tak właśnie nazywa się teatr szkolny, w którym prezentowane są spektakle dyplomowe przygotowane przez studentów. Zazwyczaj cieszą się sporym zainteresowaniem publiczności warszawskiej. Staram się je oglądać, ilekroć jestem w Warszawie. Tym razem obejrzałem „Marata/Sade” Petera Weissa, czyli „Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade”. To przedstawienie jest wedle założenia „zaproszeniem do Muzeum Szafotu, w którym grupa frustratów spróbuje odegrać historyczne zabójstwo Marata a jednocześnie opowiedzieć o polityczno-społecznych dewiacjach naszych czasów”. I w rzeczy samej, spektakl opowiada o nich w sposób tak komunikatywny, że publiczność w lot chwyta maksymy o prawdach odwiecznych i aluzje do obecnej rzeczywistości w Polsce. Robota aktorska i reżyserska (Wawrzyńca Kostrzewskiego) jest przyzwoita a refleksje o naturze rewolucji i powtarzalności pewnych mechanizmów politycznych i społecznych nasuwają się same. Dyplomanci tworzą ciekawą galerię osobliwości ludzkich, prezentując jednocześnie dobre zrozumienie tematu i niemałą sprawność cielesną.

 

W foyer tegoż Teatru Collegium Nobilium obcowałem z duchami, patrząc na tablice z rzeźbami upamiętniającymi mojego dziekana Bohdana Korzeniewskiego, rektora Tadeusza Łomnickiego i znanych mi osobiście znakomitych aktorów – Jana Kreczmara i Zbigniewa Zapasiewicza. Duch Korzeniewskiego namawiał mnie na wyreżyserowanie molierowskiego „Mizantropa”. Nie sprzeciwiałem się, wszak to sztuka szczególnie mi bliska.

Andrzej Józef Dąbrowski