Plaża zimą. Śnieg wymieszany z piaskiem przypomina deser z włoskiej kawiarni. Bita śmietana z czekoladą. Kawa z mlekiem. Jest pusto i cicho. Słońce odbija się w zamarzniętych rozlewiskach. Puszcza zajączki po spokojnej toni. Oślepia. Gdzieś w dali majaczą statki towarowe. Ich sine sylwetki wyglądają groźnie. Zakłócają idylliczny landszaft. Przypominają, że wyspa nie jest bezludna. Za plecami rudej trawy i wysokich, pożółkłych trzcin, jest człowiek. Jego fabryki. Pestycydy. Metale ciężkie. Nawozy sztuczne. Odpadki, które kiedyś przykryją wszystko. Ale jeszcze nie teraz. Szczęśliwie ciągle istnieją przestrzenie nienaruszone industrializacją. Gdzie metalową siatką ogradza się miejsca lęgowe. I wbija tabliczkę: ludziom wstęp wzbroniony.

Oprócz nas nie ma tutaj nikogo. Tylko para niemłodych Azjatów, objuczona ciężkim sprzętem, wraca do samochodu. Po minach wnoszę, że nie udało się polowanie na Sowę Śnieżną, która o tej porze roku jest atrakcją dla ornitologów i miłośników skrzydlastych. Kiedy przed laty szukałam informacji na temat tej części wyspy, do której nie kursują podmiejskie autobusy, natrafiłam na zdjęcia Snowy Owl i dowiedziałam się o ptasim sanktuarium. Od tamtej pory chciałam zobaczyć to miejsce przysypane śniegiem. Gdy – jak u Osieckiej – siwieje mrozu brew. I wyspa ma kolor zrudziałego drewna. I teraz jestem tutaj. W tej ciszy. Pustce. Śnieg skrzypi pod nogami. Otwiera się horyzont. Wybija godzina, którą fotografowie nazywają złotą. Światło jest miękkie. Siena. Umbra. Ochra. Ugier. Trzciny kołyszą się na wietrze. Podbite platynową poświatą przypominają gęsto tkaną, zdobną tkaninę. Fotografuję zachód słońca na Jones Beach. Bezradna wobec splendoru natury, której portret zarejestrowany cyfrowo, jest tylko jarmarczną kopią, niczym więcej. Zanim zapadnie mrok wypatrujemy żółtych oczu rzadkiego okazu puchacza, ale zaśnieżone wydmy wydają się niezamieszkałe.

*

Podobno w Wielkiej Brytanii ptaki obserwuje ponad sześć milionów osób. Birdwatching to popularne hobby. Wielogodzinne wyprawy w poszukiwaniu jastrzębi, żurawi, modrosójek czy jerzyków zdają się fascynować coraz liczniejszą grupę zapaleńców. Do ptaków strzela się z teleobiektywów. Współczesne trofea to zestaw zdjęć najoryginalniejszych gatunków.

I wcale nie trzeba wyjeżdżać z miasta. „Czasami zastanawiam się, jak wygląda Warszawa oczami ptaków. Może miasto to dla nich naturalna część krajobrazu? Górskie łańcuchy osiedli, chłostane wiatrem turnie wieżowców i łagodne wzgórza kamienic. Dzikie, porośnięte mchami urwiska pustostanów.”- zastanawia się Stanisław Łubieński, kulturoznawca, ukrainista i autor bestsellerowej książki „Dwanaście srok za ogon”, po lekturze której wszyscy chcą zostać „ptasiarzami”.

„Kiedy po słońcu pozostaje jedynie różowy odblask, wilgotna trawa staje się szara. Nie ma chmur, szykuje się pogodna noc. Idę w stronę rozsypanego snopka, jedynej kryjówki na skoszonej łące. […] Siano jest wygrzane, rozsiadam się i widzę całe stado, pewnie ze sto ptaków. Żurawie nie stoją w ciszy, tylko popiskują, gulgoczą i trąbią. Na łące słychać też kwękanie kszyków, czasem któryś zrywa się i mija mnie zygzakowatym lotem. Obraz w lornetce wciąż jest jasny, widzę długi dziób, a potem bekas rozpływa się w ciemnościach. Ze wschodu nadlatuje kolejne jedenaście żurawi. Nawołują z wysoka i zaraz dostają odpowiedź z łąki. Udzielono pozwolenia na lądowanie. Ptaki robią niewielkie kółko i ostro schodzą w dół. Wystawiają nogi jak podwozie, na długo zanim dotkną ziemi”- pisze Łubieński. Żurawie prowadzą go do Chełmońskiego, do którego ma słabość „za żywą, nieudrapowaną przyrodę na jego obrazach”. Jedno z wczesnych płócien, gdy artysta miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, przedstawia podrywające się do lotu stado ptaków. „[…] część już ginie w porannej mgle, inne zaraz oderwą się od ziemi. Scenę obserwuje nieruchomy, samotny ptak ze zwieszonym bezwładnie skrzydłem. Dla niego wędrówka się skończyła”- opisuje Łubieński. Odlot żurawi z 1870 roku to nie jedyny obraz Chełmońskiego, który zwraca uwagę autora. Są jeszcze słynne Kuropatwy na śniegu, przedstawiające „niespokojne głodne ptaki zbite w gromadę”. Według krytyków sztuki „kuropatwy na śniegu to my, przygnieceni życiowymi zmaganiami” dla autora „Dwunastu srok za ogon” to jednak tylko, albo aż, „uważna obserwacja i głębokie rozumienie przyrody”. Z tej fascynującej książki można dowiedzieć się, że jastrząb z Pana Tadeusza „pod jasnymi wiszący błękity” to raczej myszołów albo pustułka, a na obrazie Chełmońskiego zatytułowanym Jastrząb. Pogoda. „to najpewniej kobuz: ciemna głowa, wąskie skrzydła i czerwone podogonie”. Łubieński pisze również o rozmaitych ptasich pomyleńcach: ornitologach, badaczach, aktywistach walczących o prawo do życia dla miejskich ptaków. Opowiada o świecie, który mamy pod nosem, a na który tak rzadko zwracamy uwagę. A szkoda.

Podobno ptaki upadły jak ludzie, a jednak bliżej są nieba
Siedzę na tyłku z rękami w kieszeniach, a duszy nie tego trzeba … *

* Voo Voo, Pozytywne wibracje.

 

Weronika Kwiatkowska