Z Izabelą Grajner-Partyką, śpiewaczką, dyrygentem chóru Angelus, pedagogiem, solistką profesjonalnego kameralnego chóru, w Douglaston, od lat z sukcesem koncertującą na terenie Nowego Jorku, rozmawia Bożna Konkiel.

 

– Twoje rodzinne strony w Polsce to…?

– Czerwionka, górnicze miasteczko na Górnym Śląsku, położone pomiędzy Rybnikiem i Katowicami. Wychowałam się w otoczeniu dymiących hałd i kominów kopalni „Dębieńsko”. Uwielbiam swoje miasto i jego okolice. Każdego roku wracam jak na skrzydłach do moich kochanych rodziców i rodziny.

 

– Kiedy zaczęłaś interesować się muzyką?

– Miałam cztery lata kiedy zaczęłam grać na pianinie. W Szkole Podstawowej nr 4 w Czerwionce, w której uczyła moja mama powstało Ognisko Muzyczne. Nie miałam pianina w domu, więc po zajęciach szkolnych mama zabierała mnie do szkoły żebym mogła ćwiczyć. Pamiętam, że zimową porą, siedziałam w płaszczyku, ćwicząc gamy. Po godzinie 16.00- tej piece kaflowe były zimne a sale lekcyjne wyziębione. Po roku nauki rodzice kupili mi pianino.

 

– Jakie masz wykształcenie muzyczne?

– W czwartej klasie szkoły podstawowej zdałam do Szkoły Muzycznej I i II- go stopnia w Rybniku a w siódmej klasie rozpoczęłam naukę w sześcioletnim Liceum Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, kontynuując naukę gry na fortepianie i wiolonczeli. Odkąd pamiętam, zawsze śpiewałam w chórach szkolnych. W ostatniej klasie liceum, zaczęłam pobierać lekcje śpiewu. Po maturze, zdałam egzamin do Krakowskiej Akademii Muzycznej na Wydział Wokalno -Aktorski. Studia ukończyłam w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy z tytulem magistra Sstuki.

 

– Który moment zdecydował o Twojej drodze życiowej?

– Myślę, że nastąpiło to wtedy, kiedy Mama zapytała mnie, czy chcę grać na fortepianie. Odpowiedziałam – tak. I nigdy z tej drogi nie zboczyłam. Nie trzeba było mnie zmuszać do ćwiczeń. Nie narzekałam, że muszę wstawać o piątej rano, żeby dojechać do szkoły. Zadania odrabiałam w pociągu, wracając po całym dniu do domu około godz. 21- wszej.

Od najmłodszych lat muzyka wypełniała każdą chwilę mojego życia i w stu procentach mogę powiedzieć, że nieświadome „tak” czteroletniego dziecka trwa już ponad pół wieku.

 

– Rodzice nie woleli, żebyś została na przykład prawnikiem lub lekarzem?

– Moi rodzice poznali się w chórze nauczycielskim. Tato ma piękny glos, a mama śpiewała i grała na skrzypcach. Dostałam od rodziców dar, który postanowiłam pielęgnować. Rodzice zawsze mnie wspierali i nigdy nie próbowali zmienić moich marzeń czy zamierzeń, za co jestem im bardzo wdzięczna.

 

– Czym dla Ciebie jest śpiew i jakie miejsce zajmuje w Twoim życiu?

– Od samego początku, czyli od najmłodszych lat był to naturalny proces. W szkole podstawowej śpiewałam na akademiach, imprezach i porankach muzycznych czy szkolnych przedstawieniach. W szkole muzycznej w Rybniku zaczęłam śpiewać repertuar klasyczny jako solistka na chóralnych koncertach. W tym samym czasie należałam też do chóru działajacego przy Domu Kultury w Czerwionce i chóru w szkole podstawowej. W domu układałam własne podkłady muzyczne do popularnych piosenek, które z wyśpiewywałam „od rana do wieczora”. W Liceum Muzycznym w Katowicach byłam członkiem pierwszego w historii tej szkoły zespołu muzyki jazzowo-rozrywkowej, w którym śpiewałam razem z Renatą Rozmus i Stanisławem Sojką. Śpiewanie było częścią każdego dnia, niezależnie od tego czy był to koncert, ćwiczenie wprawek czy wyśpiewywanie nut z solfeża.

– Dlaczego muzyka chóralna?

– Występy solowe zawsze dawały mi wielką satysfakcję, jednak muzyka chóralna pochłonęła mnie bez reszty. W każdy piątek chodziłam na koncerty Filharmonii w Katowicach zapoznając się z repertuarem muzyki klasycznej. Prawdziwa przygoda z chórem i muzyką oratoryjną, zaczęła się, kiedyprzyjęto mnie do Chóru Filharmonii Krakowskiej, w którym śpiewałam sześć lat. Wyśpiewałam z tym zespołem prawie cały repertuar oratoryjny. Brałam udział w koncertach i festiwalach w Polsce i wielu krajach Europy, śpiewając w najsłynniejszych salach koncertowych czy sanktuariach. Byłam i czułam się cząstką czegoś potężnego. Połączenie głosów solowych, orkiestry i chóru sprawia, że przenoszę się w inny świat. Przygotowywanie utworów, ćwiczenie, codzienne próby, zawsze były dla mnie przyjemnością.

 

– Otoczenie postrzega artystów jako osoby żyjące w pięknym, kolorowym, bajkowym świecie… Jak ty to czujesz?

– To mit. Niewątpliwie, staramy się przekazać słuchaczom czy odbiorcom sztuki, piękny, kolorowy, bajkowy świat czy to głosem czy piórkiem i węglem. Na ten efekt składa się praca, która wymaga wielu wyrzeczeń, długich godzin przygotowań, czy życia na przysłowiowych walizkach. Koncert czy wystawę poprzedzają godziny ćwiczeń, czy tworzenia w pracowni artystycznej, a tym samym stresu związanego z końcowym efektem. Wymaga to od artysty, dużej dozy odporności psychicznej, cierpliwości do samego siebie i osób z którymi się wspólpracuje, a przede wszystkim wiary w siebie.

 

– Pamiętasz swój pierwszy występ?

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, o trzech ważnych występach w życiu, które zdecydowały o mojej drodze muzycznej. Kiedy miałam siedem lat wystąpiłam jako dyrygent chóru szkolnego i akompaniator w Muszli Koncertowej w moim rodzinnym mieście. Jako osiemnastolatka śpiewałam Ave Maria F. Schuberta w Katedrze Chrystusa Króla w Katowicach i mój pierwszy koncert z Filharmonią Krakowską, gdzie wykonywaliśmy Requiem A. Dworzaka. Każdy z tych występów zapoczątkował to, co stało się kwintesencją mojej drogi artystycznej.

 

– Pedagog muzyczny – jak z perspektywy lat praktyki oceniasz ten zawód?

– W 2001 roku rozpoczęłam działalność pedagogiczną jako nauczyciel gry na fortepianie. Nauczanie jest przyjemnością, jeżeli lubi się to co się robi. Wtedy satysfakcja jest ogromna. Postępy uczniów są odzwierciedleniem i potwierdzeniem nabytej wiedzy i umiejętności muzycznych nauczyciela. Rola nauczyciela jest bardzo ważna.. Wiąże się to z indywidualnym podejściem do każdego ucznia i dużą dozą cierpliwości ze strony nauczyciela. Niezależnie od tego czy uczeń ma cztery lata 30 czy ponad 70, bo i takich studentów miałam, zasada jest taka sama. Lekcja musi być przyjemnością dla ucznia i dla nauczyciela. Ukoronowaniem tej pracy są koncerty uczniow, czy momenty, kiedy uczniowie dostają się do takich szkól jak Mark Twain czy La Guardia High School for Music and Art and Performing Arts i zdobywają najwyższe oceny na egzaminie NYSSMA. Warto robić, co się lubi.

 

– Masz już za sobą wiele koncertów. Które z nich były dla Ciebie szczególne?

– Każdy występ czy koncert jest przeżyciem niepowtarzalnym, niezależnie od tego, czy śpiewam jedną arię czy cały koncert jako solistka, czy jestem częścią zespołu. Mile wspominam solowe występy z Chórem Kameralnym Filharmonii Krakowskiej, który powstał na rok przed moim wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Muszę rownież wspomnieć o recitalu pieśni Fryderyka Chopina tu w Nowym Jorku i na Festiwalu w Tolentino we Włoszech. Było to szczególne przeżycie, ponieważ w drugiej części koncertu, wykonywałam w duecie Mazurki Chopina z moją 16-letnią córką Julią. Koncertowi w Nowym Jorku towarzyszyła wystawa rzeźby mojego męża Mieczysława „Karola” Partyki. Do szczególnych występów należal mój pierwszy koncert chóralny, tu w Nowym Jorku, który zapoczątkował działalność chóru Angelus, z którym związana jestem od 20 lat. Od początku byłam członkiem i asystentem muzycznym dyrektora muzycznego – Wojciecha Typrowicza, a od 2006 roku jestem dyrygentem, solistką i akompaniatorem tego zespołu. Ostatnio nawiązałam wspołpracę z Queens Oratorio Society i zaśpiewałam wspaniały koncert, wykonując między innymi oratorium Mesjasz F. Haendla. Od 15-tu lat śpiewam jako solistka i członek kameralnego chóru, złożonego z profesjonalistów w kościele w Douglaston. Każdy niedzielny poranek to wspaniałe przeżycie, a każdy koncert to muzyczna perełka.

 

– A jakiej muzyki słuchasz prywatnie?

– To zależy od nastroju, pory roku i czasu, którego nie mam za wiele. Nie jestem zwolenniczką słuchawek na uszach. Oratoria czy utwory symfoniczne przemieszane są ze Stingiem, Robertą Flack, Vangelisem czy muzyką jazzową.

 

– Jeżeli nie śpiew to…? Inne pasje?

– Kino. Gdybym nie zdawała na kierunek wokalno – aktorski, studiowałabym filmoznawstwo. Czy coś z tego zostało? Jeżeli chcę odpocząć od codzienności, uciekam w świat kina. Czasem jeden klik w komputerze potrafi mnie oderwać od problemów życia codziennego. Jestem jednak wybredna i bywa, że długo szukam tytułu, który mnie zadowoli. Na szczęście nie zostałam krytykiem filmowym i nie muszę oglądać wszystkiego. Sama przyjemność.

 

– Twoja najbliższa rodzina to także artyści. Nieżyjący mąż Karol, którego znałam i lubiłam, był znakomitym rzeźbiarzem. Masz z nim dwie utalentowane córki.

– Karol był kimś, kto wypełnił moje życie bez reszty, od pierwszego spotkania. Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w akademiku w Krakowie. Karol studiował rzeźbę w Akademii Sztuk Pięknych im. J. Matejki. Od 11 listopada 1982 roku do 26 lipca 2009 roku byliśmy razem. 27 lat. Były to lata burzliwe, szalone i bardzo szczęśliwe, choć nie raz wypełnione codziennymi troskami. Koncerty, wystawy, spektakle teatralne, nocne życie w klubach jazzowych Krakowa czy w Piwnicy pod Baranami były kwintesencją naszego życia. Wiem, że brzmi to bardzo sielsko. Pracowaliśmy na to bardzo ciężko, borykając się z problemami finansowymi, jakie zazwyczaj mają młodzi artyści po studiach. Dni Karola były wypełnione pracą nad kolejnym projektem rzeźbiarskim, konkursami czy pracą przy renowacji zabytków Krakowa. Wiele rzeźb powstało z moich szalonych pomysłów. Do wielu pozowałam. Wprowadziłam Karola w świat muzyki klasycznej, którą uwielbiał. Wspaniale się uzupełnialiśmy, robiąc zupełnie coś innego.

W 1989 roku Karol wyjechał do Stanow Zjednoczonych a 18 miesięcy później dołączyłam do niego. Tu w Nowym Jorku założyliśmy rodzinę. Tutaj urodziły się nasze córki Julia i Taria. Julia od najmłodszych lat śpiewała, a Taria godzinami potrafiła siedzieć przy biurku i rysować, czy asystować Karolowi przy kolejnym projekcie rzeźbiarskim.

Przekazaliśmy dzieciom przez te lata wartości, które zaowocowały. Obie córki skończyły prestiżową La Guardia High School for Music and Arts and Performing Arts, Julia w klasie śpiewu a Taria w klasie sztuk pięknych. Po szkole średniej Julia skończyła New England Conservatory of Music w Bostonie. Taria pierwszy rok studiów rozpoczęła w Parsons School of Design na Manhattanie. Po pierwszym roku zmieniła kierunek i zaczeła studia w State University w Binghamton na wydziale bio antropologii i jako drugi wybrała ochronę środowiska.

Nie wiem co życie im przyniesie i jak potoczą się ich dalsze losy, ale wiem, że zawsze będę je wspierać, nie ingerując w ich decyzje. Jestem z moich córek dumna i wiem, ze Karol czułby to samo. Taria miała 13 lat a Julia 18 jak straciły ojca. Były z nim bardzo związane. Tęsknota za osobą kochaną jest niewyobrażalna. Czasami znajomi pytają mnie, czy zanika? Z perspektywy prawie dziewięciu lat mogę powiedzieć, że staje się częścią każdego dnia.

 

– Na koniec zapytam, czego Ci można życzyć?

– Sama nie wiem. Cierpliwości do życia, nieustającej wiary w siebie, spełnienia marzeń, które przyjdą…

– Dziękuję za rozmowę i życzę Ci spełnienia marzeń.  

Bożena Konkiel