Jestem z miasta. Może dlatego wolę zwiedzać metropolie niż rezerwaty przyrody.

 

To raczej odważna deklaracja. Przecież wmawiamy sobie, że nade wszystko cenimy piękno natury, a nad towarzystwo innych ludzi przedkładamy samotność. Wszystkim bezskutecznie tłumaczę, dlaczego lubię Las Vegas. Nie muszę jednak tłumaczyć, że stamtąd pojechałem do Wielkiego Kanionu, by sam na sam obcować z potęgą i tajemnicą natury.
A przecież to w miastach jest wszystko: historia, zabytki, muzyka, polityka, rozwój cywilizacyjny, życie towarzyskie i uczuciowe.

Obserwowałem wielu imigrantów w Nowym Jorku, którzy nawet po wielu lat pobytu w tym mieście nie potrafili się do niego przekonać. Widzieli tylko negatywy: hałas, tłok, pośpiech życia, samotność w tłumie, powierzchowność kontaktów. Inni nawet Nowy Jork lubili ale po jakimś czasie stwierdzali, że życie tu za dużo ich kosztuje wysiłku i nerwów. Przenosili się więc do New Jersey albo wracali do Białegostoku.

Pocieszam się, że może nie jestem zupełnie sam w upodobaniu do miast. Woody Allen czuje się w Nowym Jorku jak ryba w wodzie. Apartamenty Upper East Side to jego naturalne środowisko. Za miasto wyjeżdżał zawdsze na krótki weekend i pośpiesznie wracał. Bohaterowie powieści Balzaca podbijali Paryż, Orphan Pamuk jest piewcą Stambułu, gdzie się urodził i z którego nigdy się nie wyprowadził. Anglik Lawrence Osborne zakochał się zaś w magii Bangkoku. Nie wspomnę o niezliczonych filmach, których miejscem akcji jest Nowy Jork, Paryż, Rzym czy Hongkong.

Piszę o tym dlatego, że ostatnio wyjeżdżam dużo z Polski – i wyjeżdżam do miast. Wspominałem o wielkiej zalecie mieszkania w tym kraju: do miast europejskich jest blisko, a bilety można kupić naprawdę tanio.

Oczywiście są i tacy, którzy jak już pojadą, to na tydzień lub dwa i spędzą je nad morzem, eksplorując góry, nurkując i wspinając się. Jeszcze inni poświęcą cały długi urlop na wyprawę w rejony dzikie: Indochiny, Afrykę, Syberię.

Jednym z najciekawszych ludzi, którzy porzucili „wyścig szczurów”, by wędrować po odległych, trudno dostępnych rubieżach ziemi, był tragicznie zmarły (podczas wyprawy samochodem przez Afrykę) Kacper Godycki-Ćwirko, autor jednej książki: „Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata”. Rozumiem jego punkt widzenia i ideologię, lecz zapewne brak mi jego odwagi oraz wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Nie każdy został wszak stworzony do opływania świata żaglową łódką i koczowania na pustyni.

W Stanach Zjednoczonych praktycznie nie ma zwarto zabudowanych miast, poza Nowym Jorkiem. Może jeszcze w centrum Chicago, San Francisco, na głównych promenadach South Beach i Las Vegas można pospacerować. Te miejsca mają ludzką skalę – ulubione miejsca można odwiedzić dochodząc do nich, mijając znajome budynki, spacerując, jadąc rowerem, podjeżdżając przystanek lub dwa autobusem i metrem. Poza tym amerykańskie miasta to kilka wieżowców w centrum, opustoszałych wieczorem. Reszta ludności przemieszcza się autostradami, z domu do szkoły, pracy, kina. Nie ma tu miejsca dla spacerowiczów, marzycieli, wanderers. Słowo flaneur oznacza po francusku takiego włóczącego się po mieście pana. Kiedyś, po stałej trasie, chodził tak po Królewcu Immanuel Kant. Tak należy chodzić po Paryżu, Wenecji czy naszym Krakowie, oczywiście w obrębie starej zabudowy. Starzy krakowianie mogliby całe życie przechadzać się po Floriańskiej, zajść na Basztową, odwiedzić zawsze tę sama kawiarnię i antykwariat.

Jeżdżę po Europie i zachwycam się miastami. Wyjątkowo piękny okazał się na przykład – nie znany mi do tej pory – Sztokholm. To malownicze, stare domy, wyspy i wysepki, to przysypana śniegiem starówka z wąskimi, stromymi uliczkami. To domy mieszkalne, także nowe o pięknej architekturze, zbudowane wzdłuż kanałów. To wreszcie mój hotelik umieszczony na starym statku.

Barcelona wydaje się ideałem piękna miasta. Położona nad morzem i na pagórkach, z doskonałym klimatem. Kilkadziesiąt tysięcy starych, zdobnych kamienic, zaułków, placów, a wszystko pieczołowicie odnowione, oświetlone, udekorowane palmami, sprzyjające turystom. Cudowne eksperymenty Antonio Gaudiego i innych mistrzów modernizmu – i piękna, nowoczesna architektura: lotniska, stadionów, apartamentowców.

Mieszkańcy miasta, zwłaszcza poza sezonem turystycznym, chętnie spacerują głównymi ulicami, na przykład Rambla. Siedzą w kawiarniach, późną nocą jedzą w restauracjach kolację, popijając ją winem. Ulica to nie bieżnia, a park to nie obiekt sportowy, jak Park Centralny w Nowym Jorku, gdzie wszyscy ścigają się opętańczo na wrotkach i rowerach.
Także po Neapolu spacerują sobie ludzie. Neapol jest równie piękny jak Barcelona lecz zaniedbany i zaśmiecony. Niemniej, chodząc po starym mieście nieustannie widzi się zaułki, ulice, domy o niezwykłej, mrocznej urodzie, jakby zostały wygenerowane na komputerach hollywoodzkich mistrzów animacji.

A urokliwe, nieco prowincjonalne, Wilno? A Budapeszt, jak zawsze piękny, a teraz efektownie oświetlony? Nocna przejażdżka statkiem turystycznym po Dunaju to przeżycie estetyczne – mijamy wyeksponowane starannie przepiękne budynki, jak parlament czy Hotel Gellert. (Płynąc po Wiśle w Warszawie patrzymy na krzaczory.)

Przede mną Stambuł. (– A nie boisz się tam jechać? – pytają Polacy. Bez komentarza.) Już się cieszę na przylot, potem przejazd z lotniska do miasta. Przecież wszystko w świecie jest niby takie same, ale jednak inne: domy, kolory, światło, zapachy, dźwięki. Wszystko: bloki mieszkalne, przystanki, tramwaje, kawa i piwo, ma jakąś lokalną specyfikę. Cieszę się na ten hotelik w muzułmańskiej dzielnicy Fatih, na prawdziwy kebab, na herbatę w małych szklaneczkach, na wizyty w imponujących meczetach i muzeach.

Jako dziecko jeździłem na wakacje z rodzicami nie tylko w góry czy nad morze. Zwiedzaliśmy przy okazji miasta, solennie i sumiennie. Wchodziliśmy do katedr, zwiedzaliśmy rynek, próbowaliśmy lokalnych lodów.

Kto wie, może ciepła pamięć tych zwyczajnych, mieszczańskich wakacji skłania mnie do odwiedzania miast?

 

A może po prostu je lubię.

 

Jan Latus