W wieku trzech lat debiutowała w filmie, gdy miała 14 otrzymała pierwszą nominację do Oscara za rolę w „Taksówkarzu” Martina Scorsese. Od lat ma własną firmę producencką, gra i reżyseruje. Na pytanie o skandal w Hollywood, Jodie Foster odpowiada: „Nie mogę wypowiadać się o Harveyu Weinsteinie, bo nigdy z nim nie pracowałam, ani nie miałam z nim w ogóle żadnej styczności. Jeśli chodzi o strach w branży filmowej, to nie jestem przekonana, czy jest on większy niż ten, który odczuwają ludzie pracujący na giełdzie, sędziowie Sądu Najwyższego czy pracownik sklepu z obuwiem. Przemysł filmowy nie wymyślił przecież zjawiska molestowania seksualnego i nadużywania swojej pozycji w celu zdobycia korzyści. Ale akurat w naszej branży pojawiła się przestrzeń do komunikowania takich sytuacji i dyskutowania o nich. No i generalnie nowe technologie sprawiły, że ludzie – na całym świecie – którym odmawiano sprawiedliwości, decydują się zabrać głos” – podsumowała. Aktorka coraz częściej pojawia się po drugiej stronie kamery. „Ponad pół wieku wykonuję ten zawód, to naprawdę długo” – śmieje się. „Chwilowo aktorstwo nie wydaje mi się zbytnio atrakcyjne, tym bardziej, że dziś dostaję znacznie słabsze propozycje, niż kiedy byłam młodsza. Nie ma w obiegu zbyt wielu porywających historii o 55 – latkach. Co innego za 15 lat! Jestem ciekawa 70 – letniej siebie w oku kamery. Inna sprawa, to poczucie spełnienia. Poprzez filmy wyrzuciłam już z siebie wiele historii, do których nie chcę wracać” – podsumowuje. „Przez ostatnie 20 lat priorytetem było dla mnie macierzyństwo. Wszystko inne utykałam gdzieś pomiędzy chwile z synami. Może dlatego mimo miłości do reżyserii dziś jestem w zabawnej sytuacji: jako aktorka się starzeję, ale jako reżyserka jestem młoda. Mam na koncie dopiero cztery produkcje. Czuję, że jeszcze wiele mogę się nauczyć i cieszy mnie to” – twierdzi gwiazda, która właśnie wyreżyserowała czwarty sezon popularnego serialu „Czarne lustro”.

 

*

 

Robert Górski, współzałożyciel i lider Kabaretu Moralnego Niepokoju, autor scenariuszy, ale przede wszystkim twórca popularnego internetowego serialu politycznego „Ucho prezesa”, zamierza wkrótce zaskoczyć swoich fanów. „Chcę spróbować sił w innej formie literackiej. Pracuję nad komedią dla teatru. To ma być regularna sztuka teatralna, może farsa. Z poważnymi aktorami, z poważnym problemem, który zostanie podany w lżejszej formie” – mówi autor. W książce „Jak zostałem premierem” Górski opowiada o studiach polonistycznych: „Próbowałem być „poważnym poetą”, ale chyba miałem w sobie jakoś genetycznie wmontowany syndrom zabawy i uśmiechu. Zorientowałem się, że te „poważne” wiersze przechodzą bez echa, a wesołe spotykają się z natychmiastową reakcją. Ciężko uzyskać status poety, który czyta na scenie swoje smutne wiersze” – żartuje autor. „Pomyślałem, że do poziomu Miłosza nigdy nie doskoczę, a niżej nie warto. Oczywiście, do poziomu Laskowika też nie, ale wydawało mi się to jednak trochę łatwiejsze” – podsumowuje. Ogólnopolski sukces, który pojawił się wraz z „Uchem prezesa”, w którym Górski parodiuje prezesa Jarosława Kaczyńskiego, nie przewrócił autorowi w głowie. „Sława, która przychodzi za wcześnie, nie jest czymś fajnym. Lepiej, kiedy kariera rozwija się powoli, systematycznie. Nigdy nie pożądałem popularności, popularność bywa kłopotliwa. W środowisku związanym z kabaretem od początku mieliśmy powodzenie. Wydawało mi się, że bardziej już nie można. Pisząc „Ucho prezesa” nie spodziewałem się takiego sukcesu. Te miliony odtworzeń, obserwuję to ze zdumieniem, także jako fenomen socjologiczny” – mówi Górski. „Blaski i cienie? Popularność odcięła mnie od polskiego morza, bo rzeczywiście wszyscy chcieli sobie robić ze mną zdjęcia. A ja nie potrafię odmawiać. Zawsze unikałem tłumów, teraz jeszcze bardziej” – żartuje. Odcinki, które na bieżąco komentują to, co dzieje się w polskiej polityce, powstają co kilkanaście dni. „Męczący bywa stres, gdy zbliża się termin oddania odcinka, a nie ma pomysłu. To wyczerpujące, takie napięcie i świadomość, że nie można napisać byle czego i dać niechętnym nam ludziom okazji do powiedzenia: „O, właśnie się kończą”, „Zjadają własny ogon” itd. Od czasu do czasu to słyszę” – opowiada. „Nasz serial, myślę, nazwał pewne rzeczy po imieniu, sprawił, że wyartykułowane stały się wyraźniejsze, łatwiejsze do zrozumienia”. I dodaje: „Śmiech jest jak tlen. Bardzo potrzebny. Nawet kiedy wracamy z pogrzebu, mamy potrzebę rozładowania napięcia. Przecież na pogrzebach płaczemy nad sobą – że też umrzemy. I musimy ten smutek i świadomość neutralizować. To niezbędne do życia” – podsumowuje.

*

„Babylon Berlin” to najdroższa produkcja serialowa w Niemczech, która według krytyków „warta jest każdego wydanego na nią eurocenta i każdej minuty naszego czasu”. Tytułowy Berlin w 1929 roku tętni życiem, „jest pełen emigrantów, czyhających w zaułkach morderców, tropiących ich policjantów o skomplikowanych życiorysach, zubożałych i sfrustrowanych Niemców, imających się każdej pracy oraz bogaczy podburzających do rewolty byłych wojskowych”. Świetnie ogląda się życie w nocnych klubach i w czterech ścianach biednych czynszówek, Berlin dekadencki i ten, w którym kiełkuje faszyzm. Jak twierdzą recenzenci – największa siła serialu tkwi w „niejednoznacznych, skomplikowanych, fascynujących bohaterach”. Tymczasem Telewizja Polska zaprezentowała pierwsze odcinki serialu „Korona Królów”, którego akcja rozpoczyna się w 1333 roku, gdy król Władysław Łokietek zmęczony walką o zjednoczenie podzielonej na dzielnice Polski podupada na zdrowiu i umiera, a na tronie zasiada jego jedyny żyjący syn Kazimierz. Prezes TVP Jacek Kurski poinformował o niebywałym sukcesie podając, że premierowy odcinek obejrzały cztery miliony osób. Jednak nie wszystkim superprodukcja przypadła do gustu. „Scenariusz jest fatalny. Dramaturgia kuleje. Akcji praktycznie nie ma. To serial o wchodzeniu i wychodzeniu z komnat. Całość przypomina jasełka albo szkolne kółko teatralne” – stwierdził historyk dr. hab. Piotrka Witka, który specjalizuje się w historii Piastów. Wiceminister kultury Paweł Lewandowski napisał z kolei: „Poczekajcie na trzeci odcinek i dialog o śniadaniu w czasie postu. Zgniłem, jak to zobaczyłem”. Prezes Kurski obiecuje jednak, że „od dwudziestego odcinka telenowela robi się fascynująca: akcja się dociera, tempo będzie szybsze”. Czy w czasach spektakularnych seriali serwowanych przez Netflix czy HBO widzowie będą mieli dość cierpliwości, by wytrwać tak długo? Okaże się niebawem.

 

Weronika Kwiatkowska