Znudzenie, zniechęcenie, błoto pośniegowe. Od kilku dni prawie nie wychodzę z domu. Najpierw dlatego, że padał śnieg. Potem dlatego, że zamarzały ulice. I twarze kamieniały na arktycznym wietrze. Takiej zimy w Nowym Jorku nie było od stu lat. Pisały gazety. Ogłoszono stan wyjątkowy. Zamknięto szkoły i instytucje. Nie musiałam jechać do pracy. Z czeluści szafy wyciągnęłam koc elektryczny i zaległam z książką na długie godziny. Leżąc obserwowałam fazy nagrzewania kota. Najpierw spał zwinięty w kulkę. Jak pancernik. Głowa zniknęła w futrze. Nie wychynął ani jeden wibrys. Z daleka trudno byłoby określić gdzie się kończy, a gdzie zaczyna. Kot. Ale już po kwadransie włochata konstrukcja zaczynała się rozluźniać. Pokazało się białe futerko. Różowy nosek. Kawałek brzucha. Łapy wyciągnął przed siebie. Zamruczał. I po kocim preclu nie było śladu. Przyjąwszy legendarną pozę szczupaka drzemał błogo długie godziny, raz po raz wydając dźwięki, które – podobno – podnoszą wibrację i leczą. Spojrzałam na swoje dłonie, ubrane w bawełniane skarpetki udające rękawiczki, pod którymi gruba warstwa maści sterydowej leczyła wysypkę na tle alergicznym, i pomyślałam, że mam wyjątkowego pecha. Kot mi szkodzi. Okazało się, że jestem uczulona na białko, które znajduje się w kociej ślinie oraz złuszczonym naskórku i wystarczy, że pogłaskam świeżo wylizaną sierść, albo przypadkowo zostanę podgryziona, i od razu swędzi i piecze. Skóra dłoni wygląda jak poparzona. Łuszczy się. Pęka. Rogowacieje. Czerwone, mało efektowne plamy nie znikają długie tygodnie. Nie może pani dotykać kota – mówi lekarz. A najlepiej pozbyć się zwierzęcia – dodaje. Wyobraziłam sobie Cecyla za oknem, który wyje rozdzierająco i nie zostaje wpuszczony do mieszkania. Jego zdezorientowane spojrzenie. Pełne wyrzutu i strachu. A potem rozpaczliwe poszukiwanie pożywienia. Rozgrzebywanie śmieci. Wyciąganie spod śniegu odpadków. I jak zmarznięty kuli się pod płotem. Zobaczyłam klatkę, w której zostaje zabrany do schroniska. I co wtedy myśli, czuje, gdy dłonie, którym zaufał pakują go nagle za kratki? Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy „pozbywają się” swoich zwierząt. Przywiązują psa do drzewa i odchodzą. Topią ślepe kocięta w stawach. Oddają do schroniska członka rodziny, bo chcą polecieć na wakacje. Skazują na śmierć zamykając w nagrzanych autach. Wywożą za miasto, kiedy świąteczny prezent znudzi się dziecku.

 

*

Pani Matka Ogrodowa leży pod kaloryferem. Czujna. Gotowa w każdej chwili wyskoczyć przez okno. Ostatnie dni, gdy odczuwalna temperatura przekraczała -20 C, prawie nie opuszcza mieszkania. Wczoraj pozwoliła się pogłaskać. Jęknęła cicho, ale nie uciekła. Może w końcu uda się ją oswoić. Na Florydzie iguany spadają z drzew. Zamarzają i odpadają od gałęzi. Chodniki usiane zdrewniałymi jaszczurkami to osobliwy widok. Mieszkańcy nie wiedzą, czy legwany, które straciły kolor i zdolność ruchową, wyrzucać do śmietnika czy ratować. Eksperci wyjaśniają – zmiennocieplne gady wpadają w stan odrętwienia, ale gdy tylko temperatura się podniesie, zmartwychwstaną. Ich funkcje życiowe są zachowane, tylko bardzo spowolnione. „Iguanokalipsa” to tylko makabryczny żart natury. Nie ma się czego bać.

 

Za oknem, na śniegu, krwawe ślady. Po wątróbce, którą serwujemy Szylkretowej i Szaremu. Ten ostatni przegonił z sheltera Panią Matkę i zamieszkał tam ze swoją dziewczyną. Łaciata kotka jest dość agresywna. Pani Matka i Cecyl starają się jej unikać. Zimowe dokarmianie trwa w najlepsze. Mamy pod opieką cztery sztuki i dodatkowo oposy, które wyczuwając zbliżające się mrozy, kilka dni przed zmianą pogody uwijały się w ogródku. Jeden z osobników wyglądał, jakby wdepnął w doniczkę. Początkowo myśleliśmy, że wiecheć z tyłu to jakieś badyle, które przyczepiły mu się do ogona, ale nie. Opos, niczym stara babuleńka z mrocznych bajek Braci Grimm, zbierał chrust. Wyrywał kępki zeschniętej trawy i podawał w kierunku ogona, który – niczym piąta łapa – zawijał się wokół gałązek i tak podtrzymywał spory pęk suszu. Po kwadransie zniknął w rozpadlinie ściany. Przed chwilą pojawił się znowu. Przez kilka minut próbował wydostać się z dziury, ale w taki sposób, by nie postawić łapy na śniegu. Ponieważ akcja zakończyła się niepowodzeniem, wrócił z powrotem do nory. Wcześniej zdążył jeszcze powąchać ślady na śniegu i pewnie wyczuł krew. Ale było za zimno i za mokro, by ruszyć tropem zamarzniętej wątróbki.

 

W kolorze krwi – ta cała miłość. W kolorze krwi – na śniegu zimą… śpiewała przed laty Zdzisława Sośnicka i jeśli dobrze pamiętam, w teledysku był czarny kruk, kot, nóż i krew na lustrze, bo rzecz traktowała o miłości. On przysięgał Ci przy Tobie być/ Po wieczność trwać/ Wciąż donosili Ci, z kim on znowu spał/ Noc miękka, jak popiół już wie/ Jest zbrodnia i kara/ Szepnął imię twe, gdy gasł mu wzrok, gdy stygła krew – zawodziła boska Zdzicha, a ja czekałam na powrót rodziców z sylwestrowego balu i chyba trochę się bałam tej zbrodni w afekcie popełnianej na ekranie telewizora, na którym Krystyna Loska w złotej sukni życzyła wszystkim szczęśliwego 1987 roku, a może to była Bogumiła Wander. W każdym razie było to bardzo dawno. Na innej planecie. W innym życiu. Które czasem rozbłyska we wspomnieniu. I sprawia, że czas płynie w odwrotnym kierunku.

 

 

Weronika Kwiatkowska