Środa

Z Nowym Rokiem u niektórych zaczyna być widać oznaki mądrzenia. Pierwsze symptomy, nie jest to wiele, ale odnotować warto. Oto w „Gazecie Wyborczej” wzięli się za elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Wzięli, znaczy pojechali do Miastka, miejscowości na Mazowszu, wyborczego matecznika PiS i… rozmawiali z ludźmi. To chyba pierwsza próba wyjścia z Warszawki, z redakcji i studiów telewizyjnych, gdzie tzw. elitka bredzi o rzekomej rzeczywistości.

Poczytajcie sami. Zabawne są te „odkrycia” przemądrzalców Trzeciej Rzeczpospolitej: „Raport z badań Dobra zmiana w Miastku” to lektura obowiązkowa dla każdego polityka opozycji. Jeśli chcecie wiedzieć ‘dlaczego im rośnie” to tam właśnie znajdziecie odpowiedź. Do Miastka (pod tą nazwą kryje się małe miasto na Mazowszu, gdzie PiS zyskał w wyborach świetne wyniki) pojechał socjolog dr Maciej Gdula z współpracownikami. I chwała im za ciekawą metodologię, wnikliwe podejście do tematu, a przede wszystkim za bezcenne wnioski”.

Dopiero dwa lata po wyborach, można by się żachnąć, ale – jedziemy dalej: „Jeśli sądzisz, że wyborcy PiS to polityczni frustraci, ludzie, którym się życie nie udało albo ofiary transformacji, to się grubo mylisz. Nie są wcale gorsi od Ciebie! Z badań w Miastku jednoznacznie wynika, że powody sukcesów Prawa i Sprawiedliwości nie są ekonomiczne. To nie jest partia populistyczna w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, nie gromadzi ludzi rozczarowanych poziomem własnego życia. Mieszkańcy Miastka popierający Kaczyńskiego w większości nie narzekają na materialną sferę egzystencji. Mało tego, patrzą w przyszłość z optymizmem, a w przeszłość – bez żalu. Widzą zmiany, jakie w ostatnich 27 latach zaszły w ich najbliższym otoczeniu. I potrafią je docenić (…) Badania weryfikują więc popularną tezę, jakoby PiS było partią frustratów, reprezentującą osoby nienadążające za tempem rozwoju Polski. Zwolennicy „dobrej zmiany” reprezentują wszystkie postawy życiowe: są tu osoby mające poczucie sukcesu i kontroli nad własnym losem, osoby przestawiające własne życie w kategoriach pozbawionych ocen (ot, zwykłe życie, po prostu) bez specjalnych triumfów i rozczarowań oraz tacy, którym się nie wiedzie”.

PiS zaproponowało swoim wyborcom nową, atrakcyjną, spójną i wspólnotową tożsamość: „propozycja PiS polega na dowartościowaniu zwykłego człowieka w kontrze do wyniosłych egoistycznych elit, ale też do wszystkich słabszych – „patologii” oraz uchodźców. Jak to działa? Przez lata transformacji dominująca narracja w liberalnych mediach głównego nurtu przedstawiała Polaków jako ludzi na dorobku. Nie tylko na dorobku w sferze materialnej, lecz przede wszystkim w sferze cywilizacyjnej i kulturowej. Ostrze krytyki skierowane było w stronę przeciętnych mieszkańców kraju nad Wisłą. Janusze – bo tak pogardliwie mówiła o nich wielkomiejska, wykształcona i liberalna elita – nie nadążali za tempem cywilizacyjnej zmiany. Elita z nieukrywanym poczuciem wyższości wytykała Januszom, że wykazują małą mobilność społeczną, że nie umieją się przekwalifikować i generalnie słabo sobie radzą. Krytykowano ich gusty. Uważano, że ich horyzonty rzadko wykraczają poza własne miasteczko lub gminę. Życie Janusza w oczach elit przypominało trochę wegetację, gdzieś na bocznicy historii i wielkich wyzwań, z którymi musieli mierzyć się oni, budowniczowie nowego społeczeństwa, twórcy liberalnego kapitalizmu.” A teraz dzięki Kaczyńskiemu Janusze chwycili stery władzy i godnościowego dowartościowania. Michnik, Stuhr, Janda, Lis, Balcerowicz, Holland czy Środa musza być w niezłym szoku…

 

Środa noc

No to mamy w Ameryce kolejną wojnę polityczną. No może wojenkę, ale ostrą, bo to to kłótnia w politycznej rodzince. Były główny strateg Białego Domu a niektórzy mówią, że nawet „mózg” kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa w ostatniej fazie Steve Bannon, miał powiedzieć, że spotkanie Donalda Trumpa juniora i czołowych przedstawicieli kampanii wyborczej jego ojca w czerwcu 2016 roku z grupą Rosjan było „zdradzieckie” i „niepatriotyczne”. Wszystko w nowej książce Michaela Wolffa pt. „Fire and Fury: Inside the Trump White House” będącej zapisem ostatniego roku w Białym Domu. Wolff, który chwali się niesamowitym dostępem do prezydenta i kręgu jego najbliższych doradców napisał, że Bannon drwił z tego spotkania w Trump Tower, podczas którego rosyjska prawniczka miała oferować kompromitujące informacje o kandydatce Demokratów w wyborach prezydenckich Hillary Clinton: „ależ to był trust mózgów”, który doprowadził do tak kompromitującej sytuacji.

W spotkaniu zaaranżowanym przez syna Trumpa uczestniczył też zięć obecnego prezydenta Jared Kushner i ówczesny szef kampanii Trumpa Paul Manafort a stało się ono zaczynem śledztwa FBI w sprawie możliwej zmowy między kampanią prezydencką Trumpa a Rosjanami. Bannon nie przebiera w słowach: ponieważ mogła mieć miejsce próba wpływania przez obce mocarstwo, „natychmiast powinno się poinformować FBI”. Według Bannona przyciśnięty w tej sprawie przez śledczych FBI, syn prezydenta „pęknie jak skorupka jajka na oczach widzów krajowych stacji telewizyjnych” a w grę może też wchodzić tzw. pranie brudnych pieniędzy przez prezydenckiego zięcia, Jareda Kushnera.

Bannon został menedżerem kampanii Trumpa w ostatnich miesiącach przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku, ale już po spotkaniu w Trump Tower. Ze stanowiska głównego stratega Trump zwolnił go w sierpniu ubiegłego roku. Teraz Trump, jak to Trump: uderzony, walnął jeszcze mocniej sam. Po raz kolejny zerwał z Bannonem, tym razem chyba ostatecznie. „Steve Bannon nie ma nic wspólnego ze mną, ani z moją prezydenturą. Kiedy został zwolniony, stracił nie tylko pracę, postradał zmysły – podkreślił Trump w oficjalnym oświadczeniu Białego Domu, które ponoć sam dyktował. Tak więc romans dwóch populistów – jednego ideologa, drugiego pragmatyka władzy – który dał zwycięstwo „zapomnianej Ameryki” w listopadzie 2016 r., ostatecznie zakończył się.

 

 

Jeremi Zaborowski