Cześć, jestem foodie. Jedzenie to moja pasja i największa przyjemność, zarazem droga do poznania innych cywilizacji, narodów i historii. Wspólne biesiadowanie to dla mnie sposób zbliżenia się do ludzi i nawiązania przyjaźni. Nic nie jest bardziej romantyczne niż karmienie partnerki, z ręki, kawałkiem sushi czy truskawką w polewie czekoladowej i częstowanie jej czerwonym jak rubin winem. Sztuka kulinarna – bo to jest sztuka, nie rzemiosło – zastępuje mi kontakt z innymi sztukami. Muzyka bywa niestrawnie kakafoniczna, filmy przegadane i przefilozofowane, współczesne malarstwo to bohomazy. Tak więc za moją jedyną sztukę obieram sobie sztukę kulinarną. Oglądam chętnie programy telewizyjne, których tematem jest jedzenie, i to często w egzotycznych miejscach.

Do takich programów dobrze mieć jak największy i jak najlepszej jakości telewizor. Nic nie wygląda wspanialej na ekranie najnowszej generacji jak oblewający spaghetti sos pomidorowy na tle dębowego stołu, w towarzystwie oplecionej wikliną butelki Chianti albo wysmakowane kadry z krewetkami, gdy ostry jest tylko łepek, a ogonek już nie. Na kartach ilustrowanych magazynów pysznią się ostre jak żyleta, nasycone w barwach fotografie zup, pierogów, ciast, szklanek wypełnionych spienionym piwem. W wersji wideo można dodać jeszcze więcej piękna: powierzchni zupy zmieniającej się pod wpływem mieszania jak tafla morza, skwierczącego na grillu płata mięsa. Film staje się jeszcze bardziej zmysłowy, gdy pokazywany jest widelec wkładany do ust, wlewany kieliszek musującego wina, gdy pięknie połyskujący nóż rozkrawa pleśniowy ser.

Jest na takie pokazywanie jedzenia ironiczne określenie: food porn. Jeśli tak, jestem uzależniony od pornografii.
Wiele jest interesujących programów, gdzie jedzenie przyrządza się w telewizyjnym studiu. Ależ tam jest pięknie! Najmodniejsze szafki kuchenne, połyskujący granitowy blat, nierdzewne garnki prosto ze sklepu – i wszystkie składniki już przygotowane i umieszczone w estetycznych czarkach. Mistrz kuchni przyrządza potrawy w mgnieniu oka i z uśmiechem. Gotowanie jest jednak łatwe?

Nie na poziomie mistrza kuchni. Dziś mamy nie kucharzy ale chefs, czyli szefów, niczym w korporacji. Ci najlepsi są bogaci i cieszą się sławą aktorów filmowych. Młodzi ludzie gotowi są poświęcić lata życia by za darmo, pod okien bezlitosnego, wrednego szefa myć gary, potem szatkować sałatę, by pod koniec życia dostąpić zaszczytu usmażenia steka.

Kucharze piszą dziś artykuły do gazet i książki wspomnieniowe. Wykładają w prestiżowych szkołach kulinarnych. I podróżują.

Zaczęło się chyba od Anthony’ego Bourdaina, amerykańskiego kucharza, który prawdziwe powołanie odnalazł wędrując z ekipą filmową po świecie. Choć wątkiem przewodnim była zawsze kuchnia danego kraju, Bourdain podkreślał też piękno wspólnego spożywania posiłków w domu (zwyczaj zanikający w USA i w Polsce) i przesiadywania przy szklaneczce alkoholu w kawiarni. Lubił jedzenie uliczne. Im bardziej tłuste i niezdrowe, tym bardziej nim się zachwycał. Przy tym ostentacyjnie, przed kamerą, pił, palił i przeklinał.

Ważne jednak było w każdym jego odcinku kilka zdań refleksji nad krajem, jego historią i obyczajowością. Komentarz ironiczny ale trafny.

W ślad za Bourdainem poszły rzesze innych kucharzy czy chociażby osób lubiących jeść, którzy też podróżują po świecie. Amerykanka odwiedza małe miasteczka francuskie i poznaje stare receptury. Aktor (!) kanadyjsko-izraelski odwiedza miasta świata a potem wybiera najlepsze jego zdaniem lokale. Czy w ogóle umie gotować, nie wiemy. Wiemy, że jest przystojny, ma siłę przebicia i że przed kamerą, próbując specjałów, cmoka, wzdycha i robi oczy.

Jest też polska blondynka zwiedzająca świat za pieniądze sponsorów albo Amerykanin, który wpadł na pomysł kosztowania najbardziej niezwykłych i obrzydliwych rzeczy, różnych chrząszczy i oczu owcy.

Ile kosztują takie programy? Majątek, skoro cała ekipa lata po świecie.

Tak więc mam już cel życia. Mam stosowne zalety. Wyrafinowanie – skoro wyczuwam delikatne smaki, autoironię – skoro wracam do prymitywnych potraw, odwagę – skoro próbuję świństw, kosmopolityzm – skoro jeżdżę po świecie i próbuję obcych kuchni. Do tego wszystkiego dochodzi mój humanizm. W Pakistanie, na klepisku, jem rękami razem z muzułmańską rodziną. Przymykając oko na irański program atomowy (jestem ponad polityką) daję się zapraszać do teherańskich domów. Piję lokalny rum z biednymi filipińczykami, przewrotnie zachwycam się smakiem tłustych żeberek w Teksasie. Jadam wyłącznie sezonowe, lokalne, świeże produkty: marchew wyrwaną na moich oczach, rybę złowioną przed chwilą, jeszcze żywą. Ponieważ moda na dobre jedzenie ogarnęła też młodzież, sprawdzam w aplikacji telefonicznej, gdzie akurat parkuje w mieście food truck z najlepszymi tacos. Bywam też autoironiczny: odwiedzam w Polsce bary mleczne, a wieczorami zamawiam do czystej tatara lub wieprzową galaretę. To też przecież nasza spuścizna!
Prawie nikt już na świecie nie głoduje, a jeśli jednak, daję zawsze parę groszy na akcje zwalczania głodu. Poza tym zakładam, że jedzenia wszędzie w świecie jest w bród.

Kiedyś gospodyni domowa wstydziła się swojego codziennego zajęcia: obierania ziemniaków, mielenia mięsa, wyrabiania ciasta na pierogi. Wolałaby uczyć w szkole albo śpiewać w operze – cóż, życie ułożyło się inaczej. Dziś, jako szef-globtroter, wszedłbym w świetle jupiterów do jej domu i przyglądał się, jak jej pomarszczone od wieku i ciężkiej pracy ręce mieszają chochlą kapuśniak w wielkim garze. Potem siorbałbym głośno i dziękował kucharce za najpyszniejszy w moim życiu, domowy posiłek, w dodatku spożyty z jej uroczą rodziną.

Odnalazłem więc wreszcie karierę dla siebie. Za pieniądze telewidzów / sponsorów / czytelników bloga będę latał po świecie klasą business, zatrzymywał się w dobrych hotelach, a w ciągu dnia wpadał do różnych dziwnych miejsc, gdzie przed kamerą będę siorbał z satysfakcją i cmokał z zachwytu. Między kęskami będę zaś opisywał świat. Linguini puttanesca w ustach, nade mną lazurowe niebo Neapolu, a na telepromterze – dowcipny i mądry komentarz. Gdzie mam wysłać podanie o pracę?

 

Jan Latus