Hamburg podobał mi się bardziej niż Berlin. Jest elegantszy i mniej tu najróżniejszych ludzkich szumowin, które zjechały ze wszystkich stron świata. Owszem, widuje się dziwaków, przebierańców oraz wszelkiej maści dewiantów, ale jest ich jednak zdecydowanie mniej niż w stolicy. Mniej liczny jest także żywioł arabski i afrykański, który zalał Berlin już w takim stopniu, że niektóre dzielnice zmieniły swój charakter i stały się muzułmańskimi enklawami. W Hamburgu ciż przybysze bardziej wtapiają się w niemieckie otoczenie. Łatwiej znajdują tu pracę, bo jest to miasto, które niesłychanie dynamicznie się rozwija i jest najbogatsze w całym państwie, podobnie jak i cały Szlezwik- Holsztyn.
Tutejsze Stare Miasto jest tylko z nazwy stare, bo w 1943 roku zostało obrócone w perzynę przez zmasowane bombardowania dokonywane przez aliantów. Po wojnie nie odbudowano zabytkowej substancji. Połatano jedynie najcenniejsze kościoły i kilka niedobombardowanych kamieniczek. Dziś Stare Miasto to monotonne ciągi ulic z nowoczesnymi domami towarowymi, urzędami, bankami, drogimi sklepami, uczelniami, biurami, kinami i teatrami. Punktem centralnym jest plac przed neorenesansowym ratuszem. Niemal identyczną dzielnicą jest Nowe Miasto. Tu jednak urozmaiceniem są kanały i liczne mosty. Ponoć jest ich o wiele więcej niż w Wenecji. Na każdym placu i przy każdym kościele są bożonarodzeniowe jarmarki ze straganami pełnymi najróżniejszych towarów. Na placu ratuszowym nad tymiż straganami jeździ elekryczna kolejka dla dzieci, mknąc przez bajkowe stacje, pejzaże i miasteczka. Raz po raz z głośników sączą się najbardziej znane melodie i kolędy. Mam wręcz wrażenie, że przedświąteczna i przednoworoczna radość unoszą się nie tylko nad miastem, ale i nad jeziorami, wokół których się ono wspaniale rozrasta. Ilość parków i zagospodarowanie brzegów jest imponujące. Podobnie jest z zagospodarowaniem brzegów Łaby i willowych dzielnic. Władze miasta każdego roku sadzą dwa tysiące nowych drzew. Wśród nich jest wiele pięknych rezydencji. Mnie zaś szczególnie podobały się na tarasowym brzegu Blankenese dawne domki rybackie, przypominające te zapamiętane z Półwyspu Helskiego. Podobała mi się również dzielnica zamieszkana przez Duńczyków. Dopłynąłem do niej statkiem, zwiedzając po drodze ogromny port z wielkimi dźwigami. Wpływając do kolejnych kanałów wypatrywałem pracujących w nich ludzi. Nigdzie jednak nie było ich widać. Miałem wrażenie, że te dźwigi poruszają się same i że same poruszają się wszystkie wózki, platformy i urządzenia portowe. Niebywały widok! Snadź ludzie sterowali nim w komputerowych centrach dowodzenia. Ze statku mogłem także podziwiać wycieczkowe krążowniki oceaniczne wyglądające jak miasteczka na wodzie. Podziwiałem również architekturę teatrów muzycznych na portowych nabrzeżach oraz Elbphilharmonię, górującą nad kanałami i Łabą. Z jej tarasów roztacza się widok na wszystkie strony miasta. Nieładnego, ale jednak mającego w sobie coś wciągającego. Chodząc po nim, co rusz natykałem się na teatry, sale koncertowe kabarety i estrady. Ilość najróżniejszych imprez jest oszałamiająca. Szczególnie w słynnej dzielnicy St. Pauli, gdzie kabaret sąsiaduje z kabaretem a rewia z rewią. Tu też ulokowały się piwiarnie i knajpki, w których spotykają się m.in. mniejszości seksualne obojga płci. Nie powiem, sporo widziałem pośród nich ładnych i świetnie ubranych osobniczek i osobników. Natomiast na pobliskich uliczkach z czerwonymi latarniami, m.in. na Reeperbahn, stoją na wystawach żywe, niebywale piękne dziewczyny kilku ras. Słodziutko uśmiechają się do przechodniów i nienachalnie kiwają do ewentualnych klientów. Były jeszcze piękniejsze od tych, które widziałem w Paryżu i Amsterdamie. Co za buzie, co za włosy, co za nogi, co za ciała!…

 

W St. Pauli jest też polski kościółek, będący jednym z małych polskich centrów w tym wielkim mieście. Niestety rodacy na ulicach Hamburga nie zawsze zachowują się reprezentacyjnie. Bywa, że „kurwy” latają w powietrzu, nie mówiąc już o butelkach po piwie. W metrze widywałem rodziców zwracających się do swych pociech po polsku, pociechy zaś odpowiadały im po niemiecku. Według oficjalnych danych z 2010 roku, 20 635 mieszkańców Hamburga to Polacy, zaś polskim pochodzeniem legitymuje się 110 000 osób. Czasopiśmiennictwo polskie już niemal tu nie istnieje.

$

 

W metrze w Hamburgu i Berlinie plan z siatką tegoż metra umieszczony jest nie tylko na ścianach, ale i na sufitach wagonów. Przy siedzeniach są wtyczki, do których można podłączyć laptopy i komórki. Młodzi ludzie ustępują mi miejsca, choć jeszcze nie wyglądam na starca.

$

Do Hamburga zaprosił mnie Piotr Glados dawny sekretarz a później redaktor naczelny miesięcznika „Poznaj swój kraj”. Obaj przyjaźnilismy się z nieżyjącą już Ninel Kameraz – Kos, malarką i autorką książek o świętach i obyczajach żydowskich oraz z całą jej rodziną. Ninel prowadziła ceniony w Warszawie salon intelektualno-artystyczny skupiający wielu ciekawych ludzi. Miała też wielkie zasługi dla podziemnej Solidarności. To właśnie ona miała przejąć moje w niej prace, gdyby mnie aresztowano. Piotr i jego najbliższy przyjaciel – wiedeński architekt Wolfi Reder byli gwiazdami tegoż salonu i wspierali naszą grupę solidarnościową. Piotr zasilał nielegalną drukarnię dużymi zasobami papieru, Wolfi zaś miał – jako sekretarz niemieckiego korespondenta prasowego Ludwiga Zimmerera – kontakt z ambasadami, przez które przesyłał na Zachód informacje o akcjach podejmowanych przez solidarnościowe ugrupowania. Obaj byli pomocni w wielu naszych działaniach. Niestety Wolfi został przymusowo wyproszony z Polski przez Służbę Bezpieczeństwa. Wrócił zatem do Wiednia, Piotra zaś los wkrótce rzucił do Hamburga, gdzie był korespondentem tutejszej „Gazety Polskiej” i różnych pism w Polsce. Pisał m.in. o sztuce. Po śmierci Wolfiego zaopiekował się jego unikatową kolekcją polskiej sztuki ludowej, która znajdzie się już marcu w Muzeum Śląskim w Katowicach. Tematów mamy tyle, że nie starcza czasu, aby wszystkie omówić. Oczywiście przewijają się w naszych rozmowach raz po raz Wolfi, Ninel, jej mąż Bohdan – znakomity znawca Kabały i Biblii oraz ich synowie: reżyser teatralny Łukasz Kos i rabin Mateusz Kos. Z Piotrem świetnie rozmawia się także o podróżach po świecie oraz osobliwościach Górnego Śląska i rodzinnych Katowic. Z przyjemnością słucham też opowieści o nieźle mi znanym Beskidzie Śląskim, gdzie Piotr prowadził przez kilka lat schronisko młodzieżowe i gdzie teraz jeździ na wypoczynek. W jego hamburskim mieszkanku jest wiele ciekawych dzieł sztuki i przytulność, której zawsze szukam. On sam jako człowiek jest nie tylko mądry, ale i uroczy. W dodatku esteta. Dni spędzone z nim i u niego były bardzo przyjemnym rozdziałem mojego obecnego życia.

 

Andrzej Józef Dąbrowski