Przywódca Korei Północnej i prezydent USA prowadzą słowną wojnę, którą można by uznać za niepoważną gdyby nie fakt, że może się ona zakończyć tragedią o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

 

Kiedy w miniony wtorek Kim Dzong Un pochwalił się, że ma na swoim biurku guzik uruchamiający wyrzutnie rakiet z ładunkami nuklearnymi, a Stany Zjednoczone znajdują się w ich zasięgu, Donald Trump zareagował niemal natychmiast. Na Twitterze, swoim ulubionym narzędziu komunikacji ze światem, napisał: „niech ktoś z przedstawicieli rozpadającego się i głodzącego ludzi reżymu poinformuje go, że ja też mam nuklearny guzik tylko, że dużo większy i potężniejszy. W dodatku mój guzik działa”.

W powieści „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza jest słynna scena, której bohaterowie – Miętus i Syfon – toczą pojedynek na miny. Chłopcy kolejno wykrzywiają twarze, przewracają oczami, gestykulują, a nawet plują. W końcu jednak Miętus porzuca reguły pojedynku i przechodzi do rękoczynów. Uderza Syfona w twarz i powalonemu na ziemię chłopcu „wtłacza” do głowy wulgarne epitety. Kim Dzong Un i Donald Trump zachowują się dość podobnie i tak samo jak bohaterowie Gombrowicza zdają się wierzyć, że strojąc miny będą w stanie rozwiązać konflikt. Nam, jego obserwatorom, pozostaje żyć nadzieją, że do rękoczynów nie dojdzie. Gdyby jednak doszło ich konsekwencje będą daleko poważniejsze niż samobójstwo upokorzonego Syfona.

Według szacunków ekspertów, które siłą faktu muszą być mocno przybliżone, konflikt nuklearny z Koreą Północną spowodowałby ogromne zniszczenia i co najmniej dwa miliony ofiar. Amerykanów, Koreańczyków i Japończyków. Koreańskie rakiety wycelowane są bowiem w cywilne cele w Japonii i Korei Południowej. Jeśli przechwałki Kim Dzong Una są prawdziwe mogą również zagrozić kontynentalnej Ameryce, a z całą pewnością Hawajom. W tym ostatnim stanie władze biorą je zresztą bardzo serio.

 

Przeprowadzane są testy syren ostrzegawczych, które mają uprzedzić ludzi o ataku, trwa również przegląd schronów przeciwatomowych, które niestety nie są jednak w stanie pomieścić wszystkich. Od 1980 roku liczba mieszkańców Hawajów znacząco wzrosła, a schrony były budowane w okresie zimnej wojny.

Światełkiem w tunelu mogą okazać się wypowiedzi przywódcy komunistycznej Korei, który z jednej strony nie rezygnuje z wojowniczej retoryki wobec USA, ale jednocześnie wyciąga coś w rodzaju gałązki oliwnej wobec sąsiadów z południa. Kim Dzong Un w swym noworocznym przemówieniu zaproponował Korei Południowej negocjacje mające doprowadzić do rozluźnienia militarnego napięcia. Ujawnił nawet, że zastanawia się nad wysłaniem drużyny narodowej na zbliżające się XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie.

Prezydent Korei Południowej Moon Jae-in, który od czasu majowej inauguracji wzywa do dialogu i inaczej niż prezydent USA wyklucza uderzenie prewencyjne na Koreę Północną, zapowiedział już, że będzie chciał rozmawiać. Negocjacje miałyby się rozpocząć w najbliższy wtorek.

Warto odnotować, że wypowiedź Kim Dzong Una to znaczący zwrot w jego dotychczasowej polityce.
Przez lata Korea Północna argumentowała, że sąsiad z południa idzie na pasku Ameryki i dopóki się to nie zmieni żadnych rozmów nie będzie. Dwa lata temu odcięte zostały też wszystkie linie komunikacji pomiędzy oboma krajami. Dosłownie. Kiedy wydarzył się wypadek łodzi rybackiej Koreańczycy z południa musieli użyć megafonu i krzyczeć przez granicę, że uratowali rybaków z północy.

Z negocjacjami problem jest jednak taki, że póki co praktycznie nic one nie dały. Podobnie zresztą jak coraz ostrzejsze sankcje gospodarcze nakładane na komunistyczny reżym przez kolejnych prezydentów USA i Organizację Narodów Zjednoczonych. W efekcie Kim Dzon Un rzeczywiście ma dziś przycisk nuklearny, może nie tak potężny jak Donald Trump, ale jednak znacznie potężniejszy niż jego poprzednicy.

 

Tomasz Bagnowski