Koniec starego i początek nowego roku to czas najróżniejszych zestawień. Poniżej prezentuję subiektywną listę najlepszych, moim zdaniem filmów, jakie w mijającym roku pojawiły się na ekranach polskich kin, ale również w serwisach streamingowych.

 

„Jim & Andy: The Great Beyond”
reż: Chris Smith

Jim Carrey od lat cierpi na głęboką depresję, którą pogłębiła samobójcza śmierć jego partnerki. Dziś gra niewiele. Głównie maluje i praktykuje medytacje transcendentną. Carrey przyznaje, że gdyby nie rola Kaufmana, dziś byłby innym człowiekiem. To co działo się na planie, pokazuje pełne filmowe przeistoczenie, które musiało mieć destrukcyjny wpływ na niestabilnego emocjonalnie aktora. Parafrazując Nietzchego można napisać, że patrząc się długo w duszę Kaufamana, ona zaczyna wpatrywać się w ciebie. Jimowi Carreyowi nie udało się przed tym wzrokiem uciec, co widać w jego dzisiejszych wypowiedziach na potrzeby dokumentu. To trochę przerażające, ale też fascynujące. Intrygujący i niepokojący dokument. Taki jak twórczość Kaufmana i droga, jaką kroczy obecnie Carrey. Film dostępny na Netflixie.

„Logan”
reż: James Magnold
„Logan” to western o zgorzkniałym i przegranym bohaterze. Opuszczonym rewolwerowcu, który stracił sens życia. Kiedyś był niezniszczalnym herosem ze szponami rozszarpującymi wrogów. Dziś szpony się stępiły. Wzrok szwankuje, a rany zaczynają boleć. Najmocniej boli jednak rana na duszy. Logan nie widzi sensu w dziejowej misji mutantów. Ludzie się od nich odwrócili. „Logan” jest jak najdalszy od infantylnych opowiastek o herosach w pelerynach. Tutaj peleryny są zakurzone jak w westernach Sergio Leone, a śmierć ma realny wymiar. To nie jest kino komiksowe. To traktat. O samotności i męstwie.

„Cicha noc”,
reż: Piotr Domalewski

Domalewski kapitalnie odsłania kolejne sekrety rodzinne, ale też stawia przytomnie diagnozy realnych problemów polskiej prowincji. Bezrobocie najlepiej wykształconych, odpływ najlepszej krwi za granicę albo do Warszawy, pogrążenie w cudzym śnie – to prawdziwe bolączki „Polski B”, o których „warszawka” tak często zapomina. Domalewski potrafi je kapitalnie odmalować. Reżyser mówi też o czymś, co jest nieodłączne dla naszej tożsamości. To emigracja. Czy jest przypisana do Polski przez jej skomplikowaną historię? Pytanie o tożsamość jest zadane poprzez los prostych ludzi. Ludzi, którzy w każdym społeczeństwie są solą ziemi. Tutaj muszą ją opuszczać.

„Milczenie”,
reż: Martin Scorsese
Martin Scorsese powraca do chrześcijańskiej tematyki, która przez dużą część kariery przenikała jego kontrowersyjne kino. „Milczenie” to kwintesencja duchowych poszukiwań jednego z najwybitniejszych żyjących reżyserów. To piękna opowieść o męczeństwie i istocie chrześcijaństwa. Nie jest jednak ta wizja pozbawiona zwątpienia i pesymizmu, który towarzyszy Scorsese od początku kariery.

„Sieranevada”
reż: Cristi Puiu
Puiu dokonuje wiwisekcji nie tylko konkretnej rodziny, ale całościowo obnaża współczesną Rumunię. Oczekująca na przybycie spóźnionego księdza i nie mogąca przez to zasiąść do obiadu rodzina, z każdą kolejną minutą odsłania ukrywane sekrety. Nie tak spektakularnie i widowiskowo jak choćby w hollywoodzkim „Sierpień w hrabstwie Osage”. Nikt tu z łapami do nikogo nie skoczy i nie będzie spazmatycznie wrzeszczał jak Meryl Streep. A jednak fasada się sypie. Kobiety płaczą a mężczyźni się wściekają. Puiu mistrzowsko prowadzi akcję, rozgrywając ją w czasie rzeczywistym (stąd długość filmu) i na dodatek prawie nie wychodzi z małego mieszkania. Ręka godna Polańskiego, który jest specjalistą od tak prowadzonego psychologicznego kina.

„Klient”
reż: Asghar Farhadi
W porażającym finale Fahradi penetruje ludzkie zakłamanie, ale też w przejmująco intymny sposób pokazuje siłę skruchy i przebaczenia oraz autodestrukcyjna moc zemsty. Czy bez czystego serca jest możliwy katharsis duszy? Czy prawda bez miłości również wyzwala? Jak daleko trzeba wyrzec się własnej natury, by osiągnąć pełnię miłosierdzia? Choć jest to opowieść nierozerwalna od islamskiej kultury, jest podana na tyle uniwersalnie, że poruszy chrześcijanina i ateistę. Wielka to sztuka. Stąd nie mam oporów by nazwać ten film absolutnym arcydziełem.

„Moonlight”
reż. Barry Jenkins
Siłą zdobywcy Oscara za najlepszy film roku jest wyciszenie. Subtelność i niedomówienia. Prawda o bohaterach ukryta jest w spojrzeniach, a nie dialogach. Znakomici są nominowani do Oscarów za drugoplanowe role Ali (ten aktor zdobył statuetkę) i Harris. On zamyka swoją postać w jednym głębokim spojrzeniu na matkę Chirona, która jest wrakiem człowieka właśnie przez jego biznes. Ona dramat świadomej swoich grzechów matki wygrywa w finałowych scenach filmu

 

„Łagodna”
reż: Siergiej Łożnica
Rosja u Łożnicy to kraj zdegenerowany na każdej płaszczyźnie. Moralnej, administracyjnej, tożsamościowej. Tutaj nie ma nawet skorumpowanej, ale przynajmniej moralizującej Cerkwi jak u Zwiagincewa. Dla tych degeneratów nie ma żadnego ratunku. Zwiagincew w swoim ostatnim arcydziele „Niemiłość” (polska premiera w lutym 2018) pokazał zdyszaną, biegnącą bez celu na bieżni Rosję. U Łożnicy ona nigdzie nie biegnie. Ona kręci się wokół własnej osi. To piekielny taniec wiecznego potępieńca. Ogień pochłonie każdego, kto postawi w rosyjskim piekle stopę. Można stać się wspólnikiem diabła. W tym mikrokosmosie żyją obok siebie kaci i ofiary. Ba, nawet obrońcy praw człowieka działają w ramach systemu. Mają swoją rolę, która wyznaczył… no właśnie kto? Nie ma tutaj nawet krwawego wujaszka Stalina. Nie ma Szatana, choć są jego bękarty. One również poszukują wskazówki.

 

The Florida Project,
reż: Sean Baker
Baker kocha swoich bohaterów. Pokazuje ich z czułością i miłością. Nie ocenia i nie moralizuje. To właśnie reporterski pazur, ale też fenomenalne zdjęcia i doskonałe, naturalistyczne aktorstwo powodują, że „The Florida Project” to film wybitny. Zostaje w głowie długo po seansie, a przecież opowiada o kilku dniach z życia ludzi, którzy nie załapali się na american dream. Ludzi pukających od zaplecza do bram parku rozrywki Disneya. To znacznie głębsza opowieść. Dotykająca istoty rozwarstwiania się amerykańskiego społeczeństwa. Zarówno ekonomicznego jak i mentalnego. Wielkie kino.

 

„Manchester by the sea”,
reż: Kenneth Lonergan
Jest to kino antyhollywoodzkie. Choć Lonergana jasno mówi, że można oczyszczenie znaleźć w Bogu, albo dzięki stanięciu naprzeciwko swojego największego lęku, to szybko dodaje, że życie to nie baśń. Nie każdy potrafi wyjść z wewnętrznego więzienia, co widać w piorunującej scenie przypadkowego spotkania byłych małżonków granych przez Afflecka i Williams. Choć oboje inaczej próbują ujarzmić ból, nie potrafią go nawet wyrazić pełnymi słowami.

 

 

Łukasz Adamski – wPolityce