Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę się w garść, zrobię porządek w szufladzie, przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby, uzupełnię luki w wykształceniu, zacznę gimnastykować się co rano, w słowniku sprawdzę kilka słów, których znaczenie jest dla mnie wciąż niejasne, więcej spacerów z dziećmi, regularny tryb życia, odpisywać na listy, pić mleko, nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle być sobą, być wreszcie bardziej sobą, ale właściwie jak to zrobić, skoro już, i to od tak dawna, tak bardzo nim jestem (?) Wiersz Stanisława Barańczaka cytuję z okazji 1 stycznia, nie wierząc, podobnie jak poeta, w noworoczne postanowienia, w wielką zmianę, która nadejdzie, ani w jej sens. Życie to zapętlona piosenka ze świątecznymi refrenami, które wybrzmiewają co roku, lekko fałszywą nutą. Nie ma ucieczki od ucieczki. Przed sobą. Światem. Nieuchronnością zakończenia. Które spadnie na nas w najmniej oczekiwanym momencie. I – jak bohater filmów Koterskiego – powiemy: to już?

Life goin’ nowhere, somebody help me – wyjemy z Bee Gees w sylwestrowym amoku. Bo lubimy piosenki, które znamy i gdy tylko udaje się odpędzić od aparatury grającej osobnika w czerwonym krawacie, który chciałby rzewnie i nostalgicznie raczej, a tu zaraz północ i czy warto czy nie warto mocną wódę lejemy w gardło, by ukoić żal, więc muzyka musi konweniować, oczyszczać i wyzwalać, fermentować w trzewiach, buzować, rozpychać łokciami i tak właśnie jest, rozpruwamy worek z dźwiękami i tarzamy w konfetti słów wyrzucanych do rytmu. Jestem samozwańczym DJ-em, Mistrzem Ceremonii, Wodzirejem. Mogłabym to robić zawodowo. Rozkręcać imprezy. Porywać tłumy. Zarządzać emocjami na parkiecie. Pod warunkiem, że grałabym dla osób o podobnej wrażliwości muzycznej. Dla tych kilku procent, których serca nie łopoczą jak narodowe flagi na wietrze przy dźwiękach szlagierów Sławomira tudzież Zenona. Żadnych oczu zielonych, zielonych ani oblewania się szampanem w Zakopanem, które to przeboje promowała Telewizja Publiczna podczas tegorocznego Sylwestra przyciągając – jak podają funkcjonariusze dobrej zmiany – „miliony przed telewizorami”. Oprócz tuzów disco polo wystąpiła jeszcze niezatapialna Maryla i kilku drugorzędnych wykonawców trzeciorzędnych hitów. Jak pisał poeta: Od wielu lat/ ta sama wokalistka/ śpiewa tę samą piosenkę. Ma różne nazwiska/ ale jest to ta sama wokalistka./ I piosenka jest ta sama.* Ścieżka dźwiękowa dla Polski 2017 składa się z hitów lat 80-tych, wyśpiewanych przez połowę Modern Talking i wychudzonego Limahla. Never ending story ooo,ooo,ooo. A na dokładkę Despacito z playbacku.

Po całonocnych podrygach wstaję w południe, jem śniadanie na lunch i kładę się z powrotem do łóżka. Z Witoldem. Patrzy z okładki lekko mrużąc prawe oko. Przygląda się. Sceptyczny. A może tylko znudzony. „Bądź zawsze obcy! Bądź zawsze niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny. Trzymaj się, chłopcze! Nie daj się swoim oswoić, przyswoić! Twoje miejsce nie jest wśród nich, ale poza nimi, jesteś jak sznur, zwany przez dzieci skakanką- wyrzuca się go przed siebie aby przeskoczyć”- pisał. Do siebie. I potomnych. Miał rację. Biografia Klementyny Suchanow pokazuje jak bardzo skomplikowaną był naturą, pokrętną, oryginalną. Dawkuję sobie lekturę. Powstrzymuję, by nie skończyć książki „Gombrowicz. Ja, geniusz” zbyt szybko. Obcowanie z największym demaskatorem polskości jest przyjemnością, którą trudno przecenić.

To był dobry rok dla polskiej literatury. Wywiad – rzeka ze Świetlickim „Nieprzysiadalność”, przejmujący reportaż Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”, który został laureatem Nagrody Literackiej Nike, wzruszająca „historia o rzeczach i jeszcze o gadaniu”, a tak naprawdę o żegnaniu się z matką, Marcina Wichy zatytułowana „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, „Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy” Lidii Sadkowskiej-Mokkas, „Lem. Życie nie z tej ziemi” Orlińskiego, „Inne ochoty” czyli Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, zbiór opowiadań „Mikrotyki” Pawła Sołtysa, „Rejwach” Mikołaja Grynberga, „Był sobie chłopczyk” przejmujący reportaż Ewy Winnickiej, komiks Wandy Hagedorn i Jacka Frąsia „Totalnie nie nostalgia”- to tylko niektóre tytuły z całej długiej listy książek wartych przeczytania. Co roku, gdy podczas grudniowego spotkania Klubu Książki Ridgewoodteka polecamy sobie lektury, jestem wdzięczna przede wszystkim za to, że znalazłam ludzi o podobnych sympatiach literackich, z którymi – niczym bohaterowie „Stowarzyszenia umarłych poetów” mogę dzielić się słowem. Chłopcy z Akademii Weltona, elitarnej szkoły średniej w Nowej Anglii wymykali się nocą, by w pobliskiej grocie czytać wiersze Withmana, Thoreau czy Frosta, my nie musimy się ukrywać, pojawiamy się regularnie w ridgewoodzkiej klubokawiarni/księgarni, ale atmosfera spotkań przypomina klimatem literackie schadzki nieopierzonych romantyków. Czytanie to akt oporu wobec napierającego zewsząd świata. A książka – jak pisał Robert D. Kaplan- „Jest najmilszym w dotyku przedmiotem martwym”. Warto o tym pamiętać i w Nowym Roku zadbać nie tylko o kondycję fizyczną, ale również intelektualną. Może zamiast karnetu na siłownię- założyć w styczniu kartę w najbliższej bibliotece? Darmowa i nie trzeba się pocić. Polecam.

 

*Marcin Świetlicki

 

Weronika Kwiatkowska