Zbigniew Brzeziński, który zmarł 26 maja, nie należał do środowiska polonijnego Nowego Jorku, ale był w nim mocno obecny, zwłaszcza – za mojej pamięci – w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Miałem z nim wtedy w ramach pracy w „Nowym Dzienniku” niezbyt częste kontakty, nazwijmy to służbowe. Osobiście spotkałem go co najwyżej dwa-trzy razy. Niezmiernie chudy, wysoki, zawsze uprzejmy, zawsze z ogromną rezerwą. Mówił świetnie po polsku, bez akcentu. Jak na człowieka z najwyższych sfer politycznych tego kraju zadziwiająco życzliwy dla wielu przybyszów z Polski. Często przez swoją sekretarkę podsyłał sugestie tekstów, które powinny ukazać się w polskiej gazecie. Nie sposób było odmówić. Ogromny autorytet i wielki wpływ, jaki wywierał na politykę amerykańską na długo po zakończeniu oficjalnej pracy dla rządowych agencji przekonywały, że zawsze miał także na względzie sprawy polskie. Wiązał je ściśle z polityką na świecie, która była jego najwyższą troską. Z tego względu konsekwentnie dążył do osłabienia pozycji Związku Sowieckiego, roszczącego sobie pretensje do współdecydowania wraz z Ameryką o losach świata. Był twórcą „opcji chińskiej” – wzmocnienia tego ogromnego, a zacofanego kraju, który zachwieje hegemonią ZSRR w Azji i na świecie.

Zbigniew Kazimierz Brzeziński urodził się w Warszawie 28 marca, 1928r. Przed wojną jego ojciec, Tadeusz, wyjechał wraz z rodziną na placówkę dyplomatyczną do Kanady.

 

I

 

Pod sam koniec ubiegłego roku zmarł w wieku stu lat gen. Edward Rowny. Podobnie jak Brzeziński, wielka postać amerykańskiej polityki, również niezmiernie nieufny wobec poczynań Związku Sowieckiego w świecie.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych został głównym negocjatorem rokowań (najpierw w Helsinkach, później w Wiedniu) między USA a ZSRR w sprawie ograniczenia zbrojeń nuklearnych (SALT). Choć pierwsze porozumienie podpisano w 1972 r., gen. Rowny, bardzo krytycznie odnosił się do całej idei takiego traktatu. Gdy rozpoczęły się rozmowy na temat kolejnej redukcji nuklearnego arsenału (SALT II) obu państw, zrezygnował z funkcji negocjatora i otwarcie wystąpił przeciwko tym układom. Także Zbigniew Brzeziński ze swej strony skutecznie torpedował oba porozumienia, tak że ostatecznie Kongres USA nie ratyfikował układów SALT z 1972 i 1979 roku.

Edward Leon Rowny urodził się 3 kwietnia 1917 roku w Baltimore. Jego rodzice byli prostymi ludźmi, emigrantami z Polski. Poszedł na studia inżynierskie, skończył doskonałą uczelnię, potem zapisał się do wojska i kontynuował naukę w West Point. Ze specjalnością inżynierii cywilnej służył w czasie drugiej wojny światowej w Afryce i w Europie i następnie poświęcił się karierze wojskowej i studiom historycznym. Stopień generał otrzymał w 1961 r. Dzięki świetnemu wykształceniu, bystremu umysłowi i dyplomatycznym talentom, powierzono mu odpowiedzialne stanowiska polityczne. Gen. Edward Rowny zmarł 17 grudnia.

 

I

 

Zaś niemal na początku ubiegłego roku zmarł Tadeusz Świętochowski, orientalista, specjalista od języków tureckich, a zwłaszcza azerskiego oraz dziejów i polityki Azerbejdżanu. Często odwiedzał Baku, znał dobrze ten kraj i w ogóle rejon państw kaukaskich. Napisał na ten temat książkę, bardzo specjalistyczną i dla nielicznego odbiorcy. Był profesorem Monmouth College, NJ, wykładał też na Columbii, a po przejściu na emeryturę – również w Warszawie.

Poznałem go w połowie lat osiemdziesiątych w ramach wspólnego zaangażowania w pracach Instytutu Piłsudskiego. I wtedy, i później rozmawialiśmy często. Miał odrębną wizję miejsca i roli tej placówki w Nowym Jorku. Niekiedy odwiedzał mnie w redakcji „Nowego Dziennika”, przynosił teksty do publikacji o sprawach marginalnych dla czytelnika polskiego.

Ów niewysoki, spokojny, łagodny człowiek, mówiący tak cicho i w sposób, jakby ledwie otwierał usta, tak że niekiedy trudno go było zrozumieć, miał ogromna pasję. Nazywał ją „obowiązkiem Antygony”. Chciał oddać ostatnią przysługę ojcu, przedwojennemu dyplomacie, który po wybuchu II wojny światowej przepadł bez wieści na terenie ZSRR; odtworzyć ostatnie lata, czy nawet miesiące jego życia, przywrócić pamięć o nim. Czyli chodziło o godne pochowanie go.
Przyniósł wstrząsający tekst do publikacji opowiadający w bardzo drastycznych szczegółach o systematycznym zamęczeniu ojca przez NKWD w Moskwie. Niestety, tekst był za długi. Mógł się ukazać drukiem dopiero po ogromnym skrócie. Na szczęście wydrukowało go w całości jedno z czasopism polskich.

Tadeusz Świętochowski urodził się we francuskim Lille w 1932 r., wychował w Warszawie, studiował w Bejrucie na tamtejszym Uniwersytecie Amerykańskim, a później w Kairze i Istambule, znał wiele języków, opublikował wiele książek, był podobno znakomitym sportowcem, a zwłaszcza doskonałym pływakiem na miarę niemal olimpijską. Tadeusz Świętochowski zmarł 15 lutego 2017 r.

 

I

Nagła śmierć Janusza Głowackiego na wakacjach w Egipcie, zaskoczyła nas wszystkich. Należał do środowiska polskiego Nowego Jorku od początku lat osiemdziesiątych. Uprawiał wiele sportów, zwłaszcza tenis, dbał o zdrowie. Ów wielki (ponad 190 cm wzrostu), silny mężczyzna, pisarz i dramaturg wydawał się okazem tężyzny, także psychicznej. Nie sprawiał wrażenia, aby dręczyły go emocjonalne problemy. Był swobodny, luźny, życie brał jakby lekko – na ile to oczywiście możliwe.

Był niekwestionowaną wielkością w amerykańskim świecie teatralnym. Największy sukces i uznanie zdobył dzięki „Antygonie w Nowym Jorku”, wystawionej w nowojorskim teatrze w 1996 r. Ale i wcześniejsze „Kopciuch”, a zwłaszcza „Polowanie na karaluchy” w reżyserii znakomitego Arthura Penna z 1987 roku i ostatnia z „amerykańskich” sztuk, „Czwarta siostra” z 2002 r. utrwalały solidne miejsce Głowackiego w światowej dramaturgii. Mimo sukcesów był bezpretensjonalny i bezpośredni.

W ostatnich latach zamieszkał na stałe w Warszawie. Zmarł 19 sierpnia 2017.

 

I

 

Prof. Piotr Wandycz był znaną postacią środowiska polskiego w Nowym, Jorku. Choć mieszkał w Connecticut i pracował na tamtejszym uniwersytecie Yale, był aktywny w nowojorskich organizacjach, często też zjawiał się w mieście. Ceniony za mądrość i naukowe osiągnięcia, lubiany za uprzejmość i charakterystyczną dla siebie, „przedwojenną” szarmancję, angażował się w działalność Instytutu Piłsudskiego, ale szczególnie bliski mu był Polski Instytut Naukowy ze względu na tradycję rodzinną. Jego ojciec, Damian, inżynier, humanista, ściśle był związany z PIN-em w pierwszych latach istnienia tej placówki.

Reprezentował sobą wszystko, co najlepsze z tradycji patriotycznej „emigracji żołnierskiej” po 1945 r. Zarówno w działalności naukowej, jak i społecznej poświęcił się sprawie polskiej, walce o wolną i demokratyczną Polskę. Bliskie mu były wszelkie inicjatywy, które ten ideał przybliżały. Wspierał je i osobistym zaangażowaniem, i własnym autorytetem.
Piotr Wandycz urodził się w 1923 r. w Krakowie, ale wychował się we Lwowie. Po wybuchu II wojny światowej znalazł się z rodzicami we Francji, a później w Anglii, gdzie służył w polskim wojsku. Po wojnie studiował w Cambridge i w Londynie. Przeniósł się do USA, wykładał w Uniwersytecie Indiana; od 1966 r. był profesorem Uniwersytetu Yale.
Piotr Wandycz zmarł 28 lipca 2017.

 

I

Wojciech Juszczak, były prezes nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej, zmarł w wieku 70 lat w Pittsburghu, dokąd nieco wcześniej przeprowadził się z Nowego Jorku. Od dziesiątków lat uprawiał zaawansowane ćwiczenia jogi, interesował się i wykładał nauki mędrców hinduskich. Zdawał się być okazem zdrowia fizycznego i psychicznego. Wyciszony wewnętrznie, spokojny i zrównoważony, nieco wycofany ze świata, był przy tym doskonałym uczonym, profesorem polskiego i literatury na nowojorskich uczelniach, a także bardzo zręcznym tłumaczem z polskiego na angielski.

W 1979 roku został najmłodszym, jak dotychczas, prezesem Fundacji Kościuszkowskiej i funkcję tę sprawował przez następne osiem lat w niełatwym okresie stanu wojennego w Polsce, kiedy akademickie kontakty między USA a Polską były wysoce utrudnione.

Wojciech Juszczak urodził się 24 września 1947 roku w niemieckim Heidelbergu w rodzinie „dipisów”. Wychował się w Chicago, gdzie na tamtejszym uniwersytecie doktoryzował się z literatury polskiej. Ponad trzydzieści następnych lat związany był z New York University.

Zmarł 4 października 2017.

 

I

 

Zofii Głodowskiej, publicystki „Kuriera Plus”, właściwie nie znałem. Choć spotykaliśmy się często przy różnych oficjalnych okazjach, jednak wzajemny kontakt był bardzo trudny. Były mi obce jej bardzo prawicowe poglądy polityczne, a jej ideały bliskie stanowisku Narodowej Demokracji uważałem za zgoła niestosowne w obecnej sytuacji, tu w Nowym Jorku.

Po pewnym czasie przestała pojawiać się na polonijnych spotkaniach, Nawet nie wiem, kiedy zmarła; nekrolog, jaki ukazał się w „Kurierze Plus”, nosi datę 1 czerwca.

Wiele miejsca wspomnieniom o Zofii Głodowskiej poświęcił Andrzej Dąbrowski w swoich „Kartkach…” Do tych tekstów odsyłam więc zainteresowanych czytelników.

 

I

Julian Stańczak nie mieszkał w Nowym Jorku, nigdy go też nie spotkałem, ale wypada wspomnieć o nim. Był jednym z czołowych przedstawicieli ruchu artystycznego op art. Właśnie wystawa jego obrazów w Museum o Modern Art w 1965 r. zapoczątkowała światową karierę op-artu, swoistej sztuki geometrycznej, w której dużą rolę odgrywają tricki wzrokowe.

Można powiedzieć, że amerykański op art u zarania ruchu tworzyli Polacy. Obok Stańczaka główna rolę w nim odgrywali Richard Anuszkiewicz i także zmarły w tym roku, Ed Mieczkowski.

Dwaj ostatni byli Amerykanami polskiego pochodzenia, Stańczak urodził się w 1928 r. we wsi Borownica w Polsce. Po zsyłce na Ural, gdzie wyniszczającej pracy i głodowych warunków omal nie przypłacił życiem, wyjechał do USA i ostatecznie osiadł w Cleveland, Ohio, w mieście, które stać się miało stolicą amerykańskiego i światowego op-art’u.
Julian Stańczak zmarł 25 marca 2017.

 

Czesław Karkowski