Czy zachowaliśmy jeszcze zdolność do optymistycznego patrzenia w przyszłość?

 

Obawiam się, że gdyby przeprowadzić ankietę wśród reprezentatywnej (?) grupy ludności okazałoby się, że większość widzi przyszłość świata/swojego kraju/miasta/swojej kariery i życia, w czarnych kolorach.

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, obiektywna obserwacja nakazuje nam bowiem przyznać, że żyje się nam coraz lepiej.

Jest jedno zagrożenie, które podobno może zmienić nasze życie na Ziemi, a może nawet je unicestwić: globalne ocieplenie. Ogromna większość naukowców uważa tę teorię za wiarygodną, więc i ja, ignorant, skłaniałbym się, by w nią uwierzyć. Potencjalnie, ten process może spowodować zatopienie części miast, np. nabrzeży Greenpointu i Long Island City, gdzie mieszkając cieszyłem się spacerami wzdłuż East River. Niemniej, te katastroficzne prognozy miałyby się spełnić dopiero za kilkadziesiąt lat. A człowiek już tak ma, że nie martwi się tym, co go bezpośrednio nie dotyczy. Po mnie choćby potop, dosłownie. Inna sprawa, że to ocieplenie jest procesem powolnym, trudno uchwytnym dla obserwatora, nie dającym się precyzyjnie zmierzyć. To nie trzęsienie ziemi, które zniszczy miasto, to nie tsunami, które zatopiło kurorty.

Choć działania przystosowawcze państw i rządów bywają opieszałe (vide: Donald Trump), trochę się jednak dzieje. I te działania, choćby rzeczona katastrofa miała nigdy nie przyjść, albo zostałaby zażegnana, mają pozytywny wymiar.

Wierzę w postęp dlatego jestem przekonany, że ludzkość poradzi sobie z wyzwaniami.
Bogate kraje są już upstrzone wiatrakami. Na wielu dachach umieszczono panele fotowoltaiczne. Wszystko, od latarń ulicznych, po lodówki i autobusy, jest coraz oszczędniejsze i bardziej efektywne. Nad Polską rozciąga się w zimie smog, ale już coś się robi w tym zakresie. Dużo więcej zrobiono w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Nawet władze chińskie zdały sobie sprawę, że przy takiej dewastacji środowiska narodowi grozi wręcz zagłada. Wydały więc, jak to komuniści chińscy, dyrektywy jak problemowi zaradzić. I uda im się to, jak wszystko inne.

Przejmujemy się ekologicznymi katastrofami gdzieś daleko w świecie a zapominamy, przyjmujemy za oczywiste, że woda w kranie w Nowym Jorku, a od niedawna już w Warszawie, jest zdatna do picia. Marudzimy na „chemię” w kupowanych w supermarketach produktach spożywczych zapominając, że ktoś może przez nie przytył ale jakoś nikt się już niczym nie zatruwa a nawet nie dostaje niestrawności. Żywność może i jest plastikowa ale powszechnie dostępna, smaczna i zapychająca brzuchy. Nikt w Ameryce i Europie nie chodzi głodny. A jak kogoś stać, zawsze może sobie kupić truskawki z Hiszpanii, organiczne warzywa i nieoczyszczony ryż.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat znacznie zmalała liczba osób głodujących. Praktycznie zlikwidowano już ten problem w Ameryce Południowej i Azji; nadal dużo pracy jest z Afryką. Rośnie też liczebność klasy średniej. Dziś np. kilkadziesiąt milionów Brazylijczyków ma mieszkania, lodówki, samochody, jeździ na wakacje. Patrząc na pracowitość i zaradność Azjatów, można uwierzyć, że znacząco podniesie się stopa życiowa Chińczyków, Wietnamczyków, Tajów. Nawet Indie zdają się wychodzić z odwiecznej niemożności.

Jeszcze kilkadziesią lat temu wydawało się fachowcom (Raport Klubu Rzymskiego), że zasoby naturalne planet są na wyczerpaniu i że grozi nam przeludnienie. Ciągle są to poważne problemy lecz od czego jest postęp techniczny? Kopiemy coraz głębiej, wydobywamy coraz efektywniej, odsalamy morską wodę coraz taniej. Z roku na rok energia pozyskiwana z wiatru czy słońca jest tańsza; tudzież baterie i pojazdy elektryczne. Ani się nie obejrzymy, a dudniące silnikami V8 buicki i fordy zostaną zastąpione szeleszczącymi samochodami i ciężarówkami (!) marki Tesla.

Postęp techniczny… trochę o nim zapomniałem wśród drewnianych domków na Brooklynie. Przypomniałem sobie podróżując po Europie.

W warszawskim domu aplikacją na smartfonie zamawiam sobie taksówkę. Potem elegancki autobus Scania (pokrywy luków bagażowych zamykają się zdalnie, by zmniejszyć fatygę kierowcy) wiezie mnie na lotnisko Modlin. Tam nawet o świcie zjem, napiję się, umyję. Następnie za kwotę 100 lub 200 złotych komfortowy odrzutowiec zabierze mnie do Mediolanu lub Sztokholmu. Tam także wszystko działa: ciche, hybrydowe autobusy, śnieżne pługi, patrolująca ulice policja; wszędzie jest sygnał Wi-Fi. Jak nam się teraz wygodnie żyje! I ile podróżujemy, dla samej przyjemności. Turystyka jest obecnie, w skali świata, największym biznesem! Nie byłoby tak, gdyby ludzkość przymierała głodem.
Ponieważ najbardziej przemawiają nam do przekonania osobiste doświadczenia, proszę przypomnieć sobie, jak żyliśmy w przełomowym roku 1989, w Polsce lub Ameryce – i jak żyjemy teraz. Gdy znalazłem się właśnie wtedy w USA, oglądałem programy przez antenę na kineskopowym telewizorze. Nie było internetu, komputerów w większości mieszkań, nie znano komórek. Wydzwanialiśmy z domu do Polski, płacąc kilka dolarow za godzinę. Wiedzę czerpaliśmy z papierowych gazet i książek, jak trzeba przesiadując w bibliotekach. Formularze wypełnialiśmy ręcznie lub na maszynie do pisania. Na święta mozolnie pisaliśmy odręcznie listy i kartki. Panie w domach mozolnie gotowały obiady, naprawiały i cerowały ubrania.

A jeśli spełnią się apokaliptyczne prognozy i nie da się utrzymać takiego tempa wzrostu? Jeśli jednak nie starczy energii, wody i pszenicy, żeby każdy miał zagraniczne wakacje, dobrą brykę i stek na talerzu? A jeśli okaże się, że dla coraz większej liczby osób nie ma pracy? Cóż, wtedy po prostu spuścimy z tonu, cofniemy się do skromniejszych czasów, a jako bezrobotni będziemy się cieszyć nieogranicznym wolnym czasem.

Mówię Wam, będzie dobrze.

Wszelkiej pomyślności w przyszłym roku!

 

Jan Latus