Po Hamburgu, Berlinie, Bremie i Lubece łaziłem tak intensywnie, że rozwaliłem swoje najwygodniejsze buty. Martensowe podeszwy przetrwały, ale skórzane wierzchy zaczęły się od nich odpruwać. Przyszyte były bardzo grubymi nićmi, które jednak nie wytrzymały aż tak intensywnego chodzenia. Śniegi i deszcze zrobiły swoje, nie mówiąc już o paru potknięciach na ciemnych ulicach. Chodniki tu wprawdzie ułożone są równiutko, ale wieczorami i w nocy są słabo oświetlone, bo Niemiaszki oszczędzają światło tak intensywnie, że latarnie świecą ledwo, ledwo. Na pryncypalnych ulicach jest feeria świateł, ale już na bocznych ledwo co widać. „Niemcy nauczeni są oszczędzania i wierzą, że jest ono podstawą ich świetnych wyników gospodarczych” – czytam w jednym z przewodników. I w rzeczy samej – oszczędzają, co się da i na czym się da, a ich gospodarka jest wciąż najsilniejsza w Europie. Nie oznacza to jednak, że są skąpi. Potrafią obdarować, zaprosić do dobrej restaturacji, zafundować bilet do Opery za 170 euro. Po Niemczech podróżuję nie pierwszy już raz i nie pierwszy raz doświadczam tu ciepłego stosunku do mnie. W domu rodzinnym Henryka i Tomasza Mannów w Lubece, zwanym Domem Buddenbrooków, dostaję wiele informacji po polsku i pozwolenie na poruszanie się poza trasą zwiedzania. Pracownik, widząc moje zainteresowanie pamiątkami po niezwykłej rodzinie Mannów, pokazuje mi dodatkowe eksponaty i dokumenty, nie wyłączając słabych świadectw szkolnych przyszłego autora owych „Buddenbrooków” oraz „Czarodziejskiej góry” i „Doktora Faustusa”. Opowiada mi też o skomplikowanych relacjach między braćmi i dziejach ich dzieci. Pokazuje mi również film dokumentalny o pobycie obu braci na emigracji w Kalifornii i ich powojenny powrót na zrujnowane łono ojczyzny. Tomasz w oświetleniu dziesiątków, jeśli nie setek fleszy, jawi się na ich jako postać iście nadziemska.
$
Trudno pisać o Niemcach nie zawadzając o stereotypy i podejrzenia wynikające z historii i z ich stosunku do Polski. Nie podejmuję się dokonania żadnych uogólnień. Piszę wyłącznie o tym, co widziałem, co przeczytałem i czego doznałem. Dzisiejsze Niemcy nie przypominają tych, które znamy z podręczników historii, filmów, opowiadań i wielotysięcznych przekazów. W Berlinie i Hamburgu widziałem wprawdzie niewielkie manifestacje przeciwko odradzaniu się nazizmu, ale jednocześnie zapewniano mnie, że jest to zjawisko marginalne. Młode pokolenie nastawione jest – jak wszędzie – na karierę i zarabianie dużych pieniędzy. Nie dźwiga na sobie garba zaszłości i niewiele obchodzi je historia. W szkole dowiaduje się wprawdzie o straszliwych winach i zbrodniach popełnianych przez przodków, ale na codzień żyje doraźnymi sprawami i przyjemnościami. Nie ma głębszych refleksji o przeszłości, choć zdarzają się akcje ekspiacyjne. Polityką Niemcy nie żyją w takim stopniu jak Polacy. Mało kto przejmuje się tym, że pani Merkel nie może uformować rządowej koalicji.
$
Obawiam się, że konflikt między Niemcami a Polską, a także między Francją a Polską, będzie się nasilał. Oba te kraje bowiem, wpłacając najwięcej do wspólnej kasy, dążą do stworzenia ponadnarodowej, ponadpaństwowej i ponadreligijnej Unii Europejskiej pod ich przewodnictwem. Obecny polski rząd zaś chce zbudować silne państwo narodowe z narodową gospodarką i religią, co stoi w jawnej sprzeczności z dążeniami Unii, dążącej do unifikacji. W dodatku Polska pod rządami PiSu chce reewangelizować Europę, co wydaje się utopią. Nie sposób nie zauważyć, że coraz mniej mieszkańców Zachodu chodzi do kościołów i dramatycznie spada ilość powołań kapłańskich. Do młodych ludzi bardziej dociera światopogląd zwany umownie naukowym niż ewangelie. Czy da się to odwrócić?
$
W rozmowach znajomi Niemcy, znający nieco kulturę polską, żartobliwie pytali – jak to możliwe, że w kraju tak religijnym jak Polska, jest tyle seksu w filmach i na kartach powieści? Odpowiedziałem, że skoro jest ich aż tyle i skoro Polakom to odpowiada, to widocznie…
$
W porównaniu ze znaną mi trochę Francją i Włochami i rzecz jasna Stanami Zjednoczonymi, najwięcej informacji o polskiej kulturze jest w naukowym piśmiennictwie niemieckim. Tak było przed laty, tak jest i teraz. W Uniwersyteckiej Bibliotece im. Humboldta w Berlinie mogłem przekonać się ponownie, że literatura polska przedstawiana jest z iście niemiecką dokładnością i bez nastawień wynikających ze wspomnianych stereotypów. Niemieccy naukowcy piszą o niej w sposób chłodny, żeby nie powiedzieć wręcz suchy, ale kompetentny. Gorzej jest z obiektywizmem w historii. Walka Piłsudskiego o wschodnie granice Polski bywa przedstawiana jako wyraz nieuzasadnionej ekspansji na tereny etnicznie niepolskie. Bywa, że towarzyszy temu przekonanie, że skoro Polska zbobyła po pierwszej wojnie tereny „nieswoje”, to po II wojnie nie należała się jej rekompensata w postaci niemieckich prowincji wschodnich. Jak zapewniał mnie Piotr Glados, publicysta i redaktor, u którego gościłem w Hamburgu, nikt nie kwestionuje dziś granicy na Odrze i Nysie. Widziałem ją niedawno z okien samolotu, którym leciałem do Warszawy. Obie te rzeki tworzą naturalny ciąg, który jest najkrótszą linią rozgraniczającą oba kraje. Oby to już nie miało nigdy żadnego znaczenia!
$
Nie przepadam za aktorstwem niemieckim ani teatralnym, ani filmowym. Jakoś mnie ono nie porywa. Przed laty, podczas spektakli w Berlinie, Lipsku i Dreźnie, wydawało mi się, że aktorzy pokazują swych bohaterów jako ludzi rządzących się prawem rozumu, poddanych prawom biologii i jednocześnie wypranych ze wszelkich emocji. Tym razem uwterdziłem się w tym przekonaniu oglądając „Matkę Courage” i „Don Giovanniego” w słynnym Thalia Theater w Hamburgu. Gabriela Maria Schmeide w roli tytułowej w dramacie Brechta tworzy postać kobiety, która chce wygrać z losem i osiągnąć swój cel za wszelką cenę. Nie ma w niej rozpaczy Niobe po stracie dzieci, nie ma załamań po stratach finansowych. Idzie naprzód po zysk dosłownie po trupach. Jest kobietą – motorem, bez czucia. Taka interpretacja jest z jednej strony imponująca, z drugiej zaś nieprawdopodobnie odczłowieczająca. Podobnie rzecz się miała z Sebastianem Zimmlerem, który gra „Don Giovanniego”. Sprawność aktorska znakomita i jakaś przerażająca pustka postaci. Wiem, że tak miało być w zamierzeniu, ale nie przekonuje mnie ta jednowymiarowość.
$
Anna Fierling zwana Matką Courage – „Gdy się słucha, co możni tego świata gadają, wydawałoby się, że prowadzą wojnę jeno z bojaźni bożej i w obronie tego, co piękne i szlachetne. Ale jak się lepiej przyjrzeć, widać, że nie są tacy głupi i wojują dla zysku.”
Andrzej Józef Dąbrowski