Ileż to już razy pisałem okolicznościowy felieton bożonarodzeniowy? Pewnie ponad dwadzieścia razy bo przecież jest to temat, którego nie da się ominąć. W związku z tym wszyscy autorzy w każdym piśmie porzucają bieżące tematy, by w zamian wydzielić z siebie ludzkie ciepło, empatię, a nawet uduchowienie.

Żaden autor nie omieszka złożyć pod koniec tekstu życzeń wesołych, zdrowych i spokojnych świąt. Zwłaszcza te „spokojne” święta zrobiły furorę a zawdzięczamy to generałowi Jaruzelskiemu i jego akolitom, którzy w stanie wojennym, skoro wyprowadzili na ulicę czołgi, życzyli nam, żebyśmy się przestali denerwować byle czym i kłócić przy wigilijnym stole z kuzynem zomowcem. To święta rodzinne być mają, w swoim gronie. Odłóżmy więc na bok polityczne spory!

Najbardziej przenikliwi czytelnicy mogą się domyślać, do czego piję. No wiadomo – do podziałów i kłótni przy świątecznym stole.

Za komuny wszyscy jednoczyli się, mając za wrogów te nieliczne czarne owce w rodzinie – członków partii, wojska, milicji. Dziś mniej więcej jedna trzecia narodu stoi murem za rządzącą partią. Reszta ostro się jej sprzeciwia – lub pozostaje indyferentna. Obie strony uznają za swoją religię chrześcijańską, narodowe tradycje i antykomunizm. Gdzie więc przebiega linia podziału, skoro czarnych owiec już nie odróżnimy po mundurach?
Ja już tu nie mam rodziny a gdy jeszcze żyła, nie było u nas podziałów. Po prostu – nikt z nas nie był w partii ani nie nosił munduru.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w polskich rodzinach, gdzie te podziały istnieją, zostaną zignorowane podczas wigilijnej kolacji, a życzenia przy łamaniu się opłatkiem będą szczere.

Kto wie, może nawet uda się ludziom powstrzymać aż do końca świąt?
Jedna tradycja powinna wszystkich zjednoczyć: pusty talerz przy wigilijnym stole – dla osoby samotnej, nie mającej gdzie pójść, dla zagubionego, zgłodniałego wędrowca. Tu jesteśmy zgodni: żadnych wynędzniałych przybyszy z innych krajów, zwłaszcza wyznających inną wiarę, sobie tu nie życzymy. Ani w wigilię, ani w każdy inny dzień. Amen!

Jakie okazały się te święta w Polsce, napiszę innym razem. Będę też ciekaw okolicznościowych przemówień i orędzi przywódców. Jedno wiem na pewno: będą nam życzyli spokoju.

Będą to już drugie moje święta w Polsce. Poprzednich nie spędziłem sam, lecz z Ojcem, ale to już były smutne święta – Tata był już niedołężny i nie do rozmowy. To co mogłem, kupiłem z jedzenia (wszystko można dostać gotowe), starając się odtworzyć rozbudowany, domowy scenariusz świąt: kilkanaście potraw wigilijnych, bogate zestawy wędlin, mięsiw i ciast na Boże Narodzenia. Tata podziubał trochę pierogów, ryby, kapusty z grzybami, makowca. Siedzieliśmy we dwóch w pokoju stołowym, więc przy stole. Na nim były gałązki, obok stała i świeciła choinka. Telewizor mieliśmy wyłączony.

Pisząc o świętach w Ameryce uderzałem często – dziś to dostrzegam – w rzewne tony. Albo, mając już tego mazgajstwa dosyć, potrząsałem wściekle każdym czytelnikiem pytając go retorycznie, czemu jest taki smutny, skoro Chrystus się narodził.

Takie jednak – smutne – bywały święta wśród amerykańskiej Polonii. Przynajmniej takie były w pierwszych lata pobytu na obczyźnie. Potem ludzie oswajali się z Ameryką a nawet, w rzadkich przypadkach, polubili życie tutaj, a więc i święta. Lecz w pierwszych latach dominującym uczuciem była tęsknota. Święta kojarzyły się z Polską, dzieciństwem, tradycyjnymi potrawami, pasterką, kolędami, mieszkającą na wsi babcią. Były to też święta ultrarodzinne, choć zapewne i mieszkając w kraju nie dało się zgromadzić całej rodziny, z różnych regionów.

Ponieważ Polacy lubią modlić się i świętować na smutno, potrzyli z rezerwą, nawet dezaprobatą na te głośne „Jingle Bells” na ulicach, światełka, uśmiechniętych Mikołajów, cieszące się na prezenty dzieci. Nasze święta były przecież zawsze rzewne, głębokie, religijne. Nawet sam akt narodzenia się Zbawcy Świata opisywany jest w polskich kolędach ze współczuciem, litością, zmartwieniem.

Ponieważ emocje związane ze świętami były tak silne a związek z bliskimi przy stole tak mocny, brak rodziny odczuwali w Ameryce szczególnie mocno ludzie samotni.

Sam będąc samotnikiem, miałem czasem podobne przeżycie – i rozumiałem moich braci i siostry w niedoli. Jak sobie radziłem z samotnym spędzaniem świąt? Różnie. Raz próbowałem je zupełnie zignorować, zapomnieć o nich, nie kupować choinki, wyłączyć telewizor i telefon (żeby ludzie nie przyłapali mnie że im kłamałem, bo jednak sam siedzę w domu), ubrać się po cywilnemu, na wigilę zjeść kanapkę z szynką a w Boże Narodzenie – obiad od Chińczyka. Innym razem siedziałem samotnie przy stole ale w garniturze, obok świecącej choinki, podgrzewając sobie po kolei tuzin tradycyjnych dań, nabytych uprzednio na Greenpoincie i słuchając polskich rzewnych kolęd. Albo też zapraszałem do domu zbieraninę przyjaciół, niektórych także samotnych, i razem robiliśmy sobie wigilię. Najczęściej jednak przytulałem się do jakiejś zaprzyjaźnionej rodziny. Nie musiałem się o nic troszczyć, dostawałem wszystko, dosłownie, na talerzu ale też bywało to smutne. Rodzina dawała sobie prezenty (mi czasem też), ja coś kupowałem im, ale jednak czułem się jak intruz, ktoś na siłę przyłączający się do zżytej rodziny.

Święta, zwłaszcza Wigilie bywają więc smutne, zwłaszcza dla singli. (Dotyczy to zresztą i innych świąt, zwłaszcza Sylwestra i Walentynek.)

Potem jednak przestałem się tym przejmować.

Widzę też przecież, że mieszkając w Polsce niekoniecznie będę tu miał weselsze święta. Może te amerykańskie to były święta idealne: za oknami gwar i radość, na stole polskie potrawy. Nie było też przy stole żadnego kuzyna w mundurze, więc trudniej było się pokłócić o politykę.

Dziś widzę święta inaczej, mniej jako część polskiej tradycji, bardziej – jako coś uniwersalnie ważnego dla członków uniwersalnego Kościoła. I widzę te święta jako coś pięknego i radosnego, bez względu na to z kim zasiądę przy stole.

Wesołych Świąt!

Jan Latus