Z Lizą Sarnacką-Mahoney, dziennikarką i pisarką, orędowniczką dwujęzyczności, rozmawia Zofia Kłopotowska.

 

Zofia Kłopotowska – Za chwilę Boże Narodzenie. Jak spędza się je z dala od polonijnego środowiska, w rodzinie gdzie mama jest Polką, a tata Amerykaninem o irlandzkich korzeniach?

Eliza Sarnacka-Mahoney – Podstawowa różnica jest taka, że zamiast jednego uroczystego wieczoru z tradycyjną kolacją mamy dwa wieczory i dwie tradycje. Wigilię obchodzimy po polsku z polskimi potrawami, z opłatkiem i z kolędammi, a pierwszy dzień świąt – na modłę amerykańsko-irlandzką, z pieczenią, żurawiną i ciastem z jabłkami znanym tutaj pod nazwą apple-pie. Prezenty też otwieramy przez dwa dni, żeby było sprawiedliwie. Druga wielka różnica to to, że nie mam pod bokiem polskich sklepów, gdzie mogłabym zaopatrzyć się w polskie artykuły, a przed samymi świętami nie mam absolutnie żadnej polskiej oferty kulturalnej, prócz Wigilii w Polskim Klubie w Denver, od którego też jednak dzieli mnie spora odległość, bo mieszkam w Fort Collins na północy Kolorado. Przez wiele ostatnich lat tak się składało, że spędzaliśmy święta u rodziny mojego męża w północnej Kalifornii lub w Montanie. Wyzwanie, by zachować polskie tradycje było więc jeszcze większe, gdyż byłam zdana na cudzą kuchnię i tylko własną inwencję, by jednak postawić na stół to, co na nim być powinno, nie zawsze mając dostęp do wszystkich potrzebnych mi produktów. Z pomocą też różnie bywało, lepienie uszek do barszczu to nie jest coś, w czym Amerykanie mają doświadczenie. Zajęło też trochę czasu, zanim teściowie i inni krewni przekonali się do potraw z buraków, kiszonej kapusty i marynowanych śledzi. Moja teściowa jest z pochodzenia Włoszką i w jej rodzinie tych smaków w ogóle nie było. W tym roku rodzina przyjeżdża do nas i bardzo się cieszę, tym bardziej, że będzie to w pewnym sensie ostatnia Wigilia, gdy jeszcze obie córki są z nami w domu, a więc traktujemy je jak dzieci. Starsza córka jest w maturalnej klasie. Mam nadzieję, że za rok jak zwykle usiądzie z nami do Wigilii, ale to już nie będzie to samo.

 

– Odkładacie Państwo przygotowania do świąt na ostatnią chwilę, czy starannie wszystko planujecie?

– Zauważyliśmy z mężem, że z biegiem czasu coraz bardziej zmieniamy się w planistów. W młodości oboje byliśmy typami spontanicznymi, no, ale gdy na świat przychodzą dzieci, a w kalendarzu obok grafików własnej pracy i zajęć pojawiają się także i ich grafiki na spontaniczności można się boleśnie poparzyć. Jeżeli na święta wyjeżdżamy to zakupy, zwłaszcza prezentowe, trzeba zrobić wcześniej. Trochę wcześniej spotkać się ze znajomymi, żeby złożyć im życzenia i posiedzieć przy świątecznej herbacie. Od wielu lat organizuję u siebie w domu Mikołajki dla zaprzyjaźnionych polonijnych. rodzin. Wypadają na początku grudnia, więc to wspaniały moment, żeby zainicjować okres świąteczny. Wszyscy traktujemy to przyjęcie po trosze właśnie jak polską Wigilię w powiększonej polskiej rodzinie, bo większość rodzin jest taka jak nasza, polsko-amerykańska i też na święta wyjeżdża do anglojęzycznych krewnych. Przynosimy do podziału wigilijne dania, wymieniamy się prezentami, śpiewamy polskie kolędy. Choć dzieci coraz starsze, wciąż przychodzi polski Mikołaj, a nasze pociechy mają za zadanie przygotować dla niego po polsku wiersz lub piosenkę. Jako „mama autorka” co roku piszę coś specjalnego dla córek i robię z tego książeczki. Formy literackie są bardzo różne – były już nawet kolekcje haiku! Te przygotowania zaczynam dużo wcześniej, bo gdyby odłożyła na zabiegany grudzień, to pewnie nic nie zostałoby skończone! A córki się przez lata „rozpuściły” okropnie. Młodsza przypięła w tym roku listę swoich wymarzonych prezentów na lodówkę i zapytała: „Mamo, a o czym w tym roku będzie książka od ciebie?” Zapytałam co by się stało, gdyby się okazało, że zabrakło mi czasu na jej napisanie? Oburzyła się i powiedziała, że nie mogę do tego dopuścić, bo to jest nasza rodzinna świąteczna tradycja. Tak samo jak doroczne czytanie przed świętami wszystkich książeczek z poprzednich lat. Książki na ten rok już napisałam, bo prawda jest też taka, że mam przy ich tworzenia masę frajdy, a przy tym bardzo motywuje mnie myśl, że dla moich córek to kolejne pozycje, którą przeczytają po polsku. Kolejna cegiełka budująca ich polską tożsamość i związek z językiem polskim.

 

– Pani córki, osiemnastoletnia Natalia i trzynastoletnia Wiktoria, urodzone są i wychowane w USA. Z którym krajem się identyfikują?

– Z obydwoma, chociaż na różne sposoby. Ameryka jest ich codziennością. Tutaj mają szkołę, znajomych, rozwijają swoje talenty w gronie innych osób o podobnych zainteresowaniach. Natalia ma zainteresowania polityczne i mocno angażuje się w debaty dotyczące najważniejszych spraw i problemów Ameryki. W tym roku po raz pierwszy głosowała. Na pewno mają więc poczucie większego wpływu na to, co wokół nich się dzieje, uczestniczą we wszystkich zmianach, jakich tu doświadczamy, i tych dobrych, i złych, na bieżąco. Z Polską związane są przez mnie i przez moją stronę rodziny – to naturalne, a ponieważ odwiedziny w Polscy odbywają się zwykle w wakacje to Polska jest dla nich bardziej taką „krainą odpoczynku i frajdy”. Nie wszystko jest tam dla nich oczywiste, i nie jest to związane wcale z językiem, bo polskim posługują się obie bardzo dobrze, ale z oddaleniem od Polski na co dzień. Polska na pewno je fascynuje i czują z nią silną więź, ale nie czują się tam tak swobodnie jak w USA. Pozostaje zawsze ta niepewność, czy aby na pewno czegoś nie przegapiły, o czymś nie wiedzą i to będzie rzutować na sposób, w jaki są w Polsce odbierane. Gdy jesteśmy w Polsce staram się stawiać je w różnych sytuacjach i umożliwiać kontakt z różnymi ludźmi, żeby się tej niepewności pozbywały. Nieocenione są samodzielne wyjazdy na kolonie. Natalia ma je już za sobą, ale przed Wiktorią jest ich, mam nadzieję, jeszcze sporo.

 

– No właśnie, jest Pani wielką zwolenniczką dwujęzycznego wychowania dzieci na emigracji, widzi w tym Pani wiele zalet dla ich rozwoju, ale jak to wygląda w praktyce? Na przykład przy świątecznym stole?

– Przy naszym świątecznym stole jak zwykle będzie wieża Babel. Od urodzenia mówię do dzieci wyłącznie po polsku. Jest to w moim mniemaniu absolutna podstawa i najważniejsza rzecz, gdy chcemy wychować dwujęzyczne dzieci. Udało mi się doprowadzić też do tego, że córki między sobą również mówią po polsku. Z tatą i z resztą tutejszej rodziny mówią po angielsku, ale wszyscy wiedzą, jakie panują u nas „układy językowe” i taka mieszana konwersacja nikomu nie przeszkadza. Co powiedziawszy od razu zastrzegę, że początki nie były proste. Moi amerykańscy teściowie nie wiedzieli nic o dwujęzycznym wychowaniu, spędziłam dużo czasu na tłumaczeniu, dlaczego robię, co robię, a także jak mogą mi pomóc. Ich pomoc miała polegać m.in. na tym, że mieli nie dawać wnuczkom odczuć, iż rozmowa w stylu „wieża Babel” jest im nie na rękę, że woleliby na przykład, bym w gronie anglojęzycznym też zwracała się do dzieci po angielsku. Bardzo pomógł mi mąż, bo od początku wspierał ideę dwujęzyczności w naszym domu i sam, choć do dzisiaj kiepsko mówi po polsku – ale świetnie rozumie! – przekonywał swoich rodziców do korzyści płynących z dwujęzyczności. Dzisiaj dumni dziadkowie chwalą się moimi córkami na lewo i prawo, i nawet słyszałam, że zachęcają swoich znajomych też posiadających zięciów lub synowe z innych krajów, by bezwarunkowo wspierali dwujęzyczność wnuków. Dwujęzyczne wychowanie w rodzinie, gdzie oboje rodzice mówią po polsku jest prostsze z wiadomych przyczyn. Rodzice posługują się w domu polskim, może oboje słuchają polskiego radia, oglądają polskie filmy, wobec czego czasu obcowania z językiem polskim jest u dziecka naturalnie więcej. W rodzinach mieszanych, jak nasza, trzeba ten czas o wiele uważniej „planować”, a nawet o niego świadomie walczyć! Gdy dziecko odmaszerowuje do przedszkola i szkoły, już mamy z głowy pół dnia, kiedy posługuje się tylko angielskim. Po powrocie do domu wciąż używa tego języka w komunikacji z jednym z rodziców. Wiadomo skądinąd, potwierdzają to już dzisiaj poważne badania naukowe, nie tylko nasza intuicja, że dwujęzyczne wychowanie to pewne minimum godzin tygodnio obcowania z danym językiem. Jeśli tego minimum nie ma, nie będzie rozwoju. By zmaksymalizować czas obocowania z polskim u moich córek, całkowicie zreygnowałam z telewizji – żeby nie przyzwyczajać ich do oglądania telewizji po angielsku, a z innych mediów przez całe wczesne dzieciństwo wszystko było po polsku: książki, piosenki, płyty do słuchania w domu i w samochodzie. Bajki na ekranie telewizora, również tylko po polsku, były w nagrodę. Stawałam na przysłowiowych rzęsach, by znaleźć polskojęzyczne opiekunki – rzecz wcale nie taka prosta, gdy mieszka się z dala od większego skupiska Polonii! Wreszcie, przy każdej okazji angażowałam w rozmowy z moimi dziećmi polskojęzycznych znajomych. By jednak miały poczucie, że polski to nie taka fanaberia mamusi, że są w Ameryce inni, którzy też tym językiem posługują się na co dzień. Bardzo dużo dały też nam oczywiście wyjazdy na wakacje do Polski.

 

– Odwiedziła Pani niedawno Nowy Jork promując swoją najnowszą powieść „Kreacja”. Głównymi bohaterkami książki są kobiety pracujące w mediach, w większości w czasie trudnych, osobistych i zawodowych przejść lub tuż po nich. Z wyjątkiem jednej, przedstawia je Pani z dużą dozą sympatii i wyrozumiałości. Identyfikuje się Pani z tym środowiskiem?

– Identyfikuję się mocno, chociaż moje kręgi to prasa, a nie telewizja, więc kreśląc środowisko telewizyjne musiałam poczynić sporo dodatkowego riserczu. Pracuję jako dziennikarz już od dwudziestu lat, a nawet więcej, jeśli wziąć pod uwagę doświadczenia zdobyte już pod koniec liceum i na studiach. Pisałam i doniesienia codzienne, i felietony, i teksty analityczne, i krytyczne z niwy literacko-kulturalnej, otarłam się więc o wiele różnych wymiarów dziennikarstwa i poznałam mechanizmy które nimi rządzą. Świat mediów przedstawiam w książce krytycznie i nie bez przyczyny wprowadzam do niego bardzo silny wątek „celebrytyzmu”, bo mamy w dzisiejszych mediach ogromny problem z tzw. „parciem na celebrytów” oraz „sensacjonalizmem”. Nawet codzinne gazety, które kiedyś były stricte platformą informacyjną i opiniotwórczą w oparciu o prawdziwe autorytety w zakresie polityki, kultury, ekonomii, dzisiaj romansują z celebrytami, poglądy i styl życia celebrytów stały się obowiązkowym punktem odniesienia. To rzutuje na wiele rzeczy, które otrzymujemy jako czytelnicy i konsumenci mediów: od ich zawartości merytorycznej po urabianie całej kultury, w jakiej żyjemy. Moje bohaterki dzielą się na, które mają świadomość „sprzedawania siebie” w imię realizowanych przez media celów i te, które są na mechanizmy rządzące światem cleberytów ślepe i niestety muszą zapłacić za to cenę. I jedne, i drugie poznają smak wypalenia i zawodu, rzecz także bardzo charakterystyczna dla naszych czasów. Jesteśmy dzisiaj otoczeni ludźmi, którzy goniąc za karierą w wydaniu, jaki promują media, jeszcze przed czterdziestką przestają odczuwać chęć do życia i dalszej walki. O cokolwiek. Ratunkiem jest szczerość wobec siebie, przewartościowanie, porządna autorefleksja. Jako autorka postawiłam sobie jednak także za cel pokazać, że za każdym wyborem stoi jakiś motyw. Nawet za wyborem najbardziej szalonym, destrukcyjnym. „Kreacja” to książka przede wszystkim o wyborach oraz braniu za nie odpowiedzialności.

 

– A jak było z Pani wyborem zawodu? Praca w zaciszu swojego pokoju i branie odpowiedzialności tylko za siebie i swoje słowa, to odpowiada Pani najbardziej?

– Kocham moją pracę. O tym, że chcę w życiu pisać wiedziałam już jako dziecko. Pierwsze książki powstawały chyba jeszcze w przedszkolu, bo używając zszywacza łączyłam kartki z rysunkami, robiłam dla nich wspólną okładkę. Potem były awantury, bo zszywacz ojciec przynosił z biura, to nie była jego własność, zaś czasy były takie, że w sklepie nie można było takich rzeczy kupić, panował przecież kryzys, a ja ten zszywacz popsułam i jeszcze nie chciałam się do tego przyznać. W podstawówce uwielbiałam pisać wypracowania. Zadane było na stronę, a ja zawsze wysmarowałam osiem. Zawsze sprawiło mi wielką radość dzielić się z innymi moimi przemyśleniani, pomysłami, sposobem, w jaki potrafię coś opisać. Przez bardzo długi czas nie myślałam o pisaniu w kontekście brania odpowiedzialności za słowa. I całe szczęście, bo jakbym zaczęła się zastanawiać jak inni na to, co piszę zaregują i że może im się nie spodoba, i może to, jak ja coś widzę i interpretuję nie będzie zgodne z ich wizją świata, a nawet z ogólnie przyjętą wizją świata, to co wtedy? Taka świadmość byłaby chyba zabójcza. Poczucie odpowiedzialności za własne słowa oddawane do druku i świadome refleksje na ten temat przyszły w momencie, gdy rozwinęła się moja kariera dziennikarska. Wtedy do mnie dotarło z dużą mocą, że pisanie to manifestacja odwagi i odporności. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu po publikacji tekstu o pewnym filmie, który moim zdaniem przedstawiał bardzo wykoślawiony obraz Polski, posypały się komentarze i nawet pogróżki, a mój mąż stanął wtedy przede mną i poprosił: czy mogłabyś pisać tak, żeby nie było zagrożenia, że ktoś nam wybije kamieniem okno? Odpowiedziałam, że nie mogę mu tego obiecać, muszę pisać tak, by było prawdziwie. To jest ryzyko wpisane w zawód dziennikarza i pisarza. Zacisze własnego pokoju bardzo pomaga, by pisząc nie analizować z góry rekacji czytelników, ani liczby odbiorców naszych słów. Dotyczy to tak samo tekstów publicystycznych, jak i książek. Zanim jednak przyszło to zacisze i wybór, którego mogłam dokonać i za który jestem losowi bardzo wdzięczna, pracowałam w kilku innych zawodach i miejscach – w restauracji, w szkole, w redakcji, w biurze, mam za sobą nawet epizod pracy w winiarnii reżysera Francisa Coppoli. Pracowałam z ludźmi i pracowałam w zgiełku. Mój gabinet z laptopem i biblioteczką, która przez lata rozrosła się do wspaniałych rozmiarów, to zdecydowanie miejsce pracy, które odpowiada mi najbardziej.

 

– Wydaje się, ze pisze Pani z dużą łatwością. Nie mówię tylko o literaturze, ale również o dziennikarstwie i publicystyce, bo pisze Pani na poważne społeczne i polityczne tematy. Czy ta lekkość pióra to prawda, czy pozór, za którym kryje się ciężka praca?

– Jakiś talent do pisania na pewno trzeba mieć, ale warsztat to sprawa po części nabyta. Pisanie to także rodzaj pracy, zaś praca wykonywana regularnie staje się łatwiejsza, i tak samo jest w przypadku słowa pisanego. Co nie znaczy absolutnie, że człowiek zawsze pisze tak samo. Tworzenie nawet tekstów publicystycznych jest formą sztuki, angażującej pokłady kreatywności, a ta nie jest niestety wartością stałą. Są dni, że ma się jej więcej, a są takie – ja je nazywam „listopadowe” – że po każdym zdaniu następuje przerwa, bo myśli nie płyną ciągiem i w ogóle nie ma się na nic pomysłu. Czyli jak w listopadzie. Człowiek wstaje rano, a tu na dworze wciąż noc, ten mrok ciągnie się przez resztę dnia i na nic nie ma się chęci ani energii, tylko chce się jak najszybciej znów iść spać. Umiem pisać nawet w takie dni, tego nauczyło mnie dziennikarstwo, zwłaszcza praca korespondenta codziennego, gdzie człowiek dostaje deadline i za kilka godzin albo dostarcza tekst, albo się do tej pracy nie nadaje. Wielu autorów przyznaje się, że pisze absolutnie każdego dnia, żeby nie wypaść z rutyny. Jest w tym i taka mądrość, że w przypadku form dłuższych, np. książki, to w dobrym dniu po prostu wraca się w miejsca, gdzie pisało nam się gorzej i nanosi poprawki. Ale najważniejsza, przynajmniej dla mnie, jest w pisaniu inspiracja, bo z niej bierze się zapał, a bez zapału ani rusz. Trzeba mieć silne poczucie, że to, co piszemy rzeczywiście chcemy napisać i mieć w tym jakiś cel. Od lat wyjaśniam, że moja publicystyka o Ameryce wzięła się stąd, iż sama chcę się więcej na temat tego kraju dowiedzieć, zdecydowałam się przecież tu żyć, a gdy już się dowiem, widzę sens w podzieleniu się tym z innymi. Niech też na coś inaczej spojrzą, zakwestionują swoje wyobrażenia i stereotypy, dowiedzą się, skąd się biorą niektóre zjawiswkai dlaczego wyglądają tak, a nie inaczej. Napisałam niedawno cykl artykułów o drugiej poprawce. NRA i kulturze broni w USA. Odkryłam sporo niesamowitych rzeczy. Na przykład, że przekonanie o tym, iż druga poprawka gwarantuje powszechne prawo do posiadania broni wzięło się z pośpiechu… Tekst wzorowany był na innym dokumencie, a żeby go skrócić zamiast całej frazy the body of people odnoszącej się do formacji milicji, o której jest wzmianka wcześniej, Madison zostawił jedynie people. No i Sąd Najwyższy zawyrokował w 2006 r., że skoro people to znaczy wszyscy!

 

– Jak Pani godzi prowadzenie domu, wychowanie dwójki dzieci i wymagającą pracę zawodową?

– Na to pytanie na pewno najlepiej odpowiedziałaby moja rodzina, bo to oni widzą, czy to godzenie mi wychodzi czy nie. Myślę, że po prostu czasami wychodzi lepiej, a czasami gorzej, jak wszystkim poracującym kobietom, które nie mają w pobliżu rodziny mogącej przyjść z odsieczą w sytuacjach podbramkowych. Jako rodzice jesteśmy zdani z mężem tylko na siebie i dlatego bez organizacji oraz planowania, o których już wspomniałam, daleko byśmy nie zaszli. Po drugie to, co mam zrobić staram się zrobić wtedy gdy mam czas, bez względu na to, jaki jest termin, bo przekonałam się już wiele razy, że gdy ma się rodzinę, trzeba być zawsze przygotowanym na nagle wypadki oraz o wiele większą ilość chorób, niż wydaje się, że człowiek jest w stanie przejść. Regularnie przekonuję się, że gdybym nie napisała artykułu wcześniej, to wtedy, gdy myślałam, że będę miała czas na jego napisanie, nic bym nie zrobiła, bo właśnie jest kolejny nagły wypadek. Słyszę od ludzi, że jestem pracowita, a mnie się wydaje, że nie bardziej, niż inni. Ale może to kwestia tego, jak zostałam wychowana. Moja mamy była osobą, która nigdy nie siedziała, a mnie od dziecka wpajała, jak ważne jest wywiązywanie się z obowiązków oraz wiarygodność. Jeśli coś innym obiecujemy i oni na nas liczą, to niech się wali i pali, a my nie powinniśmy ich zawieść. W przeciwnym razie lepiej nie deklarować swojego udziału. Próbuję nie brać na siebie więcej niż jestem w stanie udźwignąć.

 

– Plany na przyszłość: życiowe i pisarskie?

– Jestem Polką więc o planach lubię mówić ostrożnie, bo a nuż złe licho podsłucha i postanowi spłatać figla! Powiem więc tylko tyle. Staram się, by dorośli czytelnicy dostali w przyszłym roku do ręki nową powieść, a także szykuję książki dla dzieci – serię przygodowo-detektywistyczną z dwiema rezolutnymi dziewczynkami w rolach głównych. Z bliższych planów życiowych kroi mi się wycieczka do Francji na wiosnę oraz dłuższa podróż po Europie całą rodziną w nadchodzące wakacje. Mam wielki niedosyt Europy, bo w czasach młodości nie było mi dane jej zwiedzić, a teraz, ze względu na rodzinę i córki szlifujące w Polsce język polski urlopy spędzam głównie w starej ojczyźnie, co najwyżej z króciutkimi wypadami poza nią. Marzenie, żeby pojechać w wiele pięknych miejsc, których jeszcze nie znam zrealizuję więc pewnie dopiero wtedy, gdy dziewczynki się usamodzielnią.

 

– Zbliżają się święta, proszą podpowiedzieć, gdzie można kupić „Kreację”? Książkę bardzo dobrze się czyta i może być doskonałym prezentem gwiazdkowym.

– Wiem, że książka jest dostępna „do ręki” w polskiej księgarnii EK Bookstore w Garfield oraz w księgarniach internetowych, w tym na terenie USA. Można ją też znaleźć na amazonie.

 

 

– Dziekuję za rozmowę i pięknego Bożego Narodzenia życzę.

 

Zofia Kłopotowska