Ukryta w bardzo starym lesie stała chatka. Nie była wielka, lecz nie była malutka. Nie była piękna, nie była też brzydka. Przypominała leśniczówki, jakie często spotyka się w lasach, a ponieważ zbudowano ją po to, by służyła komuś za mieszkanie, było jej niewymownie przykro, że już od długiego czasu nie miała żadnego lokatora. Tak chciała, by ktoś o nią dbał, a ona w zamian udzielałaby mu schronienia przed chłodem i niebezpieczeństwem. Marzyła, by ktoś ponownie wyszorował w niej podłogi i uprzątnął ze ścian grube pajęczyny, przez które coraz mniej mogła dostrzec. Gdy zasypiała, śniło jej się, że oto znowu wypełnia ją ciepło rozgrzanego w piecu ognia i zapach świeżo ugotowanej zupy. Marzyła o tym, by od rana do nocy wsłuchiwać się w odgłosy swoich domowników. Chciała się czuć potrzebna i kochana.

W końcu los się do niej uśmiechnął. Któregoś wieczoru drewniane drzwi rozwarły się na oścież i stanęła w nich dwójka podróżników ciągnących ogromny skórzany kufer. Z radości leśna chatka aż zaskrzypiała podłogowymi deskami i zagwizdała przez komin.
Podróżnicy nie zwracali jednak uwagi na jej powitanie. Czym prędzej zaryglowali za sobą drzwi, zaciągnęli w oknach zasłony i podbiegli do stołu, by ulokować na nim tajemniczy kufer. Przez firanki z pajęczyn naprawdę trudno było prowadzić obserwacje, ale chatka dostrzegła, że w kufrze schowana była druciana klatka, w klatce zaś siedział niezwykły ptak o złotych piórach.

Podróżnicy rozpalili tymczasem ogień w piecu, upiekli nad nim kiełbaski i rozparli się wygodnie na krzesłach.

– Polowanie na to ptaszysko było najmądrzejszą rzeczą, jaką zrobiliśmy w życiu. Za jeden pokaz dostaniemy pięć tysięcy albo więcej – przemówił pierwszy nieznajomy. Miał upudrowaną na biało twarz, czerwony jak pomidor nos, a na czubku głowy dyndał mu stary, sfatygowany cylinder.

-Tak, a jeżeli nauczymy tego darmozjada jakiś sztuczek, wtedy podwoimy stawkę – odpowiedział drugi, poprawiając pod szyją aksamitną muchę i wygładzając bryczesy w szachownicę.
– Dobrze, a co zrobimy, jeżeli nie zechce się uczyć? – zmartwił się pierwszy.

– O to byłbym spokojny – uśmiechnął się drugi. – Jest na to wiele sprawdzonych sposobów. Głodówka, trzymanie głową w dół, przypalanie piór…

Złoty ptak w klatce poruszył się niespokojnie i chatce wydało się, że usłyszała jego cichy jęk pełen strachu i cierpienia.

Podróżnicy rozmawiali ze sobą jeszcze przez jakiś czas, w końcu, syci i zmęczeni, poszli spać. W chatce zapanowała gęsta, nocna cisza przerywana tylko szlochem złotego ptaka w drucianej klatce.
Leśna chatka nie zastanawiała się długo. Zaczęła poruszać deskami od podłogi tak mocno, aż rozkołysał się stół, a wraz z nim skórzany kufer. Gdy kufer spadł w końcu na ziemię, chatka wysłała w jego kierunku krzesło, które nastąpiło nogą na zapięcie i kufer otworzyło. Druciana klatka wytoczyła się na zewnątrz, krzesło podniosło haczyk od jej drzwiczek i ptak wydostał się na wolność. Leśna chatka czym prędzej rozwarła na oścież okno i umęczone stworzenie znikło w ciemnościach.

Gdy rano podróżnicy odkryli, że ich drogocenny więzień uciekł, wpadli w szał. Połamali wszystkie krzesła, wytłukli wszystkie talerze i wybili chatce wszystkie szyby w oknach. Odchodząc splunęli jeszcze na drzwi i zaklęli tak strasznie, że gdyby chatka miała prawdziwe uszy, na pewno odpadłyby jej ze wstydu.

Dni znowu zaczęły upływać leśnej chatce na oczekiwaniu i tęsknocie. Przez wybite szyby do jej wnętrza często zaglądał teraz zimny wiatr, a na wszystkich sprzętach i nawet na ścianach, osiadał siwy szron. Którejś nocy szalejąca po świecie zima tak bardzo się rozsierdziła, że wysypała na leśną chatkę wszystkie swoje worki ze śniegiem, zamieniając ją w białą górę ozdobioną tylko czubkiem przemarzniętego i kichającego komina.

Chatka traciła resztki nadziei, że w takim stanie ktokolwiek zechce w niej zamieszkać. A jednak los ponownie się do niej uśmiechnął. Między drzewami pojawiły się sylwetki dwóch wędrowników, wieśniaka i czarnego kota. Dostrzegłszy górę śniegu zwieńczoną kominem wieśniak podskoczył z radości i wykrzyknął:

– Mówiłem ci Hajdegerze, że dzisiaj nie będziemy nocować w szczerym polu. Mam nadzieję, że w środku znajdziemy jakiś opał.
Nowi goście zgodnie stwierdzili, że leśna chatka spadła im prosto z nieba. Od długiego czasu sypiali pod gołym niebem, gdyż misja, z jaką wysłał ich Mag z Diamentowego Sioła prowadziła przez krainy, gdzie nie było ani ludzi, ani domów. Teraz w końcu mogli owinąć się ciepłymi kocami i grzejąc się przy kominku popijać gorące kakao. Chatka skrzypiała ze szczęścia.

W pewnym momencie coś zapiszczało i na stole pojawiła się maleńka srebrna myszka.

– Stój, chytrusko! – wrzasnął wieśniak, chwytając myszkę za ucho i unosząc do góry.—Może chciałabyś uciec? Nic z tego! Mój pan już nie może się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł wrzucić twój śliczny srebrny ogonek do swego magicznego kociołka. A Hajdeger – tu człowiek puścił oko do leżącego na piecu kota – kiedy będzie mógł schrupać na deser całą resztę. Wiem, że myszy nie lubią podróżować, ale wierz mi, to już nie potrwa długo.

Człowiek schował myszkę do kieszeni na piersi, zapiął kieszeń na guzik i roześmiał się złowieszczo. Odpowiedział mu płaczliwy pisk srebrnego zwierzątka.

Leśna chatka ledwie doczekała chwili, aż jej znużeni goście w końcu zasnęli. Najpierw potrząsnęła ścianą, na której znajdował się wieszak z surdutem człowieka, by zrzucić ubranie na ziemię. Potem delikatnie oderwała z podłogi deskę i tak długo podważała tą deską klapę od kieszeni, aż trzymający ją guzik odpadł i potoczył się w ciemny kąt. Srebrna myszka natychmiast wybiegła na zewnątrz. Chatka uchyliła przed nią drzwi i maleństwo czmychnęło między śnieżne zaspy.
– To niemożliwe! Niemożliwe! – awanturował się rano wieśniak zaglądając we wszystkie mysie dziury, jakie znalazł w leśnej chatce.
Gdy zrozumiał, że jego więzień przepadł, ze złości wytłukł wszystkie kubki i połamał nogi od stołu. Czarny kot rozdarł w tym czasie pazurami kołdrę oraz poduszkę i poszarpał obrus. Wychodząc, słudzy Maga z Diamentowego Sioła zostawili chatkę w tak opłakanym stanie, że nawet blaszane wiadro, które zazwyczaj jest niewzruszone, tym razem odwróciło się do góry dnem i nie chciało już niczego oglądać.

Nadeszła zielona, pachnąca wiosna, po niej gorące lato, kolorowa jesień i znowu mroźna zima. Chatka wciąż czekała, lecz ze smutku coraz bardziej mizerniała i podupadała. Rozsypał się jej komin, dach stracił resztkę słomy. Od okien odpadły okiennice, zaś próchniejące drzwi obluzowały się na zawiasach i kołysały się skrzypiąc, i uderzając o umęczone listwy. Wiatr wymiótł z chatki wszystkie meble i sprzęty, a stary, błękitny piec – jedyne, co w niej jeszcze pozostało – z dnia na dzień gubił coraz więcej kafli, krusząc się w oczach. Chatka zamknęła oczy. Nie mogła patrzeć na własny koniec.

Nie uniosła ich, gdy usłyszała nad sobą szum skrzydeł, ani wtedy gdy na zmurszałej podłodze poczuła tupot mysich łapek zmierzających w kierunku mysiej dziury. Dopiero, gdy na zardzewiałej klamce spozęła ludzka dłoń, chatka nieśmiało uniosła w górę powieki.

Na środku zniszczonej izby stał młodzieniec ze złotym ptakiem na ramieniu, a obok niego dziewczyna trzymająca w fartuszku srebrną myszkę. Młodzi popatrzyli na siebie zachwyconymi oczami i nie mówiąc ani słowa wzięli się za porządkowanie i naprawianie leśnej chatki.

Po tygodniu pracy chatka wyglądała całkiem przyzwoicie. Po dwóch wyglądała jak nowa. Po trzech stała się piękniejszą niż kiedykolwiek była. A po czterech w jej progi zawitał jeszcze jeden niezwykły gość. Była to zielona, pachnąca choinka, którą młodzi ustawili na środku izby i przyozdobili mnóstwem kolorowych zabawek i świecidełek.
– To twój świąteczny prezent, chatko – powiedział młodzieniec. – Mamy nadzieję, że spodoba ci się tak samo jak nam.

Tego wieczoru w chatce odbyło się huczne wesele. Trudno było zliczyć przybyłych gości, bo było ich tyle, ile się tej nocy zapaliło gwiazd nad dachem szczęśliwej chatki. Ta jednak bez problemu wszystkich pomieściła i wykarmiła, a co weselszym pozwoliła nawet zatańczyć.

I ja tam byłam, kompot słodki piłam, a co usłyszałam, wam opowiedziałam.

Pytacie, czy od tamtej pory chatka kiedykolwiek jeszcze zapłakała? O, i to nie raz. Ale nigdy więcej nie były to łzy rozpaczy, a po prostu upuszczane ukradkiem łzy spełnionego marzenia. Żeby jednak nie zwracać na siebie uwagi domowników, chatka czyniła to tylko wtedy, gdy w jej czyste, błękitne okna cichutko stukał deszcz.

 

Eliza Sarnacka-Mahoney