Kot leży na kaloryferze. I- parafrazując Gombrowicza – leży tak absolutnie, jakby siedział. W pozie szczupaka na ruszcie. W pełnym wzgardy spojrzeniu, którym obrzuca nas niechętnie. Doskonały w swoim kocim majestacie. W pozycji dystansu do otaczającej rzeczywistości, której mógłby mu pozazdrościć niejeden praktykujący jogin. Dziwnie nie drży grzbiet, same sterczą uszy/ ogon spał spokojnie, teraz się poruszył.* I uderza do taktu.

Gdybym mówił językami myszy i ludzi, a ogona bym nie miał/ stałbym się jak sierść zająca/ albo szczur śmierdzący. Gdybym miał dar myszkowania/ i poznał wszystkie piwnice/ i posiadał wszelką wiedzę/ i wszelką wiarę, tak iżbym sam kupował Whiskas/ a ogona bym nie miał/ byłbym niczym. […] Ogon dobry jest. Cierpliwy jest. Wszystko znosi. Wszystko przetrzyma.**

Po drugiej stronie pokoju Pani Matka. Czujna. Gotowa do skoku. Odkąd Gandalf The Grey, zwany potocznie Szarym rozpanoszył się na dobre i zajął budę, którą postawiliśmy dla niej w ogrodzie, biedna nie ma się gdzie podziać. Więc codziennie przełamując strach, wskakuje przez kocie okienko i mości pod krzesłem zawodząc cichutko. Dopiero w nocy, gdy homo sapiens znikają w drugiej części mieszania, Pani Matka przejmuje salon i mości wygodnie na kanapie. Czasem zdarzy nam się przyłapać oboje, w miłosnym uścisku, jak wylizują sobie nawzajem futro albo drapią za uszkiem. Zwykle jednak znajdujemy tylko ślady po nocnych harcach. Delikatne wgniecenia. Rozsypaną karmę. Sierść w najmniej oczekiwanych miejscach, na przykład na klawiaturze komputera, wzmacniaczu albo głośniku.

Prawdopodobnie „kociwłos” jest wszędzie, pokrywa wszystkie powierzchnie płaskie, tylko po prostu na czarnym widać lepiej. Więc oglądamy w blasku dnia owłosione sprzęty, kichamy na tle alergicznym i posłusznie podajemy śniadanie. Jak mawia klasyk: W naszym domu człowiek traktowany jest jak członek rodziny.

Gdy Cecyl z Matką Ogrodową zakończą degustację, w oknie kuchennym, niczym duch z Rivendell, zjawia się Szary. Senior rodu, który zeszłego lata ledwo powłócząc łapami, poraniony, z żebrami na wierzchu, wyjąc (z głodu? bólu?) zmaterializował się w ogródku, dzisiaj przypomina szacownego emeryta z lekkim brzuszkiem. Brakuje mu tylko melonika i laseczki. Kroczy dumnie, lekko przechylając na boki, kołysząc klejnotami rodowymi, których – w przeciwieństwie do Cecyla – nie został pozbawiony. Daje się pogłaskać i wziąć na ręce, na zbyt długą pieszczotę reagując dziwnym gulgotaniem, niepodobnym do pisków pozostałej dwójki. Jest cwany. Sam otwiera torbę z karmą. Wskakuje na stół i zagląda w garnki. Wygląda na to, że wychowywał się z człowiekiem. Może właściciel umarł i Szary nagle znalazł się na ulicy? Często zastanawiam się, jaka jest jego historia. Skąd do nas przyszedł. I jak długo zostanie.

Nocami pod okno podchodzą oposy. Mają blade twarze i długie, szczurze ogony. Wyłaniają się z ciemności jak duchy. Jedzą resztki po kotach, czasem dostaną kawałek jabłka, płat kurzej wątróbki i inne przysmaki. Ale próbujemy ich nie oswajać, bojąc się eksmisji z mieszkania, gdyby właściciel dowiedział się, że oprócz bezdomnych kotów przygarnęliśmy jeszcze dydelfy. Jedzą głośno mlaskając, a potem znikają w pęknięciu ściany budynku obok.

Kilka lat temu w odwiedziny przychodził szop, ale chyba było mu za ciasno i znalazł lepszą kryjówkę. Są jeszcze wiewiórki, które nic sobie nie robią z obecności kotów. Machają przed nosem puszystymi kitami i znikają na drzewach. Próby upolowania gryzonia w wykonaniu Cecyla są przekomiczne. Kiedy po kilku długich sekundach przyczajenia rzuca się wreszcie do skoku, wiewiórka jest już dawno poza zasięgiem. Małe szkodniki tratują kwiaty, zakopując swoje skarby w donicach. Kiedy na wiosnę przesadzam lobelie, petunie czy dąbki, za każdym razem znajduję zakopane orzechy, często – o dziwo – fistaszki, co wydaje mi się dość egzotyczne. Ale widziałam już wiewiórkę, która zerwawszy ogórka z plantacji Jerrego, wskoczyła na płot i trzymając oburącz warzywo niemal większe od niej samej, zjadła je w całości, więc nie powinnam się niczemu dziwić.

Szkoda, że w Wigilię zwierzęta nie mówią ludzkim głosem. Choć może to i lepiej. Wyobraźmy sobie, że stłoczone w beczkach karpie krzyczą dusząc się bez powietrza, krowy idące na rzeź wyją i błagają o pomoc, zamknięte w schroniskach psy wyrzekają ludziom, od których doznali krzywdy, bezdomne koty przeganiane przez właścicieli posesji obrzucają stekiem wyzwisk bezdusznych dwunożnych. I tylko ptaki śpiewają o wolności. Od bólu i krzywdy zadawanej przez człowieka.

*, ** Tomasz Majeran, Koty. Podręcznik użytkowania.

 

Weronika Kwiatkowska