Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?”, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zapytali go: „Cóż, zatem? Czy jesteś Eliaszem?” Odrzekł: „Nie jestem”. Powiedzieli mu, więc: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz o sobie?” Powiedział: „Jam jest głos wołającego na pustyni; Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz”. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zaczęli go pytać, mówiąc do niego: „Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?” Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandałów”.
J 1, 6-8. 19-27
Lafreniere opublikowała zdjęcie krzepkiego, brodatego, wytatuowanego fryzjera, które leżąc na podłodze strzyże małego chłopca. Zdjęcie zostało opublikowane online i w kanadyjskich gazetach. Fryzjer został okrzyknięty bohaterem. Zaś sam fryzjer Franz mówi: „Nie uważam siebie za bohatera, ale robię wszystko co powinienem robić dla bliźniego i dla mojej społeczności. Cóż szczególnego on robi? Franz Jacob jest fryzjerem w małym miasteczku w Quebec. Jednym z jego klientów jest sześcioletni Wyatt Lafreniere. Wyatt cierpi na zaburzenie neurologiczne, zwane autyzmem, które objawia się między innymi nadmierną ruchliwością i nadwrażliwością na dotyk. Franz obserwuje małego klienta w zakładzie i dostosowuje się do jego zachowań. Na przykład, gdy Wyatt czołga się po podłodze Franz robił to samo, jednocześnie ścinając mu włosy. Wyatt czasami kładzie się na podłodze, Franz robi to samo i leży tak długo jak Wyatt. Wielu fryzjerów nie wie, jak radzić sobie z autystycznymi dziećmi. Franz Jacob ma kilku takich stałych klientów, a Wyatt jest najmłodszy. Nauczył się dostosowywać do ich potrzeb. Wyznacza im wizyty pod koniec dnia, aby mieć dla nich więcej czasu. „Zamykam drzwi wejściowe, musi być cicho. Jestem po prostu bardzo cierpliwy, ponieważ do nich należy ten czas” – wyjaśnia Franz. Fryzjer służy swoją pracą także ludziom śmiertelnie chorym, którzy na ten ostateczny moment chcąc także zewnętrznie odpowiednio przygotowani. „Kiedy golisz kogoś, kto prawdopodobnie umrze w ciągu 48 godzin… to nie do opisania… Jestem naprawdę dumny z tego co robię” – mówi (CTV news.ca).
Nasze życie jest wspaniałe i cenne, ale najczęściej jest wypełnione zwykłymi codziennymi zajęciami, które składają się na całokształt naszej ziemskiej egzystencji. To one właśnie decydują, czy nasze życie jest cudowne i wspaniałe. Zwykła usługa fryzjerska może czynić życie ważnym i pięknym, jeśli przesączymy je czymś więcej niż tylko chęcią zarobku, przesączymy życzliwością i miłością, jak to czyni Franz. Taka posługa życiowa ma szerszy wymiar niż ziemski. Ona dotyka Miłości zstępującej z nieba, o której słyszymy tak wiele w okresie Adwentu, przygotowującego nas do świąt Bożego Narodzenia, do przeżywania tajemnicy Wcielenie Syna Bożego, która jest centralną tajemnicą naszej chrześcijańskiej wiary. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Kościół opiewa misterium Wcielenia w hymnie przytoczonym przez św. Pawła: To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”. Bóg miłości stał się jednym z nas, abyśmy mogli stać się jednym z Bogiem. Wcielenie to nie tylko wydarzenie, którego umowną rocznicę uroczyście obchodzimy 25 grudnia każdego roku, ale nasze postępowanie, które ma być „ucieleśnianiem” miłość Boga zstępującego z nieba. Wspomniany fryzjer „wcielał” Bożą miłość przez to co robił dla swojego młodego, autystycznego klienta. Przez takie czyny miłości Bóg staje się bardziej obecny wśród nas, staje się Emanuelem, czyli Bogiem z nami.
 Udeptanymi przez pielgrzymki szlakami zdążamy do świętych miejsc w Ziemi Jezusa. Zatrzymujemy się nad Jordanem, gdzie Jan Chrzciciel nauczał, pochylamy się nad miejscem, gdzie został ścięty na rozkaz Heroda. Odwiedzamy także miejsce, które nie wpisuje się w szlak biblijny, ale jest miejscem zadumy i refleksji, które ubogaca nasze pielgrzymowanie w Ziemi św., jak i też nasze życiowe pielgrzymowanie. Jest nim Jad Waszem, Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu. Jest to miejsce, gdzie upamiętnione są między innymi nazwiska osób, które z narażeniem życia ratowały Żydów w czasie II Wojny Światowej. Dla upamiętnienia tych bohaterskich osób sadzi się drzewo i umieszcza tablicę z nazwiskiem tej osoby. Najwięcej tych drzew upamiętnia Polaków. Za każdym z tych drzew, kryje się ucieleśniona Miłość. Ci ludzie nie tylko głosili miłość słowem, ale nadawali jej konkretny kształt, niejako ucieleśniając ją. A była to miłość heroiczna, ponieważ praktykując ją można było stracić życie. Poniższa historia ukazuje jaka była cena „ucieleśniania” Miłości w tamtych czasach.
Rodzina Skrobaczów z Krzemienicy pod Łańcutem, narażając życie członków rodziny ukrywała nastoletniego Żyda Abrahama Segala. Mały Abraham stracił rodzinę w 1942 roku. Na własne oczy widział, jak hitlerowiec zaprowadził jego mamę i siedmioletniego brata na miejsce, w którym rozstrzeliwano łańcuckich Żydów. Jemu udało się ukryć i uciec. Odnaleźli go Anna i Antoni Skrobaczowie, którzy narażając życie własnej rodziny bezinteresownie przygarnęli żydowskiego chłopca, dali mu dach nad głową, jedzenie i ubranie. Traktowali jak własnego syna. Michał, syn Anny i Antoniego był wtedy nastolatkiem. Doskonale wszystko pamięta: „Wszyscy się baliśmy. Za przechowywanie Żydów groził natychmiastowy wyrok śmierci”. Małego Abrahama, któremu zmienili imię na Romek ukryli na strychu. W ciągu dnia chłopiec siedział w ukryciu, cicho jak mysz pod miotłą. Najpierw w stodole, w specjalnym koszu, tak żeby nic nie rzucało się w oczy, a potem na strychu. Pod żadnym pozorem nie wolno mu było schodzić na dół. Skrobaczowie w każdej wolnej chwili zajmowali się małym Żydem. Żyli w tak dużym strachu, że Zofia, ich córka ani razu nie widziała Abrahama. „W domu można było wyczuć nerwową atmosferę, rodzice byli podenerwowani. Wiedziałam, że ktoś u nas mieszka, to znaczy domyślałam się, ale zdawałam sobie sprawę, że nie mogę o tym powiedzieć nikomu” – wspomina. Dzięki rodzinie Skrobaczów chłopiec przeżył i wyjechał do Izraela. Już jako dorosły mężczyzna rozpoczął poszukiwania swoich wybawców. Nie było to łatwe, ponieważ nie pamiętał nazwisk, tylko twarze i miejsca. Niestety, przed śmiercią Skrobaczów nie zdążył im podziękować. Przypadkiem jednak na ślad Abrahama wpadł Michał, syn Skrobaczów. Mężczyźni po ponad 60 latach spotkali się i od razu ze łzami w oczach padli sobie w ramiona. Abraham powiedział swojej wnuczce: „Gdyby nie ten Polak, to ani mnie, ani ciebie nie byłoby na świecie”. To stwierdzenie jakby namacalnie obrazuje Miłość, która „wcielają” wyznawcy Chrystusa w swoim codziennym życiu.
Miłość Bożą, która wcieliła się w Betlejem i która czeka, abyśmy ją wcielali w naszym życiu zapowiada Jan Chrzciciel: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandałów”. Przyjmując tę Miłość i „wcielając” ją przez czyn miłości otwieramy bramy naszego zbawienia.
ks. Ryszard Koper