Środa

Kwestia ukraińska wraca do nas jak bumerang. A to za sprawą Kijowa, który w ramach swej polityki historycznej nie chce się wyrzec Stiepana Bandery, UPA i w efekcie ich zbrodni na Wołyniu. Z kolei w Polsce zaczyna się zmieniać także nastrój i nastawienie wobec Ukrainy, na twardszy. Ale Kijów już raczej zlewa opinie Warszawy, bo na ostro gra na swego tradycyjnego przyjaciela i protektora – Berlin.

O tym wszystkim mówi były dyplomata z placówek w Moskwie i na Białorusi Witold Jurasz w wywiadzie dla „Super Expressu” (swoją drogą, można w tabloidzie znaleźć dużo wartościowych tekstów nie będących papką podawaną zupełnie już przekonanym w tzw. tygodnikach opinii).

„Nie jest tak, że Bandera i UPA są w ostatnich tygodniach bardziej czczeni niż miesiąc, rok czy dwa lata temu. A jednak rok czy dwa lata temu władze ukraińskie starały się nie wykonywać gestów, których efektem jest ochłodzenie wzajemnych relacji. Skoro zaś teraz najwyraźniej przestało im zależeć, to musieli dojść do wniosku, że Polska nie jest im już potrzebna” – mówi Jurasz, były charge d’affaires RP na Białorusi i pierwszy sekretarz Ambasady RP w Rosji. Obecnie dziennikarz Polsatu i publicysta Onetu.

Gazeta pyta o słowa Jana Parysa, szefa gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, iż „to nie jest tak, że istnienie Ukrainy jest niezbędnym warunkiem istnienia wolnej Polski”. Od siebie dodam, że nie widzę w nich nic gorszącego, ale konstatację czegoś oczywistego. Z zastrzeżeniem, że istnienie suwerennej Ukrainy uniemożliwia odtworzenie Wielkiej Rosji, co w konsekwencji jednak na losy Polski wpływa. Jurasz myśli zdaje się podobnie: „Nie jest tak, że jeśli Ukraina przestałaby istnieć, Polska traci niepodległość następnego dnia. Niemniej trzeba najwyraźniej powtórzyć – to najwyraźniej nie banał, skoro poważni ludzie o tym zapominają, że póki Rosja zajęta jest Ukrainą, póty energia, którą jest ona w stanie poświęcić Polsce, jest dużo mniejsza. Z tego powodu Ukraina jest z punktu widzenia naszego kraju kluczowa.”

Dlaczego więc sprawy na linii Kijów – Warszawa nie idą ostatnio najlepiej? Jednym z powodów jest typowa dla polskiej dyplomacji ganianka od ściany do ściany. Zauważa to Jurasz: „Moim zdaniem od lat coś jest nie tak z naszą polityką wobec Ukrainy. Najpierw przez lata mówiliśmy o strategicznym partnerstwie, ale przez 25 lat nie doczekaliśmy się żadnego strategicznego projektu. Uważaliśmy też, że ponieważ niepodległość Ukrainy jest ważna, nie stawialiśmy jej nie tylko twardych, ale nawet partnerskich warunków dialogu. Problem polega na tym, że tej niemądrej polityki nie zmieniliśmy na mądrą, tylko na inaczej niemądrą. Wpadliśmy ze skrajności w skrajność (…) Mam wrażenie, że strona ukraińska jest przekonana, że rządy PiS są tymczasowym fenomenem i postanowiła je przeczekać. To zresztą głębszy problem naszej polityki zagranicznej. Nie ma w Polsce konsensusu, co do podstawowych nawet spraw i każda ekipa prowadzi politykę zagraniczną, zapominając, że polityka zagraniczna, by być skuteczna, musi być obliczona na długie lata. Efekt tego taki, że nasi partnerzy z różnych stron świata mogą grać na władzę lub opozycję i rozgrywać je przeciwko sobie”.

Ale problem jest strukturalny i dotyczy potencjału Polski: „Osłabienie Polski w Unii Europejskiej sprawia, że niewiele mamy do zaoferowania stronie ukraińskiej (…) To znaczy, że jest jakiś kraj w UE, który tejże Ukrainie przedstawił jakiś rodzaj gwarancji równoważenia rosyjskiego zagrożenia”. Tym krajem są Niemcy. Bo one potrafią – co podkreśla analityk – i grać dyplomatycznie, i mają czym handlować: rzeczy niezbędne aby dyplomacja była sprawna. „I nie mówię, że trzeba przehandlować politykę historyczną za politykę historyczną. Przedmiotem handlu może być cokolwiek. Jak się nie gra i nie handluje, to nie prowadzi się polityki zagranicznej. Do tego wszystkiego trzeba być jednocześnie twardym, zdecydowanym i życzliwym. My tymczasem albo jesteśmy życzliwi i miękcy, albo twardzi i nieżyczliwi. Na Wschodzie twardych szanują, ale też nie można zapominać, że to musi iść w parze z szacunkiem. Jeśli jest się tylko życzliwym, nie jest się szanowanym. Z kolei partner, który jest wyłącznie twardy, niczego tam nie ugra. Pora to w końcu zrozumieć.”

Jedno jest pewne: Witold Waszczykowski musi odejść ze stanowiska szefa polskiej dyplomacji… Ten koń daleko nie pociągnie, a potrzebne są nowe siły i nowe pomysły na polską politykę zagraniczną. I to nie tylko na Ukrainie.

 

Środa noc

Kolejna rocznica stanu wojennego. Kolejne rytuały rocznicowe. Opozycja totalniacka jęczy, że za rządów PiS niemal jak za Jaruzela: już prawie czołgi na ulicach a ludzie w więzieniach. Z kolei wśród miłośników PiS odwaga a la Piąta Brygada za Piłsudskiego – im dalej od czasów komuny, tym bardziej rosną szeregi niezłomnych i tych, co rzekomo zawsze „przeciw komunie”. To wszystko tak powtarzalne, tak przewidywalne, że w tym roku kompletnie się wyłączyłem. Także i dlatego, że trochę mnie irytuje rozrost „przemysłu rocznicowego, który z obchodzenia, przypominania, celebrowania, zrobił sobie sposób na życie, ciągnąc granty i dotacje. To widoczne zjawisko także w naszym polonijnym grajdole.

Przesyt przesytem, ale pisanie niniejszej kolumny zmusza i zobowiązuje do tego, aby czytać. No i trafił mi się niezły tekścik w necie, autorstwa pisarza Szczepana Twardocha. Nie należę do specjalnych fanów, wytwory jego pióra zresztą słabo znam, ale gęba mi się śmiała czytając (Pani Redaktor, proszę zostawić słowa uznawane za obelżywe, bo tu stanowią tzw. licencia poetica): „Szanowni, czy słusznie wydaje mi się, że odwożąc rano smarkaczy do szkoły nie spotkałem po drodze najmniejszego nawet czołgu? Czy to prawda, że na Wiertniczą ani na Czerską nie wjechał Grom, ani nawet komandosi z Lublińca, na Zbawixie nie stoją leopardy i rosomaki, zaś na fejsie szitsztormy hulają jak zawsze? Skoro tak, to każdemu, kto z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego zechciałby ogłosić, że dziś, po 36 latach, znów jest tak samo jak wtedy, doradzam, by udał się niezwłocznie na poszukiwania ciężkiego, twardego przedmiotu, po czym pierdolnął się nim w łeb.”

No właśnie, ile można grać w tych samych przedstawieniach? I choć w poglądach do Twardocha mi daleko, nie obrażam się, gdy pisze, wręcz podoba mi się: „Ja doskonale wiem co jest czym, a co czym nie jest i o tym właśnie napisałem. Po prostu trochę chce mi się rzygać tą wieczną powtórką: pięć lat temu Wencel z Karnowskimi jęczeli, że ojczyznę wolną raczyć nam wrócić panie, bo Tusk zasadniczo niczym nie różni się od Hansa Franka, więc się grupowo przebierali za powstańców, dzisiaj Hołdys z kim tam jeszcze udają prześladowanych konspiratorów, ludzie, kurwa, są jakieś granice groteski. Acz zapewne leżą one poza granicami Polski.” Od siebie dodam: poza Polską ta polska groteska też jest obecna, oj jest.

 

Jeremi Zaborowski