Skóra karpia jest wrażliwa na dotyk jak rogówka oka. Pamiętasz ból, gdy wpadł ci paproszek? To teraz zamień go na gazetę. I pocieraj – pisze Dorota Sumińska, pani od audycji radiowych, których przez lata słuchaliśmy pasjami, bo nikt tak ciekawie nie opowiadał o zwierzętach, ich przymiotach, zabawnych zwyczajach, temperamencie. Autorka namawia, by nie kupować żywej ryby, która dusi się w ciasnych baliach supermarketów i beczkach wystawionych przed sklepem, a potem dogorywa w plastykowych siatkach, w drodze na świąteczny stół. By lubić karpia. Ale nie w galarecie ani po żydowsku. Tylko tak, jak lubi się psy, koty i świnki morskie. Nie jeść pływających, bo – jak przekonuje – one też czują strach, ból, radość i cierpienie.

Karp w wannie. Nie ma chyba nic bardziej polskiego niż ten obrazek. Choinka na balkonie – bo według tradycji ubiera się ją w wigilijny ranek, nie wcześniej. I ryba czekająca na śmierć. Którą, gdy byliśmy dziećmi, głaskaliśmy i karmiliśmy chlebem. Zanim trafiła pod nóż.

W naszym domu zabijała matka. Ojciec zajmował się smażeniem sprawionej ryby. Tak to jakoś mieli podzielone. Do trudniejszych zadań zawsze stawała kobieta. Mężczyzna przychodził na gotowe. Kiedy już było po wszystkim. Podłoga wytarta, mokre od krwi gazety w koszu na śmieci, razem z wnętrznościami (wątroba, woreczek żółciowy, skrzela, pęcherz pławny), ani śladu po rybobójstwie, uświęconej tradycją masakrze. Na pamiątkę i dobrą wróżbę: każdemu po łusce do portfela. Wierzono, że cienka płytka, przypominająca paznokieć, noszona w portmonetce przez cały rok, przyniesie finansowe szczęście. Zachłanni wkładali po kilka sztuk. Mnie wystarczyła jedna. Za mięsem karpia nigdy nie przepadałam. Miałam wrażenie, że czuć je mętnym, brudnym jeziorem. Zgnilizną. Wysypiskiem. I jeszcze te cholerne ości. Wolałam pierogi z kapustą i grzybami polane gęsto sosem. Ryby nie jadłam. Choć – jak mówi kolejny wigilijny przesąd- powinno się spróbować wszystkich potraw. Dwunastu. Nigdy nie mogłam się tylu doliczyć. Na dodatkowe nakrycie też zwykle brakowało miejsca. Ale nikt o tym nie myślał. Byliśmy głodni, poszcząc od śniadania. I podekscytowani piętrzącymi się pod choinką prezentami. Do stołu siadaliśmy długo po pierwszej gwiazdce. Rzucaliśmy się na ulepione przed paroma godzinami pierogi, oblewaliśmy obrus barszczem. Nurzaliśmy w zapachach i smakach, które- czego jeszcze wtedy nawet nie przeczuwaliśmy – zostaną z nami na zawsze. I które co roku, już w swoich domach, będziemy próbować odtworzyć. Z lepszym, albo gorszym skutkiem. Raczej gorszym. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie w makutrze ucierał miodu z żółtkami na piernik, ani wodował ciasta na makowce. Mając w pamięci twarz udręczonej matki, która przy wigilijnym stole padała ze zmęczenia po kilkudniowym maratonie w kuchni, wybierzemy się do pobliskiej cukierni. A pierogi ulepimy kilka dni, a może i tygodni wcześniej, i zamrozimy. Zamiast karpia podamy łososia. Kompot z suszonych owoców zastąpimy czerwonym winem. Kolędę – rozmową z przyjaciółmi. Albo leniwą zabawą z kotem. Gdy syci zalegniemy na tapczanie podporządkowując się procesom trawiennym.
Rodzinne święta. Te z telewizyjnych reklam i seriali. Nieistniejące. Nieprawdziwe. Jak biała broda Mikołaja. Przyjaciółka z Polski co roku na nie liczy. I co roku przeżywa cichą rozpacz, że się nie udało. Że u teściów było jak zwykle. Sztywno. Nerwowo. Dziwnie. Że teściowa nie daje sobie pomóc. Wszystko musi sama. A potem wyrzeka. Jaka napracowana. Jaka zmęczona. Że nie ma bliskości. Rozmowy. Bycia razem. Tylko wyścigi w nakrywaniu do stołu. Niedorzeczny, niepotrzebny pośpiech. A potem nuda. Potężna. Wszechogarniająca nuda. I poczucie klęski. A mimo to, nie decyduje się na zmianę. Bo mąż. Bo dzieci. Bo tradycja. I święta trzeba spędzać. Za stołem. Przy – migoczącym jak gwiazda betlejemska – ekranie telewizora. Wśród obcych sobie ludzi. Brać udział w bożonarodzeniowej szopce. Odgrywać szczęśliwą, wielopokoleniową rodzinę. Zakładać uśmiech do zdjęć. A potem spakować weka do bagażnika samochodu i w poczuciu ulgi wrócić do siebie.

Kiedy zdaje mi relację z kolejnych „rodzinnych Świąt” przypomina mi się doskonały wiersz Jacka Podsiadły:

Wigilia
Nie potrafię się przełamać.

 

*

W ramach świątecznych przygotowań upiekłam pierniczki. Po kilku latach wreszcie znalazłam zastosowanie dla foremki w kształcie jaskółki, którą kiedyś – w przypływie niekontrolowanego optymizmu – nabyłam w celu doskonalenia sztuki cukierniczej. Ale jakoś się nie złożyło. Teraz, zamiast reniferów i choinek, wykrawam z ciasta „nagłą smutku kotwicę z niewidzialnego jachtu”. I uśmiecham na myśl o nieprzystawalności kształtu do kontekstu. I że może tak właśnie trzeba celebrować święta. Tworząc własne świeckie tradycje, o których nie opowie się dzieciom. Które nie przetrwają do następnego pokolenia. Prawdopodobnie nie przetrwają do następnej Gwiazdki. Są jednorazowego użytku i właściwie pozbawione sensu. I może dlatego warto je pielęgnować.

 

Weronika Kwiatkowska