Jak jest napisane u proroka Izajasza: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki”. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając swoje grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się rozwiązać rzemyk u jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.
Mk 1, 1-8

 

W drugą niedzielę Adwentu, Ewangelia zabiera nas na pustynię, gdzie rozlega się głos św. Jana Chrzciciela: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki”.

Pustynia to szczególne miejsce. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa pustynię Judzką, gdzie nauczał św. Jan Chrzciciel zaludniali pustelnicy i mnisi. W V stuleciu było tu aż siedemdziesiąt trzy skupiska monastyczne. Jednym z nich jest klasztor św. Jerzego Koziby, wzniesiony na stromym urwisku Wadi Qelt. Pustelnicy przybywali na pustynię, aby w samotności odkrywać prawdę i doświadczyć Bożej obecności. Wielkim miłośnikiem pustynnej samotności w bliższych nam czasach był Antoine de Saint Exupéry, który wiele miesięcy spędził na Saharze, w bazie lotniczej. Owocem jego pustynnych przemyśleń jest jest książka zatytułowana „Twierdza“. Jest tam między innymi bardzo wymowna scena, w której ojciec wyprowadza na pustynię syna, by pokazać mu konającą kobietę przykutą do pala za jakieś przestępstwo. Ojciec mówi do chłopca: „Ona już przekroczyła granicę cierpienia i strachu, które są chorobami stadnymi, a na które cierpi całe ludzkie stado. Ona odkrywa prawdę”. Prawda odkryta na pustyni w bliskości Boga przekracza ziemskie bariery cierpienia i śmierci.

Antoine de Saint Exupéry na pustyni odkrył prawdę o współczesnym świecie, którą wyraził w liście do zaprzyjaźnionego generała: „Dziś jestem tak bardzo smutny – głęboko smutny. Smuci mnie moja generacja, która pozbawiona jest wszelkiej substancji ludzkiej, która jako formę życia duchowego zna tylko bary, matematykę i wyścigi samochodowe, a dziś została wprzęgnięta wyraźnie do działań stadnych – działań pozbawionych jakiejkolwiek barwy. Nic więcej człowieka już nie dziwi. Nienawidzę mojej epoki z całej duszy. Człowiek umiera w niej z pragnienia. Ach, panie generale, jest tylko jeden problem, jedyny na świecie. Jak można ludziom zwrócić duchowe znaczenie, duchowy niepokój, pozwolić, by spłynęło na nich niby rosa coś, co przypomina gregoriański śpiew! Widzi pan, nie można już żyć lodówkami, polityką, bilansami i krzyżówkami. Nie można. Nie można już żyć bez poezji, bez barwy, bez miłości… Dwa miliardy ludzi słucha tylko robotów, rozumie tylko roboty i któregoś dnia stanie się robotami. Więzy miłości są tak słabe, tak mało ważne, że ich braku człowiek nie odczuwa, tak jak kiedyś. Człowieka, którego pozbawiono całej jego siły twórczej i który w swej wiosce nie potrafi już nawet zatańczyć czy zaśpiewać. Człowieka, któremu dostarcza się kultury konfekcji, kultury standardowej, tak jak bydłu dostarcza się siana. Tak przedstawia się człowiek dzisiejszy. Jest w Europie dwieście milionów ludzi, których życie nie ma sensu i którzy chcieliby się do człowieczeństwa urodzić. Wszyscy bardziej lub mniej świadomie odczuwają potrzebę odrodzenia”.

 

Słowa pisarza: „Jak można ludziom zwrócić duchowe znaczenie, duchowy niepokój, pozwolić, by spłynęło na nich niby rosa coś, co przypomina gregoriański śpiew!” pobrzmiewają w pieśniach adwentowych. W jednej z nich śpiewamy: „Niebiosa, rosę spuśćcie nam z góry; / Sprawiedliwego wylejcie, chmury. / O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie / I grzechów naszych zapomnij już, Panie! / Grzech nas oszpecił i w sprośnej postaci / stoim przed Tobą, jakby trędowaci. / O, spojrzyj, spojrzyj na lud Twój znękany / I ześlij Tego, co ma być zesłany”.

Jan Chrzciciel w okresie adwentowym zabiera nas na pustynię, która w symbolice biblijnej jest etapem drogi ku Bogu. Wszyscy wezwani do wiary przechodzą przez ten etap. Przechodził go Abraham, gdy opuścił Charan chaldejski, aby szukać Ziemi Obiecanej. Na pustyni rozpoczyna się historia Mojżesza, kiedy Bóg ukazuje mu się w płonącym krzaku i w ciszy pustyni powołuje go do szczególnej misji wyzwolenia narodu wybranego. Na pustyni człowiek doświadcza Boga, który jest mądrością życia i jest lekarstwem na bolączki współczesnego świata, które ukazuje Exupéry w liście do generała. Na tej pustyni pojawił się wysłannik Boga św. Jan Chrzciciel, którego zapowiadał prorok Izajasz: „Głos się rozlega: „drogę Panu przygotujcie na pustyni, wyrównajcie na pustkowiu gościniec dla naszego Boga! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i pagórki obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną. Wtedy się chwała Pańska objawi, razem ją każdy człowiek zobaczy, bo usta Pańskie to powiedziały”. Bóg nie zostawia nas samych na pustyni. Posyła do nas swoich wysłańców.

 

Pustynia w naszym życiu codziennym może przybierać różny kształt, jak też wysłannicy, których Bóg posyła do nas.

Dla Bogdana praca stała się jego pustynią. Był dobry w tym co robił. Z entuzjazmem wykonywał swoją pracę. Dobrze zarabiał, ale jego marzeniem była własna firma. Jednak szansa na posiadanie własnego biznesu, jak sądził, wymknęła się bezpowrotnie. Zmarkotniał, stracił entuzjazm do życia, zaczął zaglądać do kieliszka. Coraz bardziej pogrążał się w samotności, oddalał od innych. Posłańcem na jego „pustyni” stała się jego żona. Powtarzała mu, że jest przy nim, że to co zarabia wystarcza na utrzymanie rodziny i na pewno przyjdzie dzień, kiedy zrealizuje swoje marzenia o własnym biznesie. Uwierzył i jego życie znowu pojawiła się nadzieja i radość.

Klarę wypędzały na pustynię relacje rodzinne. Jej teściowie uważali, że ich syn źle zrobił poślubiając emigrantkę z Azji. Na każdym kroku dawali jej to odczuć. Klara czuła się bardzo źle podczas rodzinnych, mimo, że mąż robił wszystko, aby ja przed tym uchronić. Ale prawdziwym wysłańcem na „pustyni” Klary okazała się ciotka jej męża, która przed laty znalazła się w podobnej sytuacji. W czasie rodzinnych spotkań rozmawiała wiele z Klarą, okazywała jej ogromną życzliwość i miłość. Klara coraz bardziej otwierała się na teściów, mimo ich wyraźnej niechęci. W końcu lody zostały przełamane.

Marka i Iwonę na pustynię lęku i niepewności popychnęła choroba dziecka. Jak każdy rodzic chcieli swojej córeczce przychylić nieba. Ich córka robiła pewne postępy, ale im wydawało się, że są zbyt powolne. Martwili się o przyszłość córeczki, obwiniając się, że może coś przeoczyli w swojej opiece nad dzieckiem. Często ulegali frustracji i strachowi. Ich posłańcem na „pustyni” lęku okazała się pielęgniarka, która pozostaje z nimi w stałym kontakcie, aby odpowiedzieć na ich pytania, wyjaśnić różne sposoby leczenia i upewnić, że ich córka dobrze się czuje. Leczenie postępuje powoli, ale przynosi efekty, a oni przekonali się, że są wspaniałymi rodzicami, którzy niczego nie przegapili w wychowaniu córeczki.
W naszym życiu nieraz doświadczamy „pustyni” samotności, gniewu, zranienia, goryczy, strachu, zawodu. Jeśli wtedy otworzymy swoje serce, to usłyszymy głos posłańca Bożego, niosącego radość i nadzieję. Może to będzie serdeczny przyjaciel, kochający współmałżonek, mądry i wspaniałomyślny członek rodziny, oddany i współczujący opiekun i tak dalej. Każdy z nas staje, i to nie jeden raz na pustyni, która rodzi się w obliczu przemijania, śmierci i wieczności. Na tę pustynię Bóg posyła św. Jana Chrzciciela, który wzywa do przygotowania się na przyjście Mesjasza, który jest naszym życiem i zmartwychwstaniem.

ks. Ryszard Koper