W tej wielkiej, ludnej Warszawie jako swoje towarzystwo wybieram ludzi młodych. A oni mnie nie odrzucają. Bardzo mi z tego powodu miło, ale też na to sobie zapracowałem.
Czy chciałbyś mieć znowu 20 lat? Jest to podobno podchwytliwe pytanie. Ludzie młodzi bywają bowiem nieszczęśliwi. Subiektywnie, ale przecież tylko tak odczuwamy swoje szczęście i nieszczęście.

Ludzie dorośli, na przykład rodzice, mimo szczerych starań nie rozumieją do końca, o co ich dzieciom chodzi, czemu bywają takie złe lub smutne. Przecież są młode, zdrowe, mają wikt i opierunek. Poza tym, Panie dzieju, nie wiedzą co to wojna. Nie wiedzą też, co to komuna. Wydaje im się, że możliwość podróżowania, posiadania paszportu w domu, swobodnej wymiany pieniędzy, wyjazdów za granicę na wakacje, studia lub do pracy jest czymś naturalnym, im się należącym.

Tymczasem sfrustrowana bywa młodzież także w krajach zamożnych: Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii. Wszystko jest relatywne. Gdy młodzież w Indiach, podobnie jak cała reszta rodziny, walczy każdego dnia o przetrwanie, ci młodzi, którzy mają dach nad głową w Garwolinie, marzą o dachach Paryża. Ci, którzy już nie są głodni i spragnieni, są źli, że nie stać ich na codzienne kupowanie Red Bulla. Droga do życiowego sukcesu, kariery prawnika, chirurga, finansisty, polityka, jest stroma zarówno dla mieszkańca małej amerykańskiej miejscowości, jak i Małkini.

Trzeba też podkreślić, że mentalnie 15-18-latkowie są inni niż gdy będą mieć dwadzieścia parę lat. Ten młodszy wiek bywa określany jako „głupi”. To wtedy zakochujemy się nieszczęśliwie, nienawidzimy szkoły, nie możemy znieść rodziców; czujemy się samotni, niezrozumiani, nieszczęśliwi, co czasem nawet prowadzi do myśli samobójczych. Ludzie po dwudziestce są już inni. To często studenci, już gdzieś pracują, wyprowadzili się z domu do innego miasta, są z kimś w związku.

To z tą grupą wiekową najczęściej przestaję. To tych ludzi staram się zrozumieć.
Zawsze tak miałem. Jako redaktor w Nowym Jorku otaczałem się młodymi współpracownikami, zresztą płci obojga, żeby sprawy wyklarować. Może przestawanie z młodymi to recepta, żeby samemu poczuć się trochę młodziej? Cieszyłem się wtedy, gdy cieszyli się oni: pierwszą publikacją artykułu, własnymi zdjęciami w gazecie (dziś to już wrażenia nie robi).

Miałem nadzieję, że pozostanę blisko młodych ludzi, może ucząc ich w liceum albo na uniwersytecie. Skoro propozycji takich prac nie mam, pozostaje mi obcowanie z młodymi w Pawilonach.

Każdy młody w Warszawie wie, gdzie są Pawilony. Jak już pisałem, są to dawniejsze sklepy „prywaciarzy” na zapleczu Nowego Światu. I jedyne miejsce (w lecie dochodzą jeszcze bulwary nad Wisłą), gdzie coś się dzieje w nocy.

Jako miłośnik barów i klubów, jako ćma odżywająca nocą, boleśnie odczuwam brak obyczaju u Polaków starszych wiekiem bywania w barach, w ogóle wychodzenia wieczorem na miasto. (Pójścia do teatru na „Dziady” albo na manifestację uliczną do nocnych rozrywek bym nie zaliczył.). W Stanach w barze siedzą młodzi i jakiś starszy bywalec, pary i osoby samotne, w tym kobiety, i nikogo to nie krępuje. W Irlandii przyjaciele siedzą sobie i śpiewają w pubach. We Włoszech spotykają się w barach i trattoriach.

Skoro nie mamy tego w genach, to i ta barowa młodzież pewnie się wyszumi i stanie się domatorami.

Kurczowo trzymam się bywalców Pawilonów, poznałem też barmanki i barmanów. Na początku są na dystans, mówią mi na Pan. Po wielu postawionych im kolejkach (jest to przyjęte), spoufalili się ze mną, są moimi friends na fejsie. Dziwna to grupa, być może niereprezentatywna. Absolutnie wszyscy mają ciała gęsto pokryte tatuażami. Kolejne płaty skóry są przykryte folią, by goił się kolejny tatuaż. Te permanente malunki na skórze są tematem rozmów i pochwał. Mało tego – niektórzy sami parają się tatuowaniem i ogłaszają swoje usługi. Mają też języki, wargi, brwi i Bóg wie co jeszcze, poprzekłuwane metalem. Pani psycholog (zresztą w ich wieku) tłumaczyła mi, że jest to potrzeba przynależenia do grupy a więc – paradoksalnie – niewyróżniania się. Dziewczyny robią sobie dredy, kolczyki i tatuaże aby zwrócić uwagę chłopaków, którzy mają podobny gust.
W tej grupie wszyscy piją albo opowiadają wszystkim, jakiego mają kaca i dlaczego musieli zrobić przerwę w chlaniu. Palą, jeżdżą rowerami, podróżują tanio za granicę. Ich ręce są przyrośnięte do smartfonów. W każdym zdaniu umieszczają kilka tzw. brzydkich wyrazów. Nawet już nie zwracam na to uwagi. Często studiują – od matematyki przez filozofię, arabistykę, polonistykę, sztuki piękne po prawo i biznes. Zwykle są z innych miast i wynajmują mieszkania na spółkę z innymi przyjezdnymi. Polityka nie zajmuje wiele miejsca w ich sercach i umysłach. Są na ogół krytyczni wobec obecnych władz ale nie do tego stopnia by pójść na jakąś manifę.

Czy jest im łatwo? Rozmawiam o ich dzieciństwie w miałym miasteczku. Te w Polsce wyglądają już całkiem przyzwoicie: nowa kostka brukowa, wyremonotwany rynek i stacja kolejowa, bloki takie jak w Warszawie, przyzwoicie urządzone klasy w szkole. Cóż z tego jednak, gdy nie ma tam co robić. Skoro nie ma tam życia nocnego (oprócz wyjazdu samochodem do stodoły, gdzie grają disco polo), nie ma życia kulturalnego; wreszcie – nie ma pracy. Oni akurat mieli w młodości dach nad głową, wikt i operunek ale – jak wszycy młodzi mieszkańcy prowincji – pragnęli czegoś więcej, wielkiego świata, jakichkolwiek bodźców. Na razie znaleźli je w Warszawie.

Przed nimi dorywcze, mało płatne prace, mozolne kończenie studiów, niejeden zawód miłosny, trudne początki kariery, założenie rodziny, urządzanie domu, być może też – emigracja. Wcale tak lekko im nie będzie.

Czy zamieniłbym się z nimi? Od razu.

 

Jan Latus