50 lat temu, 25 listopada 1967 roku, odbyła się w Teatrze Narodowym w Warszawie premiera „Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka. Zablokowanie tego spektaklu przez władze PRL zapoczątkowało wydarzenia Marca ’68. Widziałem te „Dziady” dwukrotnie, brałem udział w tychże wydarzeniach. Byłem m.in. w straży studenckiej pilnującej, by nikt nieuprawniony nie dostał się na teren Uniwersytetu Warszawskiego podczas strajku okupacyjnego trwającego trzy dni i noce. Przed bramami uczelni gromadziły się setki, jeśli nie tysiące warszawiaków. Piekarnie przysyłały chleby, cukiernie ciasta a prywatne sklepy jedzenie i owoce.

Spektakl Dejmka uzmysłowił mi potęgę żywego słowa i możliwości teatru. Uzmysłowił mi również, czym może być sztuka aktorska. Głównie za sprawą Gustawa Holoubka w roli Gustawa Konrada i Józefa Duryasza jako Księdza Piotra. To przedstawienie sprawiło, że postanowiłem zostać reżyserem teatralnym. Chciałem wystawiać sztuki tak właśnie, jak robił to Dejmek, czyli z inspirującym przesłaniem i w formie tyleż przejrzystej, co atrakcyjnej wizualnie. Nie buntowałem się przeciw tradycji, nie byłem też rewolucjonistą, chciałem dołożyć swoją cegiełkę do jego dokonań a później także do dokonań Erwina Axera i Jerzego Jarockiego.

Profesor Anna Kuligowska-Korzeniewska – wybitny historyk teatru polskiego, tak oto zapamiętała tę wiekopomną inscenizację – „Dejmek skorzystał tylko z części II i III ‘Dziadów’, a układ przedstawienia wywołał patriotyczne emocje. Na scenę wkraczała najpierw gromada z Kazimierzem Opalińskim jako Guślarzem, który przeprowadzał obrzęd dziadów. Obrzęd miał miejsce w kaplicy, którą stanowił trójdrzwiowy ołtarz zaprojektowany przez scenografa Andrzeja Stopkę. Zanim gromada opuściła scenę, Guślarz z krzyżem ręku i na piersiach, z różańcem w dłoni, wygłosił motto-wstęp do III części ‘Dziadów’ pisany w 1832 r. w Dreźnie, już po klęsce Powstania Listopadowego. Mickiewicz dedykował tę część z imienia i nazwiska swoim przyjaciołom, a więc ‘współwyznawcom i współmęczennikom poległym w odległych śniegach rosyjskich’. Gdy gromada zeszła ze sceny, kiedy zaczęły rozgrywać się sceny więzienne z udziałem więźniów caratu. Zanim jednak weszli więźniowie, po tej dedykacji zniknął ołtarz, a z nieba teatralnego zjechała ogromna szarfa przybrudzona na czerwono, czyli znak polskiego męczeństwa. Szarfa z czerwonymi kroplami krwi – tak ją odczytano – zawisła nad scenami więziennymi.

Momentem, który wszyscy zapamiętali była scena ‘Wielkiej Improwizacji’, wypowiedziana przez Gustawa Holoubka w śmiertelnej ciszy. To była pierwsza w dziejach teatru całość ‘Wielkiej Improwizacji’. Holoubek powiedział ją z wielkim żarem. To Holoubek i ‘Wielka Improwizacja’, jak później mówiono, stanowili o wielkości przedstawienia”. Mam pirackie nagranie tejże improwizacji i za każdym razem, kiedy słucham Holoubka przechodzą mnie ciarki i coś dziwnego się ze mną dzieje. Podczas przedstawienia wielkie wrażenie wywarła na mnie piękna wizualnie i zarazem ascetyczna scenografia wspomnianego Andrzeja Stopki i przejmujące sceny zbiorowe. „Sen Senatora” był majstersztykiem tyleż aktorskim Zdzisława Mrożewskiego, co malarsko-choreograficznym.

Władze komunistyczne uznały, że Dejmek tą inscenizacją „wbił nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej” i zdjęły ją z afisza. Wydarzenia Marcowe były najpierw protestem przeciw cenzurze i żądaniem przywrócenia „Dziadów” a później przekształciły się w walkę o uwolnienie aresztowanych studentów i walkę o prawdę w mediach. Strajki studenckie na niemal wszystkich uczelniach w kraju były odbierane przez społeczeństwo jako walka o wolność w nauce i twórczości. Ze strajkujących kolegów najbardziej utkwił mi w pamięci Zygmunt Dzięciołowski z Zrzeszenia Studentów Polskich oraz Magda Umer i Antoni Libera, z którymi byłem w tej samej grupie polonistycznej. Magda była tak nieustraszona w swoich wystąpieniach, że się wszyscy o nią baliśmy. Z wykładowców zapamiętałem profesora Stefana Żółkiewskiego, sławnego hetmana socrealizmu, który podczas nocy strajkowych spał na sąsiednim stole w czytelni językoznawczej i Zdzisława Łapińskiego, naszego ulubionego wykładowcę poezji współczesnej. Nie wiem, skąd miał pomarańcze i inne łakocie, którymi nas obdarzał. Wtedy były nie do zdobycia.

$

Niedawno w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku odbyło się spotkanie absolwentów i amerykańskich przyjaciół Uniwersytetu Warszawskiego, zorganizowane w 200. rocznicę powstania tej uczelni. Podczas podniosłych uroczystości przypominałem sobie swoje studenckie lata na polonistyce. Z profesorów od literatury najbardziej wryli mi się w pamięć: Janina Kulczycka-Saloni, Zdzisław Libera, Eugeniusz Sawrymowicz, Artur Sandauer, Jan Zygmunt Jakubowski, od językoznawstwa zaś: Halina Kurkowska, Renata Grzegorczykowa i Salomea Szlifersztajn. Tę ostatnią uczoną lubiłem szczególnie, bo porywała mnie pasja, z jaką wykładała i odkrywała dawne znaczenia i formy językowe. Najlepsze porozumienie myślowe miałem ze wspomnianą Janiną Kulczycką – Saloni, która widziała we mnie przyszłego komparatystę i proponowała bym po studiach zostal jej asystentem w Katedrze Literaturoznawstwa Porównawczego, którą właśnie tworzyła. Ja jednak połknąłem już na dobre bakcyla teatralnego i poszedłem na studia podyplomowe do szkoły teatralnej. Studiując polonistykę odkrywałem ze zdumieniem, że niemala część asystentów i doktorów nie ma żyłki pedagogiczno-dydaktycznej i zajęcia ze studentami traktuje jako zło konieczne. Ważniejsza była dla nich ich własna kariera naukowa niż nauczanie. Z profesorów pozapolonistycznych najmilej wspominam profesora Władysława Tatarkiewicza. To jemu zawdzięczam przywiązanie do klasycznych podziałów i proporcji oraz trzymanie się zasady złotego środka.

W Nowym Jorku warszawskimi polonistami są również: Anna Frajlich-Zając, poetka i profesor na Columbia University, Hanna Hartowicz, organizatorka nowojorskich festiwali i projekcji filmów polskich (podpowiadała mi na zajęciach z gramatyki opisowej), Zofia z Doktorowiczów – Kłopotowska, redaktor naczelna „Kuriera Plus” i Elżbieta Matynia, obecnie profesor socjologii w nowojorskiej New School for Social Research.

$

W nowojorskim Instytucie Piłsudskiego ciekawy wykład za ciekawym wykładem. W pełni podzielam przeświadczenie profesora Marusza Wołosia, że minister spraw zagranicznych Józef Beck nie miał żadnego wyjścia w okresie bezpośrednio poprzedzajacym wojnę i niczego nie zaniedbał, by do tej wojny nie dopuścić. Onegdaj interesowałem się postacią Becka i obłożyłem się sporą literaturą na jego temat. Niejedno można mu zarzucić, ale nie to, że coś zawalił, chcąc ocalić Polskę od katastrofy. Natomiast ze znakomitego wykładu profesor Beaty Dorosz o przyjaźni poetów – Jana Lechonia i Kazimierza Wierzyńskiego przebijał smutny obraz losu polskich twórców na emigracji politycznej. Obaj radzili sobie z tym losem jak mogli, ale obu spalała tęsknota za Polską jako właściwą glebą dla ich twórczości. Nie mamy dziś poetów tego formatu.

 

Andrzej Józef Dąbrowski