„Doskonale wiem, co do mnie przylega. To ja muszę utożsamić się z materiałem, który dostaję, mieć prawo zinterpretować go tak, jak chcę. Ulepić go na obraz i podobieństwo swoje. Nie zgadzam się z reżyserami, którzy próbują zmusić mnie do swojej koncepcji, chcą by nastąpiło całopalenie. Teraz mnie zmienią. O nie! To nie ze mną, mam rogatą duszę” – mówi Irena Santor. Artystka w latach 1951 – 59 była solistką Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”, następnie rozpoczęła karierę solową, która – choć oficjalnie zakończyła ją koncertem pożegnalnym w 1991 roku – trwa do dzisiaj. Santor nagrała ponad tysiąc piosenek i kilkadziesiąt płyt. „Najistotniejszym osiągnięciem w tej pracy jest rozpoznawalność – własna barwa głosu, własny styl, własna intymność, czyli sposób postrzegania świata. To się składa na indywidualność” – mówi piosenkarka. „Na moich koncertach pojawiają się młodzi. Choć nie kłaniam się im nowymi aranżami, słuchają tego, co i jak śpiewam. Przychodzą do garderoby, mają zdziwione oczy. Bo jak to, ja, taka starsza pani, a ich przekonałam. Mówią, że to fajne było, bo jakieś. To potwierdzenie, że jeszcze przez chwilę mogę śpiewać” – przekonuje artystka. „Piosenka zaśpiewana dziś i za miesiąc może być zupełnie inna. Wpływa na to energia publiczności. Mam z nią porozumienie, choć nawet jej nie widzę. Jestem tremiara. Na tremę chorowałam wiele lat. Ślady zostały” – przyznaje Santor. „Czasami na koncercie chłód, jakby topory siedziały. Myślę: „Jak się do nich dobrać, rozbroić?”. Zakładam trochę grubszą skórę i śpiewam, przyjmą czy nie. Ale śpiewam siebie. Tylko siebie. Daję wam siebie na pożarcie. Zróbcie, co chcecie. Może to moja przekora? Ale przecież zależy mi na ich zdobyciu. Różnica między brawami jest tak czytelna, że od razu wiadomo, co znaczą. Kiedy słyszę, że widzowie są już po mojej stronie, mam poczucie zwycięstwa” – zdradza. Na pytanie – czy walczy o złudzenia, o marzenia – bo o tym są jej piosenki, Irena Santor odpowiedziała: „Nie umiem się zgodzić na to, że pewnego dnia mnie nie będzie”. Dlatego nadal pozostaje na scenie.

 

*

W przeciwieństwie do kilku popularnych zespołów, które właśnie ogłosiły koniec swojej działalności. Jednym z nich jest grupa Hey, o której – co trzeba wyraźnie podkreślić – nie można powiedzieć, żeby odcinała kupony od dawnej popularności. Każda z kilku ostatnich płyt była wydarzeniem, zespół zdobywał hurtem nagrody muzyczne i serca coraz młodszych fanów. Mimo wszystko, dość niespodziewanie, Katarzyna Nosowska poinformowała, że kapela wyrusza w jubileuszową trasę zatytułowaną „Fayrant”, a potem zawiesza działalność. „Podjęliśmy decyzję, że najwyższa pora dać odpocząć od nas ludziom. Jesteśmy wszyscy w zespole już w tym wieku, że to chyba ostatni moment, żeby poczuć, jak to jest zaryzykować. Dowiedzieć się, kim jesteśmy bez tego projektu” – mówi wokalistka. „Nie twierdzę, że to jest definitywny koniec. Po prostu nie wiemy, ile to potrwa. Na pewno nie wrócimy za pół roku, rok, i to nie chwyt marketingowy. Może – jak ludzie się stęsknią, a my za jakiś czas będziemy mieli dużą potrzebę powiedzenia czegoś ważnego – jako dziadkowie nagramy piękną płytę” – śmieje się. „Jest tak wiele młodych osób, które zasługują na uwagę. Moment, kiedy odejdziemy w cień, będzie korzystny dla wszystkich” – przekonuje liderka. „Uważam, że zmiana warty już się dokonała. A ten nasz Hey to taki dąb Bartek” – dodaje. Katarzyna Nosowska przyznała, że wyszła z decyzją o zawieszeniu zespołu, bo od pewnego czasu patrzy na życie nieco inaczej. „Finałem jest śmierć i ona jest absolutnie nieunikniona” – mówi artystka. „Nie zrozum mnie źle, nie chcę tu straszyć i kogokolwiek dołować, nie podchodzę do tego faktu w sposób ponury. Ale jeżeli człowiek uświadomi sobie, że życie to tylko ten fragment od narodzin do śmierci, że mamy do dyspozycji ten jeden odcinek, na którym nie wiemy nawet, ile zajmie na osi czasu, musi iść za tym refleksja, jak unikalny to czas. Z tej perspektywy rady typu: „Masz dobrą pracę, to się jej trzymaj”, tracą sens. Moja mama jest przerażona tym naszym pomysłem, powtarza: „Wybrałaś sobie naprawdę beznadziejny sposób na życie, a jak już w końcu się w tym jakoś osadziłaś, radzisz sobie, to teraz, na stare lata, z tego rezygnujesz?!”. A ja chcę się dowiedzieć czegoś na swój temat. Uważam, że to obowiązek każdego człowieka – nie przeglądać się w innych ludziach, tylko wystawić samego siebie na próbę” – mówi Katarzyna Nosowska. I trudno nie przyznać jej racji. Wygląda na to, że Hey będzie pierwszym zespołem w ostatnich latach, który – jak w piosence innego dinozaura – zejdzie ze sceny niepokonany.

 

*

 

Czy czuje się pan szczęśliwym człowiekiem? – zapytano Grzegorza Turnaua, który kończy właśnie 50 lat i choć specjalnie nie celebruje tego wydarzenia, wydał jubileuszowy album. Artysta odpowiedział: „W ogóle nie mam aspiracji do bycia szczęśliwym. To byłoby dość nudne” – stwierdził. „Mnie się podoba to, co powiedział Leszek Kołakowski, że życie może być ciekawe i zabawne, pod warunkiem, że nie będziemy chcieli być szczęśliwi. Lubię normalne życie. Lubię poniedziałki, poranki. Cenię je. Nie jestem nałogowcem uniesień. Uwielbiam takie chwile, ale potem niech sobie idą. Potem jest „codzienny cud” według Bronisława Maja. Albo – jak to napisał mi kiedyś w piosence Leszek Aleksander Moczulski: „Człowiek jest złoto, srebro albo miedź/ nie można wszystkiego naraz chcieć” – śmieje się artysta. I dodaje: „Nowa płyta zatytułowana jest „L”. Wiek męski, wiek klęski. „50” – „pięć zero” – wygląda jak wynik meczu albo numer domu. „L” wzięło się, oczywiście, z rzymskiej notacji. Uznałem, że to dobry tytuł, bo „L” przypomina fotel lotniczy. Leć! – to takie młodopolskie” – żartuje. „Może też być symbolem nauki jazdy, a zaczynałem jazdę w tej branży przed maturą, więc takie skojarzenie też jest uzasadnione. Można kojarzyć z lamusem, albo labiryntem. Od „L” zaczyna się mnóstwo światowych słów, jak love czy life. Ale też: „literatura”, „lewica”, „leszcz”. Można się przy okazji zabawić. Na płycie nagrobnej Macieja Słomczyńskiego jest napis: He lived, he loved, he laughed, he left. Też bym tak chciał”.

 

Weronika Kwiatkowska