Kazimier Deyna tytuł króla strzelców zdobył na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium w 1972 r. W siedmiu meczach strzelił dziewięć goli. Po mundialu ‘74 został wybrany trzecim piłkarzem świata.

 

Trochę nieśmiały, nieufny, cichy, długo obserwował ludzi, zanim się zaprzyjaźnił.  Ożywiał się gdy wbiegał na boisko. Piłka była jego afrodyzjakiem. A on bożyszczem kibiców. Dzisiaj jest mitem. Jego pomnik stanął na stadionie w Starogardzie Gdańskim, gdzie zaczynał kopać piłkę i przy stadionie Legii w Warszawie gdzie zdobywał mistrzowskie szlify.
Zanim wyjechał z kraju na zawsze, grał 97 razy w reprezentacji Polski. To były złote czasy polskiego futbolu. Kazimierz Deyna, najlepszy polski piłkarz XX wieku, gdyby żył, obchodziłby w tym roku 70. urodziny.
*
Ten rok, nazwano w Starogardzie Gdańskim, rokiem Kazimierza Deyny. Tutaj się urodził, wychował i tutaj rozpoczęła się jego przygoda z piłką. Deyna nigdy o swoim mieście i o pierwszym trenerze, Henryku Piotrowskim, nie zapomniał. Często wspominał starogardzkie czasy.
Przez cały rok miasto żyło swoim bohaterem. Organizowano imprezy sportowe, muzyczne, turnieje, a 23 paźniernika, w dniu urodzin Deyny, wielką uroczystość połączoną z konferencją na temat Deyny. Zorganizowała ją Pomorska Szkoła Wyższa w Starogardzie Gdańskim we współpracy z Pomorskim Związkiem Piłki Nożnej oraz Urzędem Miasta.
Deyna jest ich wizytówką. A jego niezwykła kariera sportowa budzi ciągle zainteresowanie wśród specjalistów od piłki nożnej, historyków sportu i kibiców.
 – Te uroczystości to prezent urodzinowy dla ciebie Kaziu  – mówił prezydent Starogardu Gdańskiego Janusz Stankowiak.
Z Nowego Jorku, z urodzinowym prezentem, przyjechał Janusz Marciniak, wieloletni przyjaciel Deyny z amerykańskich czasów. Poznali się w San Diego, gdzie obaj mieszkali.
W domowym archiwum Janusza były dziesiątki prywatnych zdjęć z Deyną. Ze świąt, urodzin, spotkań na plaży, wypraw do Meksyku, z treningów, gdy Kazio grał w San Diego Sockers.
– Wiedziałem, że mam unikalną kolekcję, nigdy nie publikowanych zdjęć ale nie miałem pomysłu co z nimi zrobić  – wspomina Marciniak. Kilka miesięcy temu napisałem do Stargardu Gdańskiego, do Ośrodka Sportu i Rekreacji.

Odpowiedź była natychmiastowa. – Bierzemy wszystko co pan ma. A później przyszło zaproszenie na uroczystości.
Skanowałem, powiekszałem, oprawiałem te zdjęcia sprzed ponad 25 lat. I przypominał mi się czas spędzony z Kaziem i lata w San Diego. Był moim najlepszym przyjacielem. Dobrze, że chociaż taki prezent mogłem mu zrobić. Szkoda, wielka szkoda, że już go nie ma. Tak sobie myślałem, podczas uroczystości w Starogardzie Gdańskim, że pewnie Kazio patrzy na nas z góry i uśmiecha się. Pewnie gra tam w jakieś drużynie trenowanej przez Pana Boga.

W San Diego, w niedziele, chodziliśmy na mszę do polskiego kościoła. Kościół był dla Kazia ważny. A później na brunche do historycznego Coronado Hotel. To było jego ulubione miejsce. Siadaliśmy przy stoliku z widokiem na Pacyfik. Kazio lubił żyć z rozmachem.

*

Jaki był Deyna, dlaczego jego niezwykła, sportowa kariera zatrzymała się w USA? Zdobył tutaj, co prawda, pięciokrotnie tytuł halowego mistrza Stanów Zjednoczonych ale mógł osiągnąć znacznie więcej.

Te pytania nurtują ciągle specjalistów od sportu, przyjaciół Deyny z boiska i dziennikarzy.
Kiedy wyjeżdzał z Polski, w 1978 roku, aby grać w Menchesterze był międzynarodową gwiazdą. Znano go na wszystkich najważniejszych stadionach świata. „W Anglii przywitano go jak prawdziwego mistrza. 25 listopada 1978 roku włożył pierwszy raz błękitną koszulkę Manchester City. Nie upłynęło jednak wiele czasu, jak z czołówek gazet przeniósł się na ławkę rezerwowych” – czytamy w książce Stefana Szczepłka pt „Deyna”.
W Anglii jakoś mu nie wychodziło. Co prawda w lidze angielskiej zagrał 38 meczów. Strzelił 12 bramek. Ale to nie było to. Problemy z menedżerem, z trenerami. Ciągle był jednak gwiazdą.

Trzy lata później uległ namowom menedżera Teda Miodońskiego i podpisał kontrakt z amerykańską, zawodową drużyną piłkarską, San Diego Sockers. To był początek nowej drogi, ale jednocześnie koniec kariery w świecie prawdziwej piłki nożnej.

Wszystko zapowiadało się znakomicie. W San Diego znowu błyszczał! Był najlepszy. Lubili go kibice i prasa. Rozpoznawali go na ulicy, w restauracji, na plaży. Wszedzie, gdzie się pojawił. Ale za bardzo wyluzował. Za mało trenował, za dużo używał życia.

No i zaczęły się problemy finansowe. Wszystko co zarobił, a były to bardzo duże pieniądze przekazał w ręce menedżera Teda Miodońskiego, któremu ufał bezgranicznie. Ten miał inwestować i pomnażać majątek. Ale Miodoński okazał się oszustem i złodziejem. Deyna stracił wszystko. Załamanie psychiczne, alkohol, problemy rodzinne. Było coraz gorzej.
W San Diego Sockers rozegrał 256 meczów, strzelił w nich 152 bramki. Był rekordzistą North American Soccer League pod względem liczby punktów zdobytych w jednym meczu. Ciągle zdobywał tytuły i uznanie. Ale rozpoczęły się problemy z trenerem. Grał coraz mniej. W końcu nie przedłużonu mu kontraktu. Koledzy namawiali, żeby wrócił do Polski. Od dawna mawiał przcież – „mam w życiu jedno marzenie. Kiedy już się ustawię w tej Ameryce, wrócę do Polski i założę szkółkę piłkarską dla dzieci” – pisze w książce o Deynie Stefan Szczepłek.

Ale Deyna bał się wrócić. Zaczął trenować dzieci w San Diego. Rósł stres i problemy.
1 września 1989 wracał w nocy do domu. Uderzył w stojącą na autostradzie ciężarówkę. Zginął na miejscu.

Żegnały go tłumy. Podczas pogrzebu odegrano hymn amerykański i polski. A później z płyty zaśpiewał Elvis Presley. Bo Deyna kochał Presleya.

Pozostał po nim mit i dziesiątki pytań.

 

Małgorzata Kałuża