Niedziela
BBC Four zrobiła kilka lat temu film o George’u Orwellu. Znalazło się w nim ostatnie przesłanie pisarza. Piękne słowa, nagrane w ostatnich miesiącach, a może tygodniach życia. Widoczna gruźlica, wywiad w łóżku, pełny dramat. Ale jak to zwykle bywa, „zbyt piękne aby było prawdziwe” – to tylko udramatyzowane wystąpienie na potrzeby filmu. Podobnie jak ostatnie słowa Orwella – zostały sklejone z wypowiedzi pisarza. Nie ma żadnych filmowych ujęć Orwella (nie zachowały się) ani zapisów dźwięku, tak więc autorzy fabularyzowanego dokumentu BBC „George Orwell: A Life in Picture Full Documentary” musieli je stworzyć. Zrobili to tak sugestywnie, że na ten klip – jako rzekomo prawdziwy – dało się nabrać wiele osób, ze mną – początkowo – włącznie. To tak a propos #FakeNews…

Ale słowa warto zacytować. Odpowiada filmowy Orwell pytany o ocenę swojej książki „1984”, słowami sklejonymi ze swoich wypowiedzi na piśmie: „Biorąc pod uwagę, że książka była przede wszystkim parodią, coś takiego jak opisałem w powieści ‘1984” może się tak naprawdę stać. To kierunek w którym dzisiaj zmierza świat. W naszym świecie, nie będzie innych emocji jak: strach, gniew, poczucie triumfu… Pożądanie seksualne będzie zlikwidowane, powinniśmy zlikwidować też orgazm. Nie będzie żadnej innej lojalności z wyjątkiem lojalności wobec Partii. Zawsze będzie upojenie władzą. Zawsze, w każdej chwili, rozkosz zwycięstwa, wspaniałe uczucie deptania bezsilnego wroga. Jeśli chcesz wyobrazić sobie przyszłość, pomyśl o bucie depczącym twarz człowieka, depczącym cały czas. Morał z tego koszmaru jest prosty: nie dopuść do tego, aby to się stało. To zależy od ciebie.”
Orwell stał się znów popularny wśród amerykańskiej lewicy po zwycięstwie Trumpa, gdyż rzekomo miliarder w Białym Domu ma przynieść zamordyzm i koniec demokracji. Śmiem wątpić. Jeśli zamordyzm się zrealizuje, to właśnie pod hasłami kawiorowej lewicy, która niczym walec walcuje wszystkich myślących inaczej. Jakie by nie były powody, dobrze że pisarstwo Orwella wraca, bo to wielka rzecz. Uczciwe, do bólu, nawet często wbrew lewicowym inklinacjom autora.

Jak sam pisał, pisanie jest „przedsięwzięciem strasznym, wyczerpującą walką”, jak zmagania z ciężką chorobą. Dlaczego napisał „1984”? Pisarze są próżni i leniwi, więc musi być jakaś tajemnica i siła, która ciągnie. Po szkole, zamiast na uniwersytet po ekskluzywnym Etonie, pojechał szukać tyranii, do której lgnął niczym ćma do światła. Zobaczył Birmę i dłużej nie mógł służyć imperializmowi – przez pięć lat był członkiem systemu opresyjnego. Od wieku pięciu lat wiedział, że będzie pisarzem. Przez pracę w Birmie próbował uciec od przeznaczenia, ale nie dało się. W 1929 r. wraca do Wielkiej Brytanii. Od lat dwudziestych ciągłe choroby płuc, prawdopodobnie gruźlica, ale bał się zgłosić na badania ze względu na zagrożenie kwarantanną. Underclass czyli biedni i pół kryminaliści w zachodnim Londynie, w Paryżu dorabiał wśród biedoty – pod koniec swoich lat dwudziestych pisał o biedakach. Jego dzieło „Down and Out in Paris and London”: chciał ucieć przed jakąkolwiek dominacją człowieka nad człowiekiem. W 1933 r. powstał George Orwell – po pięciu latach służby Imperium oraz kilku latach z biedakami i odrzuconymi. Później była Hiszpania, gdzie walczył z faszyzmem. Ale tam właśnie, w Katalonii, zobaczył zamordyzm i terror sowiecki, wprowadzony przez doradców z Sowietów w imię… walki z niedobrymi faszystami. I tak narodził się prawdziwy Orwell-pisarz, zwalczający totalitaryzm bez względu na barwy ideolo.

Niedziela noc
Z pokory bierze się cierpliwość. Niecierpliwość, moja ciągła zmora, zawsze niszczy naturalny bieg rzeczy. Ale trzeba zaufać, aby być cierpliwym. Nie wyprzedzę siebie, aby zrobić zadania i rzeczy, które nie są mi przypisane. Mogę tylko zniszczyć Jego plany, poprzez niezgodę i niecierpliwość. Jak do tej pory, mam życie składające się z setki, może więcej, porażek. Lepiej jednak słuchać mądrych ludzi. W internecie wpis osoby, która wie: „Moja obłożnie chora pacjentka mówi mi dziś: całe życie zabiegamy o chwile, a na koniec potrzebujemy tylko świeżej pościeli i życzliwej dłoni”.

Wtorek
„Czarny piątek” czy „Cyber poniedziałek”, ciężkie przeżycie psychiczne. Dla mnie, przybysza z przednowoczesnej Polski, jednym z największych zderzeń jest kontakt ze światem totalnie zmaterializowanym, gdzie nie ma właściwie żadnej duchowości, a jedynie żądze doczesności. Nie mówię o pobożnych miejscach chrześcijańskiej gorliwości – których w Ameryce wiele – ale współczesnym filmie czy kulturze pop, gdzie postaci smędzą się klnąc, robiąc heheszki ze wszystkiego, ale tak naprawdę czuć wielką pustkę, której nie zapełnią kolejne wypite piwa, zapalona trawka czy seks z przyjaciółmi albo nieznajomymi. Ani nawet zagadania komediantów czy pełne obelg dowcipy telewizyjnych szołmenów. W tym świecie sukces mierzy się materialnością i dobrym samopoczuciem feeling good. A święta jeśli są w ogóle, zamieniają się w wielkie Święta Materializmu. Byłem tam. Zapewniam, nie uzyska się prawdziwego szczęścia zaliczając kolejne seksualne podboje czy tracąc trzeźwość w ten czy inny sposób. Na końcu drogi zawsze jest „więcej”, bo tak działa fizyczne uzależnienie, chemia głowy, połączenia neuronowe. I wielka pustka kamuflowana pytaniem: „to tak miało wyglądać moje życie”? Bez Boga prawdziwego ani rusz. Bo jak napisał G. K. Chesterton: „Jeśli ktoś przestaje wierzyć w Boga, niebezpieczne nie jest to, że on zacznie wierzyć w nicość, ale że uwierzy w cokolwiek.”

Środa
Kolejne doniesienia o seksualnych nadużyciach w pracy albo naokoło pracy zmiatają kolejne grube ryby szołbiznesu. To poczucie pychy wynikające z faktu, że oglądają Twoją twarz miliony, musi być cholernie mocne, skoro ci ludzie ryzykują wszystko, aby podupczyć nawet z podwładnymi w pracy. A może to poczucie bezkarności? Fakt, wali się ten światek – bo w bajerki, że tu nikt nic nie wie, nie słyszano, w ogóle tabula rasa – to chyba uwierzyłyby przedszkolaki.

Święty Paweł dobrze to chwyta, pisząc: „lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych stali się głupimi. I zamienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonożnych zwierząt i płazów.” Czyż nie wspaniały opis celebryckich gwiazd i bóstw? Rzekoma nowoczesność, unurzana w gusłach i wierze w talizmany, pierścienie na palcach, tatuaże, jakieś przesądy czy pootwierane czakramy, wszystko przykryte najlepszymi kosmetykami i szmatkami od wszystkich Versace tego świata. A w środku serce zatwardziałe, żądza panowania, poniżania, deptania, choć na buzi wymalowany piękny uśmiech z rzędem błyskających zębów.

Jeremi Zaborowski