„Na tropach polskości”, „Śladami Polaków”, „Polonia na świecie”, „Nad Amazonką rozbrzmiewa nasza mowa”. Takie to pretensjonalne tytuły dawaliśmy relacjom z odległych miejsc, w których mieszkają Polacy.

Relacje te były popularne również w prasie polonijnej. Nie wiedzieć czemu, dziennikarzom i czytelnikom nie wystarczało, że większość objętości pism poświęcona jest sprawom polskim i polonijnym, w naszym przypadku – Polonii w Ameryce. Chcieli czytać o Greenpointach na całym świecie, o Ridgewood w Londynie, o Garfield wśród australijskich stepów, o polskim Latarniku na Białorusi.

Wydawało się dziennikarzom, że te tematy powinny być nam bliskie, gdyż emigranci wszędzie w świecie mają podobne problemy adaptacyjne, spotykają się z dyskryminacją lub przynajmniej traktowani są przez autochtonów z góry. Opisywano też – podobne wszędzie – finansowe problemy, zwłaszcza na początu emigracji, i tęsknotę za ojczyzną. Wedle opisujących i czytających te historie, emigracja jest bowiem cierpieniem, niesieniem krzyża, poświęceniem się, na przykład dla rodziny. Jest smutną koniecznością, historycznym uwarunkowaniem, ekonomicznym przymusem.

Sylwetki bohaterów były podobne: opis trudnych warunków lub prześladowań w PRL-u a nawet jeszcze pod zaborami, łzawa historia wyjazdu, ciężkie pierwsze dni a nawet lata, momenty załamania i rezygnacji, myśli o powrocie. Nieudane biznesy, osoby (Polacy?), które nie pomogły a czasem zazdrościły i niszczyły. Przypadkowe prace, degradacja społeczna, próby przekwalifikowania się, nowe studia i kursy.

Ważnym i obowiązkowym punktem jest opis dzieci wychowywanych w duchu polskości i mówiących po polsku jak profesor Miodek, a także znaczenie religii w podtrzymywaniu ducha polskiej rodziny na uchodźstwie.

Obecne życie takiego emigranta opisywane bywało w tonie konsyliacyjnym. Co było a nie jest, w końcu przecież sobie poradził. Szanuje i polubił nowy kraj ale o Ojczyźnie zawsze będzie pamiętał. Jeździ tam, współpracuje, ma spotkania autorskie/funduje szpitale/otwiera firmy/odwiedza dziadków na wsi.

Wśród reportaży o Polakach za granicą trafiają się bowiem i takie, w optymistycznym tonie. Owszem, udręki początków emigracji są opisane jak trzeba, ale kładzie się nacisk na późniejsze sukcesy naszego rodaka – finansowe, zawodowe, polityczne.
Ponawiam pytanie: dlaczego mieszkaniec Greenpointu miałby być ciekawy życia w polskiej dzielnicy Londynu, zamiast czytać plotki o rodzinie królewskiej?

Zapewne uważa się, że czytelnik amerykański znajdzie gdzieś bliźniacze do swoich historie. Przy okazji będzie porównywał losy swoje z losami rodaków w innych krajach – i dzięki temu te kraje porównywał. Omijając opisy starganej psychiki Polaka w Szwecji będzie podkreślał w tekście, jakie prace są tam dostępne i ile płacą. Słowem, czy warto się tam przenieść z Ameryki skoro ta, jak wiadomo, się wali.

Nie wiem, czy w amerykańskiej prasie polonijnej ciągle ukazują się takie reportaże. Pewnie jest ich mniej, bo też dziennikarze polonijni cienko dziś przędą i raczej nie latają prywatnie, tym mniej – służbowo do Brazylii, by poznać Polonię w Kurytybie, a nawet do Arizony by napisać profil polskiej agentki nieruchomości.

Pora teraz wyjawić kolejną – i zapewne najważniejszą – przyczynę tropienia i opisywania Polaków za granicą: bo nas za darmo przenocują.

Było tak zawsze, za PRL-u jeszcze bardziej. Nawet gdy pisarz czy filmowiec wybierał się na reportaż, starał o paszport i dofinansowanie ze strony ministerstwa czy wydawnictwa, musiał wyjazd ideologicznie uzasadnić. Chęć poznania Paryża nie była wystarczającym powodem. Opis trudnych warunków życia Polonii w tym mieście był już niezłą podkładką. Dzięki takim wydumanym, patriotycznym pomysłom niejeden fotograf i dziennikarz poleciał do Australii i zwiedził Stany.

Jeśli nawet władza dała paszport, błogosławieństwo i minimalne diety, nadal codzienne mieszkanie w hotelach było poza możliwościami reporterskiej ekipy. (No i była silna pokusa zaoszczędzenia diet, żeby za nie postawić sobie w Polsce dom.) Dlatego też nasi pisarze-globtroterzy zawczasu wynajdowali organizacje polonijne w Nowej Zelandii, polskiego misjonarza w Boliwii, Polaka z Los Angeles znającego gwiazdy filmu.

Przed całe dekady polscy i polonijni reporterzy koczowali na kanapach Polonusów na całym świecie. Czasem powracali do niech wielokrotnie; bywało, że szczerze się zaprzyjaźniali. Nagrodą za to były piękne, czasem podretuszowne wizerunki tych ludzi w polskich mediach.

Nie tylko o pieniądze chodziło. Obracanie się wśród Polaków w danym kraju było mniej stresujące i prostsze. Można było dogadać się po polsku, mieszkający od lat rodak wszystko pokazał, obwiózł samochodem, pomógł załatwić sprawy, komentował fachowo sprawy swojego kraju.

Dziś takich reportaży w krajowej prasie jest mniej ale nadal ukazują się książki o Polakach mieszkających za granicą – lub przez nich samych pisane (to jednak inny wątek). Bywają wśród nich pozycje bardzo dobre, jak zbiór sylwetek Polaków na wyspach brytyjskich pióra Ewy Winnickiej.

Wyżywam się na dziennikarzach a przecież nie tylko oni korzystają z sieci Polaków rozsianych po świecie. Piszę często o tanich lotach międzynarodowych z Polski. Jakiż jednak byłby pożytek z biletów za sto złotych do Londynu, Dublina i Paryża gdyby wszędzie tam trzeba było wynajmować drogi hotel? Jeśli podróżujący są młodzi, może nie przeszkadzają im niewygody wieloosobowych pokoi i wspólnych sanitariatów w schroniskach. Inni jadą w grupie i wynajmują na spółkę mieszkania. Jeszcze inni korzystają z couch surfing, czyli ładują się, za darmo, na kanapę jakiegoś obcego gościa. Na pewno jednak w większości nasi jadą do naszych. Skoro setki tysięcy Polaków mieszkają w Irlandii i Anglii, to do nich za bezcen przylatują ich ziomale, kuzyni i kumple ze studiów.

Czy – niewysoką – ceną za darmowy nocleg i odbiór z lotniska nadal będą artykuły i filmy dokumentalne? Raczej nie. Nikt też nie pochwali gospodarzy w Internecie i nie zamieści na fejsie selfies razem z nimi – po co inni mają się dowiedzieć o darmowej chacie w Barcelonie?

Jan Latus