Słoneczne dni w Nowym Jorku, choć już końcówka listopada. Kiedy dzień jest słoneczny, to i ja jestem słoneczny a jak ponury, to i ja wpadam w ciemne nastroje. Jestem wprost proporcjonalnie uzależniony od pogody. Święto Dziękczynienia także było słoneczne. Lubię je. W pewnym stopniu stało się i moim świętem. Wszak napracowałem się w tym mieście bardziej niż w Polsce. Napisałem w nim setki artykułów, przeprowadziłem dziesiątki wywiadów, zredagowałem ponad tysiąc tekstów, opublikowałem dziesiątki wspomnień i portretów, wygłosiłem kilka prelekcji i wykładów. W telewizji prezentowałem wydarzenia literackie i kulturalne a dla radia przygotowałem ponad dwieście programów o tematyce społecznej i polonijnej. Byłem również licealnym polonistą i wychowawcą maturzystów. Przez ostatnich pięć lat opracowałem ponad tysiąc dokumentów historycznych. A były też inne prace w okresach banicji i walki o przetrwanie. Niekiedy ciężkie.

$

W wieżowcu, w którym mieszkam odbyło się wielogodzinne przyjęcie dziękczynne nie tylko dla samotnych lokatorów, ale także dla wszystkich chętnych. Świetna inicjatywa. Smakowite zapachy z sal recepcyjnych na parterze dochodziły aż na moje 15 piętro. W windach wzmożony ruch z garnkami i formami do pieczenia. Nie uczestniczyłem w tymże przyjęciu, bo miałem kilka innych zaproszeń. Bardzo kuszących. Zdecydowałem się spędzić pierwszą część tego dnia w Centrum Rehabilitacyjnym „Archcare”, prowadzonym na Upper East Side przez Karmelitanki Obute. Po operacji kolana przebywa tam zaprzyjaźniona Dama z Zakonu Kawalerów Maltańskich. Wieczorem zaś wraz z przyjaciółmi świętowałem już tradycyjnie u Maleny Zawadzkiej, powszechnie lubianej artystki, uprawiającej malarstwo naiwne i aktorstwo kabaretowe. Podczas obu przyjęć nie skąpiono dobrych win, zatem wpadłem w znakomity nastrój. Nie straszne mi były nawet spory polityczne, które zarysowały się u Maleny przy deserach. Na szczęście nikt się na nikogo nie obraził i nikt z nikim nie zerwał. Wszyscy pozostali przy swoich zdaniach. I – co najdziwniejsze – sprawiali wrażenie, że nadal się lubią nawzajem.

$

W Centrum Archcare podziwiałem owe Karmelitanki Obute komenderujące stanowczo wszystkimi i wszystkim. Pochylały się z troską nad pacjentami na wózkach inwalidzkich, sprawdzając, czy niczego im nie brakuje. Kelnerki podawały plasterki lekkostrawnie przyrządzonego indyka z warzywami. Dla wegeterian była ryba, także w warzywach. Szef kuchni krążył między stolikami i pytał z uśmiechem, czy potrawy smakują. Uśmiech wywoływał uśmiech i wkrótce wszyscy się do siebie nawzajem uśmiechali. Wolontariusze dbali, żeby kieliszki nie były puste, z czego skwapliwie korzystałem, obserwując bacznie wszystko dookoła. Wśród biesiadników widziałem rodziny cierpliwie karmiące swoich bliskich cierpiących na schorzenia kończyn górnych. Przy stołach były również osoby samotne, którym apetyt nader dopisywał, jak podejrzałem. Pałaszowały jedną potrawę po drugiej, nie żałując sobie napitków. Czasem nawet wysokoprocentowych. Humory z kwadransa na kwadrans stawały się coraz bardziej szampańskie, zaś dowcipne komentarze dobarwiały okolicznośnościowe rozmówki. Obserwując rozkosz, z jaką jadła krucha starowinka siedząca obok, przypomniałem sobie zawołanie pewnej markizy francuskiej – „Czuję że umieram. Szybciej podawajcie deser!”. Do pełności obrazu dodam, że starowinka, malutka jak pięć minut, wytrwała przy stole o wiele dłużej niż wszyscy pozostali biesiadnicy.

$

Karmelitanki Obute dbają nie tylko o dobre samopoczucie pacjentów, ale także o sprawność ich umysłu i strawy duchowe. W pięknej świetlicy odbywały się popisy wirtuozerskie i wokalne rekonwalescentów oraz ich gości a w programie tygodniowym są m.in. koncerty muzyczne, filmy, gry w karty, bingo i wieczorne ćwiczenia, także medytacyjne. Osoby wierzące mogą uczestniczyć w mszach lub wieczorach szabasowych.

$

Wspomniana Dama z Zakonu Kawalerów Maltańskich jest bardzo interesującą osobnicą. Przed laty była rzecznikiem medialnym Teatru Grotowskiego, potem pisała artykuły i wykładała na wydziale dziennikarstwa. Ma też swoje udziały m.in. w powstaniu filmu „Jan Paweł II – szukałem was”, serialu „Kryminalni” i filmu o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim w reżyserii Kordiana Piwowarskiego. Zna również niejedną frapującą tajemnicę owego Zakonu Kawalerów Maltańskich, zatem zamieniam się w słuch. Wszelkie bowiem tajemnice zakonne bardzo mnie interesują. Bardzo! Znam już niektóre. Jeden z rozdziałów z dziejów tegoż Zakonu zaprowadzi nas na Maltę. Najpierw w przenośni a potem dosłownie. Już dziś się cieszę.

$

U Maleny indyk się udał. Upiekła go moja warszawska rodaczka ze Starych Bielan. Wprawdzie jej idolem jest niezmiennie Janusz Korwin-Mikke, ale jakoś się nie kłócimy. Pyszne były też wszystkie dodatki przygotowane przez inne panie – marchewka z pomarańczami, ziemniaki z miodem, żurawiny na różne sposoby, buraczki z granatem – długo by wymieniać, nie pomijając słodkości. Dziełem sztuki była zupa z dyni ugotowana przez Ewę Zeller, znakomitą malarkę. Jacek Szymula zapewnił oryginalne chleby. Wśród gości była Uta Szczerba, dobrze znana nowojorczykom inicjatorka sławetnych śniadań wielkanocnych pod pomnikiem króla Władysława Jagiełły i zarazem plastyczka o niepospolitej wyobraźni. Wspólnie opiliśmy ćwierćwiecze jej pobytu w Ameryce, w której znalazła się za moją sprawą. Wspominaliśmy czasy gdańskiej podziemnej Solidarności, które nas do siebie zbliżyły. To właśnie w pracowni Uty zatrzymywałem się, kiedy kursowałem raz po raz do Wałęsy lub księdza Jankowskiego a później do innych działaczy trójmiejskiej Solidarności. Uta zapewniała mi także ciepłą strawę i odpowiednie kontakty. Gotowała nie tylko dla mnie, ale i dla mojej psinki Filipinki, w której kochał się jej bokser Barnaba. Dużo by pisać… Ale kiedyś trzeba będzie to zrobić. W końcu ponad osiem lat podziemnej działalności to spory rozdział życia.

Podczas biesiadowania u Maleny wspomniane spory polityczne ustąpiły miejsca wesołości. Humory wszystkim dopisywały, każdy opowiadał coś dowcipnego i śmialiśmy się raz po raz. Nie chciało się wracać do domu.

$

Bardzo lubię się śmiać i bardzo śmiechu potrzebuję. Im jestem starszy, tym bardziej. W tej materii wszystkim polecam rodzimy film „Sztuka kochania” w reżyserii Marii Sadowskiej. Śmiałem się na nim jak dzika norka. Jest to nakręcona na wesoło biografia Michaliny Wisłockiej, naszej sławnej seks-terapeutki.

$

Jacques Derrida przywołuje rytuał Jom Kipur i anegdotę o dwóch zapiekłych wrogach, którzy każdego roku w synagodze składają sobie te same życzenia: „Życzę ci tego samego, co i ty mnie życzysz”. „Znowu zaczynasz?” – pyta drugi.

$

To już 666 odcinek „Kartek”. Bagatela!