Jesteśmy sami. O tej porze dnia zwykle nie ma gdzie usiąść. Wagon metra jest przepełniony. Pasażerowie wpadają na siebie. Walczą o miejsce siedzące, kawałek metalowej rurki, której można się chwycić. Żeby nie utonąć. W znękanej masie pracowników przymusowych. Bo- jak podają statystyki – tylko niewielki procent spełnia się zawodowo. Reszta czeka na piątek. Wakacje. Długi weekend. Święta. Pracuje bo musi. Zarabiać. Opłacać rachunki. Czymś się zająć. Tak jest skonstruowany ten system. Wszyscy jesteśmy ofiarami Babilonu – myślę. Patrząc na czarnoskórego mężczyznę, który siedzi naprzeciwko. Ma dreads’y grube na palec, przypominające dobrze skręconego jointa i wielką rastafariańską czapę w czterech kolorach. Odwraca głowę, kiedy udaję, że nie robię zdjęcia. Uśmiecha się nieśmiało. Jedziemy.

Na kolejnym przystanku wsiada kilka osób. Wszyscy smutni. I jakoś nieobecni. Dzisiaj Święto Dziękczynienia. Miasto wyjechało z miasta. Usiadło za stołem i czeka, aż po kilku godzinach z pieca wychynie indycze truchło. O złotej, chrupiącej skórce. I jeśli miało się dość czasu i kulinarnego zacięcia, aromatycznym, wilgotnym środku. Do tego słodkie ziemniaki, sos żurawinowy, a na deser ciasto z dyni. Komu chciałoby się pracować, kiedy można pić od rana, a wieczorem oddawać niezakłóconej konsumpcji? Nie ma nic boleśniejszego, niż odliczanie godzin w pustym biurze, sklepie, do którego nikt nie zagląda, punkcie usługowym oferującym niepotrzebny nikomu serwis. Melancholia pustych korytarzy. Otępiałe spojrzenie odźwiernych wypatrujących śladów życia na wyludnionej ulicy. Splin zgnuśniałych ekspedientek obgryzających tipsy. Zrezygnowani rikszarze. Zziębnięci restauracyjni naganiacze mówiący do pleców turystów; rzucający za nimi wyświechtane how are you, lub ciao bella z ciężkim, albańskim akcentem. I cała reszta nieudaczników, którzy zamiast siedzieć w pięknych okolicznościach suto zastawionego stołu, muszą odbić kartę na zakładzie; odbębnić swoje osiem – albo więcej – godzin, wypełnić obowiązek pracy. I nie myślę tu o tak zacnych profesjach jak dyżurny pogotowia, neurochirurg, policjant czy strażak. Ale o całej rzeszy wykonującej durną, niskopłatną pracę, bez której – tego jednego dnia w roku – reszta mogłaby się obyć. Ale się nie obywa. Krwiożerczy kapitalizm w wersji nowojorskiej nie uznaje świąt. Nasza firma otwarta jest 365 dni w roku – wygłasza dumna z siebie trzeźwa alkoholiczka, która jeden nałóg zamieniła na inny, i teraz zamiast ćpać i chlać, pracuje bez przerwy. Dlaczego chcesz obchodzić Thanksgiving? Przecież nie jesteś Amerykanką.

Nie idź do pracy. Ukryj twarz w poduszce. Nie idź do pracy. Tam czai się nic. Mówię Świetlickim, który uważa, że „potwór to też konieczność chodzenia do pracy” i w którymś momencie życia postanawia, że „nie będzie nigdzie robił”. Oczywiście pracuje. Pisze. Występuje. Prowadzi audycje radiowe. Ale zrywa się ze smyczy etatów. Rzuca dykty, jak słynny Cygan z Torunia, elektryk wysokich napięć; niepokorny słup ogłoszeniowy, który podczas wywiadu z młodymi dziennikarzami, postanawia zerwać jarzmo ucisku. Zostaje na chwilę gwiazdą YouTube’a. Ogląda go kilka milionów osób. Autorzy próbują coś jeszcze wycisnąć z lokalnego nośpłata, ale kolejnym nagraniom brakuje pierwotnej autentyczności i gwiazda Cygana gaśnie. Na szczęście zostaje poezja. I kolejne pokolenia cytują Jacka Podsiadło. Zdania, które nadają się na koszulki. I sztandary. O tym, że pewnego dnia wypierdolą nas z pracy i znów staniemy się wolni.

Niezadowolenie z wykonywanego zajęcia jest uznawane za osobistą porażkę. Masz pracę, która nie daje ci satysfakcji? Zmień ją. Zawalcz. O sukces. O spełnienie. Szczęście zależy tylko od ciebie – krzyczą hasła z poradników. Jesteś kowalem swojego losu – powtarzają doradcy zawodowi, i life-coach’e, których ostatnio zatrzęsienie. „Przekonują, że sukces jest efektem indywidualnych starań. Że możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko weźmiesz się do roboty. To kompletna bzdura”- twierdzi Kamil Fejfer – analityk rynku pracy i nierówności społecznych, autor książki <Zawód>. „Większość ludzi sukcesu, o którym wspominają mówcy motywacyjni, tego z drogimi samochodami, wakacjami pod palmami i domami z basenami, po prostu nigdy w życiu nie zazna. Bo to odstępstwo, a nie reguła. Regułą jest zwykłe życie. Takie piętnaście razy zwyklejsze, niż pokazują w telewizji – w małych kawalerkach z popsutymi zębami i w znoszonych butach”. I dodaje: „Nauczono nas wyolbrzymiać wpływ, jaki mamy na własne życie. Przeceniamy swój wkład we własne osiągnięcia, a nie doceniamy wkładu innych osób, często tych, którym się nie udało. […] Tymczasem ludzie są bogaci albo biedni w zależności od tego, w jakich gospodarkach przyszło im żyć i pracować, w jakich rodzinach się urodzili, w jakim momencie historycznym, kiedy był ostatni kryzys. Nakładają się na to tysiące makroczynników zupełnie niezależnych od naszych działań”.

Wracam do domu. Obok mnie kolorowa dziewczyna w pielęgniarskim uniformie, dwie starsze Latynoski objuczone siatami, i para zakochanych hipstersów w drodze na imprezę. Jacek Skubikowski śpiewał kiedyś piosenkę, o niepoprawnie politycznym tytule, „Polski Biały Murzyn”. Nucę pod nosem refren. Ale wcale mi nie do śmiechu.

Weronika Kwiatkowska