To chyba najpiękniejsze święto w Ameryce. Czy również dla mieszkających tam Polaków? Może nie dla wszystkich, dla mnie – tak.

Zwykliśmy przeprowadzać rozróżnienie: ich święta – nasze święta. Ich były fajerwerki na Fourth of July, jakieś Memorial Day czy Veterans Day. Te lipcowe zresztą lubiliśmy – nasz naród pokochał grillowanie i przeniósł ten obyczaj na ziemie nad Wisłą. Piknikowanie 4 lipca bywało przyjemne – można było zmieszać się z Amerykanami, którzy tego dnia byli wyjątkowo otwarci i przyjemni. Wieczorem można zaś było popatrzeć na sztuczne ognie.

Inne święta nie były dla nas zrozumiałe i często traktowaliśmy je jak dopust Boży. – Znowu mają jakieś swoje święto, Kolumba czy coś takiego. Wszystkie banki i urzędy będą zamknięte, nic tego dnia nie załatwię!

Jak dziwactwa i dziecinadę traktowaliśmy Halloween i Walentynki. Naszą jedyną styczną był Sylwester i Nowy Rok. Przecież używaliśmy tego samego kalendarza. Inna rzecz, że sposób obchodzenia był inny: Amerykanie, zwłaszcza młodzi, lubili smyczyć się po barach. Polacy preferowali imprezy w domu albo huczne dancingi w gronie przyjaciół w sali balowej, najchętniej – lokalu polonijnym.

Znamienne było (a dla mnie osobiście – niezrozumiałe i smutne), że Polacy w Ameryce uzurpowali sobie najważniejsze chrześcijańskie święta – Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Co prawda tolerowaliśmy fakt, że obok nas żyły miliony chrześcijan, którzy też rozumieli znaczenie tych świąt. Cóż z tego, kiedy nie znali polskich obyczajów, kolęd, pasterki i rezurekcji, jajek na twardo podawanych w żurku oraz zestawu: ryba na zimno, ryba na ciepło, pierogi, kapusta z grzybami, deser z maku na wigilijną kolację.

Polska wiara zawsze miała silne umocowanie historyczne i polityczne (ostatnio w Polsce jest to aż nader widoczne). Mówiąc brutalnie, uzurpowaliśmy sobie te święta. Że są nasze, polskie, w domyśle: lepsze niż u innych, bogatsze, wystawniejsze, zarazem jednak: głębsze, bardziej uduchowione, prawdziwie religijne.

Mają jednak Amerykanie Święto Dziękczynienia, które Polacy w Ameryce tolerują, a wielu nawet polubiło. Jest to bowiem święto, do którego trudno się przyczepić.

Wszyscy naprawdę świętują – praktycznie cały kraj zamiera. W państwie, w którym pracuje się od świtu do wieczora, gdzie w nocy można zamówić kanapkę z kawą a w niedzielę kupić sofę i samochód, te ciemne witryny, miasta i miasteczka wyglądające jak wymarłe, robią wrażenie. Uzmysławiają nam, że to naprawdę ważny dla wszystkich dzień.
Choć nie dla wszystkich: znajdzie się zawsze jakiś sklepik, gdzie Arab sprzeda turkey sandwich and regular coffee jakiemuś nieborakowi, który nie zasiądzie z rodziną do dziękczynnego obiadu. Albo świeci się i śmierdzi starym olejem w chińskiej garkuchni. Jej właściciel wpadł w taki trans pracy i zarabiania, że nawet jeden wolny dzień uwierałby go jak żwirek w bucie. Zrobi sobie wolne w swoje, chińskie święto.

Amerykanom nie bardzo się podoba, że dla imigrantów ich święto nic nie znaczy – przecież jego piękna symbolika powinna przemawiać do przybyszy. Z drugiej strony chyba dobrze, żeby tak na wszelki wypadek coś było otwarte w mieście, by w razie czego się najeść i napić albo dokupić papierosy.

Polacy w kraju rozumują podobnie: sami zamykają na święta swoje sklepy ale nie mają nic przeciwko temu, żeby np. ostatnio, w Święto Niepodległości, Arabowie sprzedawali im kebaby. I żeby sklepy monopolowe pozostały otwarte.
Symbolika Święta Dziękczynienia nie jest wśród Polaków powszechnie znana. Jacyś Indianie, którzy poczęstowali białych indykiem, ot takie bajeczki. A może i fałszowanie historii, gdyż Ameryka, jak niejeden imigrant cynicznie powie, została zbudowana na ludobójstwie i wyzysku Indian. Podobnie myśli niejeden wykształcony Amerykanin, ale te przemyślenia zachowuje dla siebie. Święto Dziękczyniena ma być dniem pojednania – także z rodziną. Choć czasem zakrapiany winem obiad kończy się kłótnią, początek jest obiecujący. To przecież jedna z niewielu w roku okazji zobaczenia się z rodzicami, dziećmi, rodzeństwem. Dlatego przed Thanksgiving Day samoloty są wypełnione

Amerykanami przemierzającymi wielkie przestrzenie swojego kraju, aby zasiąść przy stole.

Atmosfera takiego obiadu jest niezmiernie ciepła i przytulna, jak Bożego Narodzenia. Zwłaszcza, że jest w kontraście do chłodnej już pogody i jesiennej szarości.

Wyjątkowo smaczne jest też jedzenie. To udana replika polskiego obiadu świątecznego, tyle że my częściej jedliśmy kaczkę lub gęś, a oni zawsze – indyka. Podawany jest jednak jak należy, z nadzieniem, słodko-kwaśnymi żurawinami, ziemniaczkami, warzywami. Jest też obowiązkowa zupa z dyni i dyniowe lub marchewkowe ciasto. Słodkie obżarstwo i opilstwo. Tak jak w przypadku polskiej wigilii, nie każda potrawa należy do naszych ulubionych ale tego dnia wszystko nam smakuje, staje się częścią symbolicznego menu, bajkowego scenariusza.

Polacy, początkowo krępując się, dawali się zapraszać na amerykańskie obiady dziękczynne. Potem robili je dla siebie, w swoim gronie. Ich ogólne przesłanie było takie: byli wdzięczni Ameryce, że ich przyjęła i byli zadowoleni ze swoich dokonań w tym kraju. Tak więc zwłaszcza imigranci z sukcesem i ci, którzy polubili życie w USA, świętowali Thanksgiving Day szczerze.

W moich ostatnich latach w Ameryce widziałem, że Polacy już powszechnie obchodzili Dzień Dziękczynienia. Święto to pozbawione jest nachalnej symboliki narodowej i aspektu religijnego, który w przypadku polskich świąt dodaje im jakiegoś, mało zrozumiałego dla mnie, smutku i patosu. To święto jest po to, by cieszyć się tym co się ma, rodziną, tym co się osiągnęło; wreszcie – miłą chwilą. Mało to polskie. Dlatego Thanksgiving Day będę obchodził tego roku co prawda w Warszawie, ale wśród Amerykanów.

 

Jan Latus